Zwolennicy oddzielenia się prowincji Alberta od Kanady poinformowali, że w Edmonton formalnie złożyli listy z liczbą podpisów wystarczającą, by przeprowadzić referendum w sprawie secesji regionu.
Chcą odłączyć prowincję Alberta od Kanady. Zebrali 302 tys. podpisów
Szef separatystycznej grupy Stay Free Alberta Mitch Sylvester przybył do biura Elections Alberta, niezależnej instytucji odpowiedzialnej za organizację wyborów w prowincji, na czele konwoju siedmiu ciężarówek. Według aktywistów znajdowało się w nich 302 tys. głosów, podczas gdy do zorganizowania referendum wystarczy 178 tys.
Premier Alberty Danielle Smith zapowiedziała, że referendum zostanie zorganizowane, jeśli pod inicjatywą podpisze się wystarczająco wiele osób, a autentyczność podpisów zostanie potwierdzona. Plebiscyt mógłby się odbyć już w październiku.
Na przeszkodzie może stanąć oczekiwane w tym tygodniu orzeczenie sądu w Edmonton w sprawie skargi grupy rdzennej ludności, która twierdzi, że oddzielenie się Alberty stanowiłoby złamanie traktatowych praw kanadyjskich Indian.
Według opublikowanego w styczniu sondażu Ipsos secesję popiera 29 proc. mieszkańców Alberty. Po zapoznaniu się z listą konsekwencji ewentualnego oddzielenia się prowincji od Kanady poparcie dla secesji spada do 15-16 proc. "To znaczy, że dla około połowy zwolenników separatystów niepodległość jest raczej politycznym komunikatem niż planem, którego koszty byliby gotowi ponieść" - podkreślił ośrodek w komentarzu do wyników badania.
Od ubiegłego roku media ujawniały, że inna separatystyczna grupa Alberta Prosperity Project prowadziła rozmowy z otoczeniem prezydenta USA Donalda Trumpa w sprawie m.in. 500 mln dolarów pożyczki.
Kanada coraz bliżej Unii Europejskiej. Jedno stanowisko wobec Trumpa
Francuski dziennik "Le Figaro", komentując we wtorek spotkanie Europejskiej Wspólnoty Politycznej w Armenii, ocenia, że kraje europejskie i Kanada prezentowały jedność wobec prezydenta USA Donalda Trumpa. Zarzuca przy tym Europie brak postępów w konkretnych sprawach i "pustkę strategiczną".
Dziennik określa Europejską Wspólnotę Polityczną jako "platformę, której celem jest promowanie Europy jako potęgi alternatywnej wobec gigantów: USA i Chin".
Ekspert paryskiego Instytutu Delorsa, Sebastien Maillard ocenia, że "wraz z zaproszeniem Kanady, format ten, początkowo dyktowany geografią, nabiera również wyglądu antytrumpowskiego". Na spotkaniu w Armenii "niewymieniany z nazwiska, prezydent USA był wszechobecny" - relacjonuje "Le Figaro".
Zaznacza, że kraje europejskie i Kanada spotkały się po tym, jak Trump ogłosił wycofanie co najmniej 5 tys. żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Niemczech. "Le Figaro" dodaje, że nakłada się to na anulowanie przez administrację Trumpa rozmieszczenia w Niemczech pocisków Tomahawk. "To kolejna szczelina w polityce odstraszania NATO wobec Rosji, której Europa na razie nie jest w stanie zapełnić" - podkreśla dziennik.
Zdaniem "Le Figaro" podczas spotkania w Erywaniu "po raz kolejny" kraje europejskie "nie poczyniły postępów w konkretnych sprawach". Mimo rysujących się rozwiązań taktycznych, takich jak koalicja chętnych czy inicjatywa zabezpieczenia cieśniny Ormuz, panuje "pustka strategiczna" - podsumowuje francuski dziennik.
















