W skrócie
- Obecna koncepcja SAFE nie zapewnia gwarancji stałego, przewidywalnego strumienia środków na obronność.
- Polska ponosi wyższe koszty obrony Europy niż część krajów UE, a program wsparcia powinien mieć charakter solidarnościowy i redystrybucyjny.
- Wykorzystanie zysków NBP z rezerw walutowych jako alternatywnego źródła finansowania wydatków na obronność jest dobrym pomysłem, ale musi być gwarancja tego strumienia finansowania.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Monika Krześniak-Sajewicz, Interia: Zamieścił pan w mediach społecznościowych komentarz dotyczący wydatków na zbrojenia i mechanizmu SAFE, z którego wynika, że europejski SAFE nie jest mechanizmem szczególnie atrakcyjnym. Na czym polega główna słabość tego rozwiązania?
Paweł Borys, były szef Polskiego Funduszu Rozwoju, obecnie partner zarządzający MCI Capital: - Przede wszystkim zwracam uwagę na dwa tematy. Po pierwsze, ponosimy bardzo wysoki koszt inwestycji w obronność, czego beneficjentem są inne kraje UE. Po drugie, mamy zbyt duży wzrost długu publicznego w kierunku 75 proc. PKB przy złej demografii i braku buforów na złe czasy. Uważam, że jeśli Unia tworzy program wsparcia bezpieczeństwa, to powinien on mieć charakter solidarnościowy i redystrybucyjny. Wtedy SAFE powinien działać według zasady, w której kraje, które wydają poniżej 3 proc. PKB dopłacają do programu przez co kraje, które wydają więcej - jak Polska - mają dopłatę i efektywnie mniejsze koszty finansowania. To mechanizm solidarnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo. Inaczej my się zadłużamy i ponosimy koszt obrony Europy w stopniu znacznie wyższym niż kraje, które na tym korzystają. Polska wydaje ponad 4 proc. PKB na obronność, a blisko połowa krajów UE poniżej 2 proc. PKB.
To jest raczej nierealny scenariusz, bo trudno zakładać, że np. Hiszpania, która na obronność wydaje poniżej 2 proc. PKB się na to zgodzi. Więc raczej trzeba bazować na tym, co jest możliwe do uzyskania…
- To prawda. Politycznie trudno byłoby uzyskać zgodę krajów, które wydają mniej, aby ponosiły większe koszty. Ale wtedy taki program byłby realnym mechanizmem solidarnościowego wsparcia obronności w skali UE. Tak działa budżet unijny, na przykład fundusz spójności, czy polityka rolna. Natomiast sam mechanizm "pożyczania od Unii" w ramach SAFE ma wartość w postaci długiego terminu spłaty i potencjalnie trochę niższego oprocentowania, ale nie jest to mechanizm ani solidarnościowy, ani ograniczający tempo wzrostu naszego długu publicznego. Różnica w oprocentowaniu między emisją naszych własnych obligacji w euro a pożyczką unijną to około 0,5 proc. Korzyść jest, ale względnie niewielka.
Pytanie, czy możemy przy takiej różnicy pożyczyć tyle samo, ile możemy dostać w ramach SAFE?
- Tu kluczowy problem, że zbyt mocno się zadłużamy. A pożyczka unijna też jest długiem - tylko od UE, która z kolei pożycza te pieniądze na rynku. Mamy deficyt budżetowy 6,5 proc. i w ciągu ok. 5-6 lat dług publiczny wzrośnie z około 50 proc. do blisko 75 proc. Duży wpływ mają na to bardzo wysokie wydatki na obronność, bo de facto budujemy bezpieczeństwo UE na wschodniej flance, ponosząc z tego powodu nieproporcjonalnie wysokie koszty. Oddaliśmy Ukrainie dużą część naszego sprzętu, ponosimy ogromne wydatki na modernizację armii, a Unia oferuje nam w ramach SAFE właściwie tylko te 0,5 proc. oszczędności. To, moim zdaniem, zbyt mało w stosunku do znaczenia naszych działań w obszarze obronności. Obiektywnie długi termin spłaty jest zaletą, ale cały czas dług to dług.
No właśnie - czy jednak długi okres spłaty jest zaletą, a nie wadą? Pytam, bo przeciwnicy europejskiego SAFE jako jeden z głównych argumentów na "nie" wysuwają, ten, że to zadłużenie na dziesiątki lat i będą go spłacać kolejne pokolenia.
- Każdy, kto zarządza długiem wie, że pożyczanie z dłuższym okresem jest lepsze niż z krótkim okresem spłaty, bo spada ryzyko refinansowania. My przecież i tak w 5 lat tego nie spłacimy, więc przy krótkim okresie jest ryzyko związane z rolowaniem długu. Lepiej pożyczyć na dłużej niż na krócej.
- Natomiast połączenie rosnącego długu ze słabą demografią, z kurczącą się liczbą pracujących to poważne ryzyko dla stabilności finansowej państwa. Do 2035 roku z rynku pracy znikną około 2 miliony osób. Do tego dochodzi fakt, że to Polska ponosi największe koszty zapewnienia bezpieczeństwa na wschodniej flance. Dlatego pomysł, żeby sięgnąć po inne źródło w postaci zysków z tytułu rezerw walutowych dla finansów publicznych państwa jest bardzo atrakcyjny.
To przejdźmy do tzw. SAFE 0 proc. W swoim komentarzu wskazał pan, że pomysł byłby dobry, ale trzeba byłoby go zmienić w stosunku do tego, co zaproponowano. Jak to miałoby działać, żeby nie była to tylko obietnica, ale gwarancja realnych pieniędzy na wydatki zbrojeniowe?
- Tak, bo w Polsce realnym źródłem środków na obronność faktycznie mogą być zyski NBP. Wokół nich było dużo nieporozumień i chaosu informacyjnego. Po pierwsze straty NBP za ubiegłe lata wynikają z umocnienia złotego i różnic kursowych. Natomiast jednocześnie bank centralny ma prawie 200 mld zł niezrealizowanych zysków z tytułu zakupionego złota. I tu trzeba docenić, że zakupy złota były bardzo trafną decyzją prezesa NBP.
Tylko żeby skorzystać z tego zysku, trzeba sprzedać część złota? Bo jak rozumiem w przypadku rezerw ulokowanych w złocie w odróżnieniu od innych, nie można wzrostu wartości po prostu zaksięgować jako zysku?
- Rezerwy NBP wynoszą ponad 1 bilion złotych, z czego ponad 300 mld to złoto. Reszta to obligacje w dolarze, euro i inne aktywa, z których NBP otrzymuje odsetki - to jest około 20 mld zł rocznie. Oprócz tego jest blisko 200 mld zł niezrealizowanego zysku na złocie.
- Dlatego moim zdaniem w obecnej koncepcji SAFE 0 proc., która mógłby realnie odciążyć finanse publiczne, a jednocześnie dać zastrzyk finansowy na cele zbrojeniowe, brakuje przewidywalności - jaki to miałby być strumień pieniędzy. Chodzi przykładowo o rozwiązanie, w którym wdrożona jest ustawa, na bazie której kwota 10 mld zł rocznie lub jeżeli to wyższa - kwota 25 proc. rocznego zysku z zarządzania rezerwami - również z uwzględnieniem niezrealizowanego zysku - trafia do Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych lub innego funduszu celowego. To jest mechanizm zbliżony do tego, który stosuje Norwegia. Oni w ogóle odeszli od pojęcia zysku banku centralnego. Założyli, że na swoich ogromnych rezerwach walutowych - które pochodzą z eksportu ropy - tamtejszy bank centralny średniorocznie powinien wypracowywać 2-3 procent zysku. I ustawowo zapisali, że do 3 procent wartości rezerw trafia do państwa, który finansuje różne inwestycje krajowe.
- To mechanizm, który w ogóle nie odnosi się bezpośrednio do bieżącego zysku, ale pośrednio zakłada, że ta kwota odpowiada temu, co fundusz normalnie powinien zarabiać. Logika jest taka: nie ruszamy realnej wartości rezerw, tylko wykorzystujemy część ich stopy zwrotu, tworząc przewidywalny strumień środków przeznaczanych na różne inwestycje.
Czy w polskich warunkach konieczna byłaby zmiana struktury rezerw, żeby wygenerować zysk z rezerw złota?
- Kwota 10 mld zł rocznie może być pokryta z samych odsetek od obligacji. Sprzedaż złota byłaby potrzebna tylko przy znacząco wyższych kwotach.
Tylko czy 10 mld zł rocznie to kwota, która rzeczywiście mogłaby coś zmienić?
- Taki strumień finansowania pozwala na obsłużenie całego mechanizmu SAFE, zarówno odsetek, jak i potencjalnie kapitału. Odsetki to średnio w całym okresie około 4-5 mld zł rocznie. Pozostała kwota byłaby przeznaczana na spłatę obligacji.
To jak pan w tym kontekście ocenia projekt ustawy przygotowany w Pałacu Prezydenckim, w którym nie ma żadnych kwot?
- Największym problemem jest brak gwarancji stałego, przewidywalnego strumienia środków. Sam pomysł wykorzystania zysków z rezerw jest słuszny, ale bez zapisania konkretnej kwoty mechanizm będzie niepełny.
- Natomiast gdyby zrobić to tak jak w tej propozycji, o której mówię, to w praktyce oznacza to zerowy koszt dla finansów publicznych, bo dług jest spłacany właśnie z tego strumienia. To nie tylko pokrycie odsetek, ale w praktyce potencjalnie sfinansowanie całej kwoty SAFE z zysków NBP.
Czyli główna idea jest taka, żeby odciążyć finanse publiczne, ale nie tworzyć ustawy "wydmuszki" tylko takiej z gwarancją konkretnych kwot? Czy dobrze rozumiem, że pana zdaniem w takim wariancie nie byłoby sensu sięgać po europejski SAFE?
- Jeżeli byłaby realna alternatywa finansowania z zysków z rezerwa walutowych, to to rozwiązanie jest znacznie korzystniejsze dla finansów publicznych. Pamiętajmy, że budowa bezpieczeństwa to nie tylko obronność, ale też stabilne finanse. Putin przez kilkanaście lat szykował się do wojny, redukując prawie cały dług zagraniczny Rosji, obniżając cały dług publiczny i tworząc fundusz rezerwowy. Bez tego sankcje byłyby tak bolesne, że albo nie zdecydowałby się na agresję na Ukrainę, albo byłby zmuszony szybko zakończyć wojnę.
- Dlatego pomijając politykę uważam, że ta debata, jaką mamy, jest wartościowa. To są sprawy wymagające merytorycznej dyskusji. Jeżeli pojawił się pomysł, żeby sięgnąć po zyski z rezerw walutowych i wykorzystać je tak, by odciążyć finanse publiczne, to warto go rozważać - szczególnie w sytuacji bardzo niestabilnej ścieżki wzrostu długu.
Mamy też bardzo niestabilną sytuację geopolityczną. Pytanie, czy to nie jest najwyższe ryzyko?
- Tak i tym bardziej powinniśmy mieć bufory fiskalne. Jeśli przyjdzie silniejszy szok i deficyt wyskoczy na 8-9 proc., to sytuacja zrobi się poważna. Rumunia przechodzi przez taki kryzys fiskalny, podnosząc znacząco podatki. Dlatego uważam, że priorytetem powinno być odciążenie finansów publicznych w obliczu konieczności wysokich wydatków na obronność. Strumień zysków z rezerw walutowych taką możliwość daje.
Rozmawiała Monika Krześniak-Sajewicz














