W skrócie
- Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer stoi w obliczu możliwej utraty stanowiska po rezygnacjach ministrów i słabym wyniku Partii Pracy w majowych wyborach lokalnych.
- Wśród potencjalnych następców Starmera wymienia się byłego ministra zdrowia Streetinga oraz burmistrza Manchesteru Andy'ego Burnhama, którzy jednak dotąd nie zadeklarowali oficjalnie chęci przejęcia przywództwa.
- Sondaże sugerują, że w ewentualnej rywalizacji partyjnej Starmer przegrałby z Burnhamem i Rayner, podczas gdy notowania Partii Pracy spadły poniżej 20 procent.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Niecałe dwa lata po poprowadzeniu Partii Pracy do jednego z najefektowniejszych zwycięstw wyborczych w Wielkiej Brytanii, Keirowi Starmerowi grozi przejście do historii jako najkrócej urzędującemu laburzystowskiemu premierowi, bowiem w efekcie wydarzeń z ostatnich dni jego pozycja staje się coraz bardziej niepewna..
Starmer wprawdzie powtarza, że nie zamierza ustępować ze stanowiska i gotowy jest walczyć z każdym laburzystowskim politykiem, który formalnie zakwestionuje jego przywództwo w partii, ale przykłady z ostatnich lat pokazują, że gdy z rządu zaczynają odchodzić ministrowie, żaden premier nie jest w stanie utrzymać swej pozycji.
Efekt kuli śnieżnej
Pozycja Starmera już wcześniej była słaba, co wynikało m.in. z ciągnących się od miesięcy kontrowersji wokół nominacji na ambasadora w USA wpływowego polityka laburzystów Petera Mandelsona, mimo jego dawnych związków z Jeffreyem Epsteinem, nieżyjącym już amerykańskim finansistą i przestępcą seksualnym.
Ale sprawy nabrały tempa po dotkliwych porażkach Partii Pracy w przeprowadzonych 7 maja wyborach lokalnych w Anglii i wyborach do parlamentów Szkocji i Walii.
O ile ostatnie rezygnacje czworga niższych rangą członków rządu - pełniących rolę podsekretarzy stanu - nie były wielkim problemem, to odejście ministra zdrowia Streetinga i otwarcie drogi do powrotu do Izby Gmin przez burmistrza Manchesteru Andy'ego Burnhama oznaczają przyspieszenie niekorzystnego dla Starmera rozwoju wydarzeń.
Obaj są od pewnego czasu wskazywani jako główni pretendenci do zastąpienia obecnego premiera, choć żaden z nich jeszcze oficjalnie tego nie zadeklarował.
Co po rezygnacji Streetinga?
Zgodnie z regulaminem laburzystów, pozycję lidera może zakwestionować każdy poseł, który uzyska poparcie 20 proc. członków klubu poselskiego, co obecnie oznacza 81 posłów. Jeśli ten próg zostanie osiągnięty, rozpisywane jest głosowanie, w którym biorą udział dotychczasowy lider (chyba że się sam wycofa), pretendent oraz ewentualnie inni posłowie, jeśli też uzyskają poparcie 20 proc. członków klubu.
Natomiast lidera partii wybierają już wszyscy jej członkowie. W przypadku partii rządzącej ewentualna zmiana lidera automatycznie łączy się ze zmianą szefa rządu.
Streeting złożył 14 maja rezygnację, ale jak dotychczas nie wezwał do poddania pod głosowanie przywództwa Starmera. Stronnicy byłego już ministra zdrowia mówią w mediach, że ma on już niezbędne poparcie, zwolennicy Starmera przekonują, że Streeting jeszcze go nie ma.
Jak dotychczas ponad 90 laburzystowskich posłów publicznie wezwało Starmera do ustąpienia lub wyznaczenia harmonogramu swojego odejścia, ale część z nich w roli jego następcy widziałaby byłą wicepremier Angelę Rayner, a zwłaszcza Burnhama. Z drugiej strony, około 150 posłów nadal deklaruje poparcie dla Starmera.
Popularny wśród członków partii Burhnam jest uważany za polityka, który dawałby największe szanse na wyprowadzenie ugrupowania z kryzysu. Ale do 14 maja przeszkodą było to, że nie jest posłem i nie było żadnego wakatu w okręgu, w którym Partia Pracy miałaby realną szansę na zwycięstwo.
Jednak w czwartek późnym popołudniem rezygnację z mandatu ogłosił jeden z szeregowych posłów laburzystów, zaznaczając, że robi to właśnie, by umożliwić Burnhamowi start w wyborach uzupełniających.
Jeśli kierownictwo partii zaaprobuje jego kandydaturę i jeśli Burnham wygra wybory w okręgu Makerfield koło Manchesteru - co wcale nie jest przesądzone - stanie się wyraźnym kandydatem do zastąpienia Starmera.
Jak pokazuje opublikowane w 14 maja badanie ośrodka Survation dla wspierającego Partię Pracy portalu LabourList, Starmer wciąż wyraźnie wygrałby bezpośrednie głosowanie ze Streetingiem (53:23 proc.), natomiast przegrałby z Rayner (41:45 proc.), z ministrem energii Edem Milibandem (39:46 proc.) i najbardziej zdecydowanie z Burnhamem (28:61 proc.).
Biorąc pod uwagę liczbę posłów chcących rezygnacji Starmera, głosowanie nad jego przywództwem wydaje się bardzo prawdopodobne.
Ale w niemal każdym scenariuszu rozstrzygnięcie tej kwestii potrwa długie tygodnie, a przeciągające się spory między poszczególnymi frakcjami laburzystów nie pomogą partii w odzyskaniu utraconego poparcia.
Malejące poparcie
W ostatnich wyborach do Izby Gmin, które odbyły się w lipcu 2024 r., laburzyści zdobyli aż 411 z 650 mandatów, co było ich trzecim najlepszym wynikiem w historii.
Ale - o czym się często zapomina - laburzyści w tych wyborach najbardziej skorzystali na większościowej ordynacji wyborczej, bo do zdobycia 63 proc. mandatów wystarczyło im zaledwie 33,7 proc. oddanych głosów. To najpłytsze poparcie, jakie kiedykolwiek uzyskała partia wygrywająca wybory.
Płytkie poparcie wraz z niezrealizowanymi obietnicami wyborczymi, częstymi zmianami decyzji przez rząd i brakiem charyzmy Starmera spowodowały, że obecnie notowania Partii Pracy w sondażach zwykle nie przekraczają 20 proc.
Najgorsze z ich punktu widzenia jest, że wyborcy odpływają od nich w dwóch przeciwnych kierunkach - ci z poprzemysłowych okręgów z północnej i środkowej Anglii, czyli z tradycyjnej ich bazy, do prawicowo-populistycznej partii Reform UK, a progresywna obyczajowo wielkomiejska lewica do lewicowo-populistycznej Partii Zielonych.
Jest oczywiste, że obu tych odpływających grup nie uda się utrzymać i laburzyści będą musieli zdecydować, w którą stronę się zwrócić.
Brytyjskie media coraz częściej wskazują na analogie między obecną sytuacją w Partii Pracy a tą z końca rządów Partii Konserwatywnej, kiedy z gabinetów najpierw Theresy May, a potem Borisa Johnsona też zaczęli odchodzić ministrowie, podając w wątpliwość zdolność swoich szefów do dalszego sprawowania władzy.
I May, i Johnson zostali ostatecznie w ten sposób zmuszeni do rezygnacji. Oceniają, że nawet jeśli teraz Starmer odeprze wyzwanie, wątpliwe jest, by poprowadził laburzystów do następnych wyborów, które najprawdopodobniej odbędą się w 2029 r., a jeśli by udało mu się utrzymać do tego czasu w roli lidera, Partii Pracy grozi podobna klęska do tej, jaką dwa lata temu ponieśli konserwatyści.














