Reklama

Przytulanie pieniędzy po polsku. Dlaczego Polacy mają problem z uczciwością?

Dopóki nie zaczniemy wymagać od siebie, nie mamy prawa być zdziwieni, że politycy robią interesy na boku. Tak, to kontrowersyjna teza, ale bardzo prawdziwa. Czy jesteśmy gotowi to przyznać?

- Jestem dzisiaj bardzo zadowolony - oświadczył kiedyś znajomy mechanik, podsumowując swój dzień pracy. - Miałem mnóstwo roboty i jeszcze udało mi się przytulić 500 zł.

Reklama

- Przytulić? - zapytaliśmy, myśląc, że to jakieś branżowe określenie na robociznę.

- No, przytulić. Okazja była doskonała, bo musiałem zamówić z hurtowni sporo części - stwierdził. I wytłumaczył, że mechanicy samochodowi zamawiający elementy do aut w hurtowniach często doliczają do nich własną "prowizję". Klient dowiaduje się, że robocizna kosztowała 150 zł, a części - 350 zł. Nie zawsze jednak jest świadomy, że cena części w hurtowni to 329 zł, a mechanik po prostu tę wartość zaokrąglił w górę. "Marża" oczywiście rośnie wraz z wartością naprawy i elementów, które trzeba było kupić. Ten proces nazywano, przynajmniej w mieście, w którym kolega miał warsztat, "przytulaniem".

Przytulanie, jak zapewniał nas kolega, było powszechne w warsztatach samochodowych. I nie ma się co oburzać na mechaników, bowiem - jeśliby się zastanowić - jest to praktyka powszechna. Przytulają budowlańcy, taksówkarze, lekarze w prywatnych gabinetach, informatycy naprawiający w domach komputery, nauczyciele udzielający korepetycji, ludzie wynajmujący mieszkania - wszyscy, którzy za świadczoną usługę biorą pieniądze do kieszeni. Przytulają po prostu wtedy równowartość podatku, jaki musieliby uiścić. Gapowicze z kolei przytulają zaoszczędzoną na bilecie kwotę.

Znów przykład z warsztatu samochodowego. - Będzie potrzebna faktura? - słyszy znajomy u swojego mechanika i odpowiada, że dokument nie będzie potrzebny, bo wie, że "z fakturą" naprawa jest droższa. Bo zostawi fiskalny ślad, o który może się upomnieć państwo. A mechanik nie ma zamiaru brać kosztów opodatkowania na siebie. Woli je przerzucić na klienta, żeby wyjść na swoje.

W takiej sytuacji trudno jest się dziwić, że przytulić chcieli też posłowie Adam Hofman, Mariusz Antoni Kamiński i Adam Rogacki, czyli wydalone z Prawa i Sprawiedliwości słynne "madryckie trio", które z Kancelarii Sejmu pobrało zaliczkę na przejazd samochodem do stolicy Hiszpanii, chociaż wcześniej kupiło bilety na tanie linie lotnicze. Afera, jak pamiętamy, zaczęła się od kłótni poselskich małżonek ze stewardesą o konsumpcję prywatnego alkoholu na pokładzie samolotu.

Co prawda marszałek Sejmu Radosław Sikorski zapowiedział kontrolę poselskich przejazdów, ale wkrótce tygodnik "Wprost" ujawnił, że Sikorskiemu też zdarzało się przytulać. Konkretnie było to ok. 70 tys. zł, które pobrał za przejazdy w ramach pełnienia sejmowego mandatu, kiedy - jako ministra spraw zagranicznych - woziła go rządowa limuzyna.

Sposoby na przytulanie pieniędzy za przejazdy przez eurodeputowanych opisał w swojej książce "Parlament Antyeuropejski" Marek Migalski. Mechanizm europrzytulania jest prosty: PE zwraca posłom pieniądze za przejazdy z Brukseli i do niej. Podróż samolotem lub koleją oznacza zwrot kosztów biletu, ale w przypadku przejazdu samochodem wypłacana jest kilometrówka w wysokości 0,5 euro/km.

W związku z tym poseł podróżujący z Warszawy do Brukseli pokonuje dystans ok. 1,3 tys. km, za co otrzymuje 650 euro. Nietrudno obliczyć, że podróż w obie strony to 1300 euro, a jeśli dodatkowo poseł zrobi sobie krótką wycieczkę do kraju w środku tygodnia, suma ulega podwojeniu. To jest dodatkowe 10 tys. zł, które można przytulić w świetle regulaminu PE.

Mimo powszechności przytulania nie oburza nas, że po wizycie w prywatnym gabinecie lekarz nie wbija uiszczonej opłaty na kasę fiskalną, ale ciskamy gromami, jeśli okaże się, że minister służbową kartą zapłacił za obiad. Tymczasem nie ma powodu, byśmy mieli więcej wymagać od tych, którzy są na świeczniku - a przynajmniej więcej, niż wymagamy sami od siebie. Reguły albo obowiązują wszystkich, albo nikogo.

Taka optymalizacja

Pracownik jednej z sieci komórkowych opowiadał nam kiedyś, jak salon, w którym pracował, dociągał do wyznaczonych, wyśrubowanych norm sprzedażowych ustalonych przez centralę. Wciskali klientom "na próbę" drugi numer, który funkcjonował przez miesiąc. Jeżeli klient sam nie wyraził chęci przedłużenia umowy, numer był wyłączany. W ten sposób pracownicy nie czuli, że naciągają klientów, za to podbijali statystykę, co pozwalało im otrzymać premie.

- Właściwie tylko dzięki nim ta praca miała sens - wspominał pracownik salonu, uzasadniając, że nie mieli innego wyjścia, bo zmuszał ich do tego system panujący w firmie.

Właściciel wspomnianego na początku warsztatu samochodowego przytulanie uzasadniał w ten sposób, że nigdy nie jest w stanie przewidzieć ruchu w zakładzie, więc w "dni tłuste" musi się zabezpieczyć na "dni chude". Oczywiście dodatkowo "minimalizował obciążenia podatkowe", deklarując jak najniższe dochody. Argumentował, że państwo go okrada, a do tego budżetowymi środkami dysponuje w nieracjonalny sposób, więc nie będzie "dopłacał do górnictwa". Jedynego pracownika zatrudniał oczywiście na umowę o dzieło. Ostatecznie jednak przytulanie ani na częściach, ani na podatkach, ani na ZUS nie pozwoliło mu utrzymać się na rynku. Musiał zamknąć zakład i wyjechał do pracy za granicę.

Naszą nieuczciwość trudno tłumaczyć tylko próbą przeżycia w beznadziejnym systemie. Gdyby tak było, na co dzień bylibyśmy krystalicznie uczciwym społeczeństwem. Jak pokazują badania, tak się nie dzieje. Przykłady? Według raportu ośrodka IMAS z 2014 r. 18 proc. pasażerów komunikacji miejskiej jeździ na gapę (próba 505 osób). Ludzie ci nie mają portfela cieńszego niż posiadacze biletów. Jedna trzecia z nich liczy na to, że uniknie kontroli. Tyle samo, że oszczędzi pieniądze.

A co czwarty uważa, że gdyby wszyscy pasażerowie mieli bilety, koszty przejazdów uległyby obniżeniu.

Nie bez racji - Warszawa traci na gapowiczach 80 mln zł rocznie. W Katowicach generują 25 mln zł straty. To 10 proc. rocznych wpływów z biletów. Łódź traci 20 mln zł. Tych strat nie widać gołym okiem. Robią wrażenie, dopiero gdy przeliczy się je na przykład na inwestycje, jakich można by dokonać za te pieniądze. Warszawa mogłaby kupić chociażby 10 nowych tramwajów.

Z perspektywy drobnego cwaniaczka nie widać też strat, które są efektem nieuprawnionych zwolnień lekarskich. Tylko w trzecim kwartale tego roku ZUS przeprowadził 140,7 tys. kontroli wśród osób mających zaświadczenia o czasowej niezdolności do pracy. W ponad 5 tys. przypadków ich posiadaczom cofnięto dalszą wypłatę zasiłków chorobowych. Zaoszczędzono w ten sposób ponad 3,8 mln zł (a łącznie od stycznia do września już 15 mln). W wyniku kontroli ZUS ograniczał też wypłaty zasiłku chorobowego. Łącznie w kasie zakładu zostało dzięki temu ponad 128 mln zł.

W pobieraniu zwolnień lekarskich przodują kobiety - z roku na rok zwiększa się liczba druków wystawianych w związku z ciążami. O ile w 2006 r. były powodem 15 proc. wszystkich absencji (dla mężczyzn i kobiet), o tyle teraz ciąża, poród i połóg to 18,5 proc. absencji chorobowej. Dopiero na drugim miejscu są urazy czy zatrucia (15,3 proc.). Co ciekawe, liczba wystawianych ZLA nie przekłada się na zwiększoną liczbę urodzeń. Ginekolodzy przyznają wprost, że zwolnienia wystawiają na życzenie. Nawet jeśli kobieta jest zdrowa.

Chorobliwa nieuczciwość

Lista grzechów pracowników wykracza poza zwolnienia lekarskie. - Blisko 80 proc. pracodawców spotkało się z oszustwem ze strony pracownika - mówi dr Dariusz Pauch z Uniwersytetu Szczecińskiego, który problemem tym zajmował się w ramach doktoratu. Z jego badań prowadzonych wspólnie z firmą Euler Hermes wynika, że plagą są drobne kradzieże.

- Jeśli pracownik dokonuje nadużycia, jego zuchwałość rośnie. Widzi, że nie wykryto kradzieży długopisu, więc sięga po cenniejsze rzeczy - wyjaśnia i dodaje, że spotkał się z przypadkiem, w którym księgowa przelewała sobie na prywatne konto najpierw niewielkie kwoty. Po kilku latach przytuliła 10 mln zł.

Podobne wnioski wyłaniają się z opublikowanego w marcu przez PwC raportu "Badanie przestępczości gospodarczej 2014". Analizy firmy doradczej pokazują, że za połowę przestępstw odpowiadają menedżerowie - ludzie z najwyższymi zarobkami w firmach. Jeden z najbardziej wyrazistych przykładów odkrytych przez kontrolerów PwC to dyrektor finansowy, który połakomił się na paragony zostawiane w restauracji przez innych klientów.

Wynikało z nich, że w czasie jednej wizyty musiał jeść 20 gałek lodów. Inny menedżer służbową kartą zapłacił za zakup szczotki do toalety. - Menedżerowie kradną, bo mogą - mówił w rozmowie z DGP Marcin Klimczak, dyrektor zespołu ds. przestępczości gospodarczej w PwC.

- Nieuczciwość pracowników to skutek trzech czynników: presji otoczenia, okazji i racjonalizacji. Osoba, która dokonuje nadużycia, zawsze znajdzie wytłumaczenie: a to pracodawca go nie docenia, a to za mało zarabia - wyjaśnia dr Pauch. Granica jest cienka. Naszym małym oszustwom sprzyjają dodatkowo trudne sytuacje osobiste - uzależnienia albo wysoka rata kredytu.

Bez wymówek

Ambiwalentny stosunek do zasad widać już u najmłodszych. Serwis Zadane.pl zapytał w 2011 r. o uczciwość 6,5 tys. uczniów. Aż 78 proc. z nich uznało się za uczciwych. Zdecydowanie gorzej ocenili jednak kolegów - trzech na czterech uważa za takich jedynie połowę swojej klasy. Co ciekawe, duża część uczniów nie sądzi, by była to wartość przydatna w szkole - dwóch na trzech badanych uznało, że to się nie opłaca. 60 proc. - że nieuczciwość to rodzaj sprytu.

Nic dziwnego, że w szkołach tak powszechne jest ściąganie. Na każdych stu licealistów przyznaje się do tego 98. Za doniesienie nauczycielowi o ściągającym koledze nastolatka czekają surowe kary towarzyskie: od utraty zaufania i szacunku aż do wykluczenia (tę ostatnią reakcję w stosunku do donoszącego zadeklarowało 46 proc. uczniów). Nic dziwnego, że Centralna Komisja Egzaminacyjna wzięła się w tym roku do zaostrzania procedur na testach kończących szkołę. Gimnazjalista powtórzy klasę. Maturzysta będzie mógł poprawiać wynik z testu dopiero po roku. W ubiegłym roku unieważniono 519 matur, z czego 450 za ściąganie.

Na studiach nie jest lepiej. Prócz ściągania są oszustwa przy pisaniu prac. Magisterską, w zależności od dziedziny, można kupić za kilkaset złotych. Nad dyplomami pracują często po godzinach sami pracownicy naukowi. 20-30 proc. prac nosi znamiona plagiatu. Nic dziwnego, że już 170 uczelni używa programu sprawdzającego, czy tekst nie został przepisany.

Skąd biorą się nasze drobne grzeszki?

Przez lata tłumaczyliśmy, że komunizm zniszczył poczucie wspólnoty. Ale te argumenty tracą na znaczeniu. Dla przykładu wśród gapowiczów największą grupę stanowią ludzie między 18. a 35. rokiem życia. A menedżerowie, którzy kradną w firmach, to ludzie wykształceni zwykle po 1990 r. - Uczciwość wynosimy z domu - nie ma wątpliwości dr Pauch. Zamiast uczyć więc dzieci przytulania, po prostu je przytulajmy. Zwłaszcza w nagrodę za uczciwość.

Jakub Kapiszewski

Anna Wittenberg

2014-12-11

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »