W czwartek o godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt; do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. O godz. 3.46 obiekt zanikł, miejsce jego upadku zlokalizowano w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia - podało w czwartek Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.
Jak poinformował szef ukraińskiego MSZ Andrij Sybiha, podczas nocnego, zmasowanego ataku Rosji na Ukrainę w czwartek, przestrzeń powietrzną Polski naruszył rosyjski pocisk manewrujący CH-101.
CH-101 to pocisk przenoszony przede wszystkim przez bombowce Tu-95MS i Tu-160. Jak czytamy w branżowym serwisie Missile Threat, został zaprojektowany do precyzyjnego rażenia celów naziemnych z odległości przekraczającej 2,5 tys. km, lecąc na bardzo małej wysokości i wykorzystując systemy nawigacji inercyjnej, GLONASS oraz dopasowanie ukształtowania terenu, co utrudnia jego wykrycie.
Jego zasięg maksymalny to 4 tys. km. Może przenosić konwencjonalną głowicę bojową o masie ok. 400-450 kg, natomiast nie można instalować na tej platformie głowicy jądrowej (tę możliwość posiada CH-102 zdolny do przenoszenia głowicy jądrowej o mocy do 250 kt). Od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę jest jednym z podstawowych środków rosyjskich uderzeń dalekiego zasięgu.
Ekspert o pocisku z Lubelszczyzny: "Nie był to dron kamikadze"
W rozmowie z PAP kmdr Dura wyraził wątpliwość, czy strona ukraińska ma podstawy, żeby już teraz twierdzić, że obiektem, który spadł w Polsce był akurat CH-101. Przyznał natomiast, że obecnie można uznać, że to rzeczywiście była rosyjska rakieta manewrująca.
- Obiekt spadł ok. 40 km od granicy. Z tego, co przekazało ministerstwo obrony, dystans od granicy pokonał w sześć minut, więc musiał lecieć z prędkością powyżej 400 km/h. Teoretycznie mógł to być też dron z silnikiem odrzutowym, bo i takie są stosowane do ataków na Ukrainę. Natomiast z całą pewnością nie był to dron kamikadze typu Gierań czy Shahid, bo te latają z prędkością 200 km/h - zauważył ekspert.
Zapytany o powód tego, że obiekt znalazł się nad Polską, Dura ocenił, że jest mało prawdopodobne, by był to skutek działania ukraińskich systemów walki elektronicznej, przez które rakieta się "zgubiła".
- Używane przez Rosjan rakiety manewrujące mają możliwość tzw. mapowania terenu. Orientują się nie tylko na podstawie GPS-u, ale też na podstawie różnych innych systemów.
Zakłócanie GPS-u z poziomu ziemi, jest zakłóceniem idącym do odległości horyzontalnej. Oznacza to, że promień systemu zakłócającego wynosi ok. 30 km. Rakieta, po wyjściu z obszaru zakłócenia wraca na swój tor - wyjaśnił kmdr Dura.
Jak rakieta znalazła się w Polsce?
Jak wskazał, prawdopodobnie rakieta została uszkodzona przez systemy obrony przeciwlotniczej, albo Rosjanie skierowali ją nad Polskę specjalnie. - Biorąc pod uwagę desperację Rosjan i to, w jak trudnej są obecnie sytuacji, może być tak, że oni po prostu nas punktują. Takie przypadki będą się zdarzały - podkreślił.
Ekspert zapytany, jaki ładunek mogła przenosić rakieta, ocenił, że tego typu środki są zazwyczaj wyposażane w głowice odłamkowo-burzące, które nie służą do głębokiej penetracji, np. w celu niszczenia bunkrów, lecz do niszczenia budynków i powodowania jak największych strat.
- Rosjanie uzbrajają je różnie - pamiętajmy, że im większy ładunek, tym mniejszy zasięg rakiety. W tym przypadku można stwierdzić, że przenosiła głowicę bojową, kilkaset kilogramów ładunku. Gdyby była nieuzbrojona, wbiłaby się po prostu w ziemię, jak w grudniu 2022 r. pod Bydgoszczą - ocenił kmdr Dura.
















