"Po 12 latach podnieśliśmy próg do 120 tys. zł w 2022 r., tak teraz podniesiemy próg podatkowy do 180 tys. zł" - zapowiedział w weekend Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera. Dodał, że zmiana ma oznaczać większe korzyści dla podatników, a dla małżeństw to nawet 24 tys. zł więcej w portfelach rocznie.
Warto przypomnieć, że PiS faktycznie podniósł próg z 85 tys. zł do 120 tys. zł oraz kwotę wolną do 30 tys. zł w ramach Polskiego Ładu w 2022 roku, ale dopiero pod koniec drugiej kadencji rządów. Dodatkowo nie wprowadził żadnego mechanizmu automatycznej waloryzacji przy wielkiej reformie podatkowej zwanej Polskim Ładem, mimo że zlikwidowano wówczas możliwość odliczania składki zdrowotnej.
Pisaliśmy o tym w Interii, że korzyści z tamtej obniżki podatków będą bardzo szybko zjadane. Odmrażanie i punktowe podnoszenie progów oraz kwoty wolnej jest paliwem politycznym i daje pole do licytowania się przez partie polityczne na to, czyja propozycja będzie hojniejsza (swój projekt podniesienia progu złożyła niedawno Polska 2050).
- Na razie to jest bardzo ogólna zapowiedź, ale pierwsza rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę, to brak w systemie podatkowym mechanizmu waloryzacji. Przy czym jest to w gruncie rzeczy działanie intencjonalne, niezależnie od strony sceny politycznej - najpierw ogłasza się podniesienie kwoty wolnej czy progów jako prezent dla podatników, a potem w kolejnych latach część tych korzyści jest odzyskiwana przez inflację i utrzymywanie zamrożonych progów - komentuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista FPP. Jak dodaje, podwyżkę można ogłosić jako sukces bądź obietnicę, natomiast dużo trudniej komunikować fakt, że jej realna wartość później spada. Jednocześnie brak waloryzacji pełni funkcję fiskalną - jeśli wprowadza się kosztowny program, to przy rosnących cenach i wynagrodzeniach dochody budżetu z czasem rosną i sytuacja finansów publicznych się częściowo stabilizuje.
Bez waloryzacji progów korzyści szybko znikają
Tak było po wprowadzeniu Polskiego Ładu przez rząd PiS, który nie wprowadził waloryzacji kwoty wolnej ani progów. Bardzo szybko pozytywny dla podatników efekt zaczął być zjadany przez inflację oraz zmianę w sposobie pobierania składki zdrowotnej.
- W przypadku Polskiego Ładu ten efekt był bardzo szybki, bo inflacja okazała się dużo wyższa, niż zakładano. Coraz więcej osób zaczęło wpadać w drugi próg podatkowy wcześniej, niż się spodziewano, a część korzyści została zneutralizowana. Do tego dochodzą elementy zwiększające obciążenia, jak brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej, która wraz ze wzrostem dochodów nominalnych również rośnie. Jeśli chodzi o samą propozycję, jaka padła w weekend, czyli podniesienie progu do 180 tys. zł, to jest skala, którą trudno osadzić w realiach obecnej sytuacji budżetowej (koszt propozycji Polski 2050 podniesienia progu ze 120 do 140 tys. zł oszacowano na 9 mld zł -red.). Mamy wysoki deficyt, rosnący dług i takie rozwiązania ten problem pogłębiają, co w perspektywie kilku lat może prowadzić do uruchomienia mechanizmów ostrożnościowych, jak zamrażanie wydatków czy płac w budżetówce - ocenia ekonomista.
Eksperci podatkowi zaznaczają, że problem nie dotyczy tylko wysokości progu, ale też konstrukcji samej skali podatkowej. Dziś mamy bardzo duży skok z 12 od razu na 32 proc. i wejście w drugi próg to wyraźny spadek dochodu netto. Ten "szok podatkowy" powoduje, że moment przekroczenia progu jest bardzo odczuwalny.
Skok z 12 na 32 proc. jest szokowy. Potrzebny pośredni próg
- Dlatego bardziej racjonalne mogłoby być wprowadzenie dodatkowego, pośredniego progu między 12 a 32 proc., zamiast wyłącznie podnoszenia obecnego limitu. Środkowa stawka mogłaby wynosić około 20 proc. Ten duży przeskok między 12 a 32 proc. wypycha lepiej zarabiające osoby w kierunku optymalizacji podatkowo-składkowej - przechodzenia na działalność gospodarczą, co umożliwia wybór liniowego PIT czy ryczałtu, gdzie stawki podatku są dużo niższe - mówi Kozłowski.
Jako drugi z trzech pomysłów Przemysław Czarnek wskazał tzw. srebrną pracę, czyli zwolnienie wynagrodzenia emerytów do poziomu 2,5 tys. zł netto z PIT oraz składek emerytalnych i rentowych. Oceniono, że "zachęci to pracodawców do zatrudniania emerytów".
Ta propozycja - na razie bardzo ogólna - może być jednak problematyczna na dwóch poziomach.
- Jeśli dobrze rozumiemy tę propozycję, to nie jest ona skierowana do tej samej grupy co PIT 0 dla seniorów (wprowadzony za rządów PiS - red.). PIT 0 miał zachęcać do tego, żeby nie przechodzić na emeryturę i jak najdłużej pozostać aktywnym zawodowo bez pobierania świadczenia. Natomiast ta nowa propozycja dotyczy raczej tych, którzy emeryturę już pobierają i chcą ją łączyć z pracą. W efekcie pojawia się tu pewna sprzeczność - z jednej strony państwo zachęcałoby do odkładania przejścia na emeryturę, a z drugiej proponuje preferencje dla osób, które się na nią zdecydują i jednocześnie dorabiają. To byłaby zachęta w przeciwnym kierunku - komentuje Oskar Sobolewski, specjalizujący się w systemie emerytalnym.
Poza tym, jak zauważają ekonomiści, jest jeszcze jeden znak zapytania.
- Druga kwestia to składki. Jeśli mówimy o ich zwolnieniu, to trzeba się zastanowić, jakie będą tego konsekwencje - np. dla świadczeń czy ochrony socjalnej. To oznacza niższe zabezpieczenie, np. w razie choroby. Oczywiście można powiedzieć, że ryzyko jest mniejsze, bo te osoby są już na emeryturze, ale formalnie obniżamy standard ochrony tych pracowników, którzy jednocześnie pobierają świadczenie. W ogóle jest też problem z adresatem tej propozycji. Jeśli to rozwiązanie jest dla pracujących emerytów, to w pewnym sensie zaprzecza temu, co wcześniej wprowadzono, czyli PIT 0, który miał zachęcać do dłuższej aktywności zawodowej bez przechodzenia na emeryturę. Tamto rozwiązanie premiowało osoby, które odkładały moment przejścia na emeryturę i pracowały dłużej, żeby wypracować sobie wyższe świadczenie. Natomiast to nowe idzie w przeciwnym kierunku - zachęca do tego, żeby przejść na emeryturę i jednocześnie pracować - dodaje Kozłowski.
Z punktu widzenia rynku pracy można powiedzieć, że każde zwiększenie aktywności jest korzystne, niezależnie od tego, czy ktoś jest emerytem, czy nie. Ale z punktu widzenia systemu ubezpieczeń społecznych jest to rozwiązanie problematyczne - bo premiuje sytuację, w której osoba ma zdolność do pracy, pobiera emeryturę i jednocześnie pracuje, zamiast pozostawać aktywną zawodowo bez przechodzenia na emeryturę.
Monika Krześniak-Sajewicz












