Monika Krześniak-Sajewicz, Interia: Jak pan ocenia zaproponowane przez rząd zmiany w podatkach? Przede wszystkim przesunięcie progu i trzecią stawkę podatkową?
prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista BCC i były minister finansów: - To nie jest reforma systemowa, ale jest krokiem w dobrym kierunku. Koryguje część nierównowag wprowadzonych lub pogłębionych przez Polski Ład i przesuwa część ciężarów z klasy średniej na osoby o najwyższych dochodach, część samozatrudnionych oraz największe przedsiębiorstwa. Wprowadzenie stawki 24 proc. ma sens, ponieważ wygładza progresję i zmniejsza bodziec do ucieczki ze skali podatkowej. Polski Ład zmienił relacje między opodatkowaniem pracy na skali, podatkiem liniowym i ryczałtem, zwiększając w wielu przypadkach atrakcyjność tego ostatniego. Obecna propozycja częściowo koryguje tę nierównowagę. Bardzo dobrze, że założona jest neutralność budżetowa, zwłaszcza przy deficycie zbliżonym do 7 proc. PKB. Trzeba jednak pamiętać, że na początku mówimy przede wszystkim o neutralności statycznej. Trudno ocenić efekty dynamiczne w średnim okresie.
Ale wciąż raczej nie zniwelują motywacji do uciekania lub wypychania na B2B, zwłaszcza na popularny w ostatnich latach ryczałt?
- Nieco ograniczą, ale nie zniwelują arbitrażu podatkowego. Nawet po obniżeniu limitu ryczałtu do ok. 1 mln zł przychodu poniżej tego progu nadal mogą występować duże różnice w efektywnym opodatkowaniu przedsiębiorców wykonujących podobną działalność, zależnie od wybranej formy opodatkowania: ryczałtu, podatku liniowego czy skali. Obecna reforma koryguje część nierównowagi obciążeń, ale nie usuwa jej systemowo, tak jak to czyniła reforma zwana jednolitą daniną.
- Mam też uwagę w związku z zapowiedziami, że zyska klasa średnia. Zgodnie z moimi wyliczeniami sytuacja wygląda tak, że zyska przede wszystkim wyższa klasa średnia, a nie klasa średnia jako całość. Według definicji OECD do grupy middle-income należą osoby w gospodarstwach domowych o ekwiwalentnym dochodzie rozporządzalnym między 75 a 200 proc. krajowej mediany; OECD dodatkowo określa przedział 150-200 proc. mediany jako upper middle-income.
- Pierwszy etatowiec, który zaczyna korzystać z reformy, zarabia około 11,9 tys. zł brutto miesięcznie. Jako singiel ma około 8,4 tys. zł miesięcznego dochodu netto, czyli około 187 proc. mediany ekwiwalentnego dochodu rozporządzalnego. Jest więc już bardzo blisko górnej granicy klasy średniej OECD wynoszącej 200 proc. mediany. Wraz ze wzrostem wynagrodzenia beneficjenci reformy szybko przekraczają tę granicę, i w przypadku jednoosobowego gospodarstwa, według definicji OECD, należą już do grupy o wysokich dochodach. Dlatego precyzyjniej mówić, że reforma wspiera górną część klasy średniej oraz osoby powyżej niej, a nie klasę średnią jako całość.
- Przy czym tu jest ważne techniczne zastrzeżenie. Trzeba odróżnić wynagrodzenie brutto, podstawę opodatkowania i dochód rozporządzalny. Próg 120 tys. zł PIT nie oznacza 10 tys. zł brutto miesięcznie. Etatowiec osiąga go dopiero przy ok. 11,9 tys. zł brutto miesięcznie, bo podstawa PIT jest pomniejszana m.in. o składki społeczne i koszty uzyskania przychodu. Z kolei OECD, definiując klasę średnią, patrzy nie na pensję brutto ani podstawę PIT, lecz na dochód gospodarstwa po podatkach i transferach, z uwzględnieniem liczby jego członków. W tym przypadku tu policzyłem klasę średnią dla singla na etacie.
I oczywiście według OECD mediana ekwiwalentnego dochodu rozporządzalnego gospodarstwa, to nie mediana pensji pracowników. Obejmuje ona także osoby niepracujące, emerytów. Dlatego OECD posługuje się pojęciem middle income, a nie middle class.
To mi przypomina dyskusję o definicji klasy średniej przy wprowadzaniu Polskiego Ładu i tzw. ulgi dla klasy średniej, czyli specjalnego algorytmu...
- Kiedy Mateusz Morawiecki wprowadzał Polski Ład, mówił, że chce być "premierem klasy średniej". Klasa średnia dostała więc prezent - słynną "ulgę dla klasy średniej", która miała rekompensować skutki zmian w składce zdrowotnej. Nazywałem ją wtedy podatkowym Frankensteinem. Polski Ład wszedł w życie na początku 2022 r., a już po kilku miesiącach własny rząd musiał go gruntownie przebudować. Zlikwidowano ulgę dla klasy średniej i rolowanie zaliczek, a stawkę PIT obniżono z 17 do 12 proc., pozostawiając trwały ubytek potencjalnych dochodów podatkowych. Morawiecki chciał więc zostać zapamiętany jako "premier klasy średniej", a został premierem źle przygotowanej, niezwykle skomplikowanej i kosztownej reformy podatkowej, której symbolem pozostał podatkowy Frankenstein.
Monika Krześniak-Sajewicz












