Reklama

Jak to jest pracować z gwiazdami?

Występowała w musicalu "Metro" oraz licznych filmach i serialach. Jej filmografia byłaby na pewno dłuższa, lecz wiele lat Alicja Borkowska spędziła w Londynie.

Wyjechała tam pani wraz z mężem. Lecz dlaczego akurat do Londynu? I po co?

- To było po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie występowaliśmy z "Metrem". Mąż podjął decyzję, że będzie producentem musicali właśnie w Londynie. Więc pojechałam z nim, w 1992 roku. On zaczął robić interesy, a ja mu pomagałam w sprawach biurowych.

- To było ciekawe doświadczenie, dla młodej dziewczyny, prawie dziecka. Te wszystkie rozliczenia podatkowe, sprawy księgowe, bankowe przelewy. Nie miałam o tym zielonego pojęcia. Jak wszyscy wówczas Polacy, przecież system bankowy u nas dopiero się rodził, nowoczesna księgowość też, krótko mówiąc wszystkiego musiałam się uczyć od zera.

Reklama

Takie moje standardowe pytanie, znała pani język?

- Właśnie, że nie, a to oczywiście dodatkowo komplikowało mi życie. Mąż powiedział, że mam się nauczyć, bo mu robię wstyd. Inna sprawa, że on też wtedy nie znał zbyt dobrze angielskiego. Lecz obiecał, że mi opłaci szkołę językową. Więc pod koniec 1992 roku zaczęłam w niej naukę.

- W sumie trwała trzy lata, pięć dni w tygodniu, po sześć godzin dziennie. Wcześniej w Polsce uczyłam się angielskiego w liceum i jakoś nie mogłam się go nauczyć. Nawet sobie zadawałam pytanie, czy ja może jestem jakimś antytalentem językowym? Lecz te trzy lata w Londynie wystarczyły, znałam angielski perfekt. Każdy by się nauczył, gdyby niemal cały czas używał tego języka.

A do pracy nie planowała się pani wybrać?

- Nawet o tym nie myślałam. Choć chętnie jakiegoś ciekawego zajęcia bym poszukała. Tyle tylko, że po prostu nie mogłam. Nie miałam obywatelstwa, ani pozwolenia na pracę, cały czas byłam tam na wizie studenckiej. Jako ciekawostkę dodam, że nie pomógł mi nawet fakt, że mój mąż oprócz polskiego miał także obywatelstwo szwedzkie.

- Lecz Szwecja też nie należała wtedy do Unii Europejskiej. Skoro więc nie mogłam pracować, a nie miałam zamiaru bezczynnie tracić czasu, to pozostawał wariant drugi, czyli nauka. Uczyłam się na kursach, jak robić make-up sceniczny, ale po miesiącu się znudziłam i dałam sobie z tym spokój. A później, konkretnie w 1997 roku, zostałam studentką na University of London.

Tylko, że chyba nie jest łatwo dostać się na taką uczelnię?

- To wcale nie jest trudne. W Anglii jeśli masz więcej niż 21 lat, to nie interesuje ich, czy masz maturę. Uważają, że minęło tyle lat od chwili, gdy ją zdawałeś, że nie ma to już znaczenia. To bardzo ułatwiło mi życie, bowiem maturę zdawałam w Polsce, nie musiałam więc nostryfikować dokumentów.

- Po prostu poszłam na rozmowę kwalifikacyjną, na kierunek historia sztuki. To była śmiertelnie nudna rozmowa o jakimś malarzu, o którym za dużo nie wiedziałam, a uważałam, że malował koszmarnie. Więc dałam sobie spokój. Po drugiej stronie placu stały grupy wesołej, roześmianej młodzieży. Poszłam w ich stronę i tak trafiłam na wydział archeologii orientalnej, bo właśnie przed wejściem na ten wydział stali. Tam także była rozmowa kwalifikacyjna, po niej jeszcze musiałam zaliczyć egzamin z angielskiego - taka formalność, każdy cudzoziemiec musi to zdać.

W takim razie zapytam jak wyglądają angielskie studia archeologiczne?

- Na pierwszym roku była wiedza ogólna, na drugim wybieraliśmy dwa terytoria świata i na nich się koncentrowaliśmy, rok trzeci to praca licencjacka, to bowiem studia licencjackie. W tym czasie bardzo dużo jeździłam po świecie. Między innymi byłam w Indiach, Birmie gdzie pracowaliśmy przy renowacji XIV-wiecznych świątyń buddyjskich, z kolei w Armenii sporo czasu spędziłam w klasztorach ormiańskich.

- To było coś dla mnie, zawsze dużo podróżowałam. Zaznaczę, że nie wszyscy tak jeździli. Trzeba było dostać się do specjalnej grupy i jeszcze zdobyć pieniądze na przelot. Dodam, że zaproponowano mi, abym zrobiła jeszcze studia magisterskie, a później została na uczelni.

Przez jakiś czas jednak pani w Londynie pracowała, u projektanta mody.

- W tym czasie karierę robił tam Arkadius. Poprosiłam go kiedyś, by znalazł mi jakąś pracę. Głównie z nudów, chciałam spróbować czegoś nowego. Tak trafiłam do Jimmy'ego Choo. Chińczyka, który zrobił karierę w londyńskim świecie mody. Mimo to, żył jak większość chińskich emigrantów, we wspólnym dużym, skromnym domu, poza tym bardzo mało płacił swoim pracownikom. Dlatego zmieniali się u niego często.

- Zatrudnił mnie jako asystentkę, między innymi odbierałam telefony. A to od księżnej Diany, a to od Kylie Minogue, od wielu sławnych osób. Szybko jednak zaczęłam się bawić projektowaniem butów. Haftowałam je kryształkami i perełkami i myślę, że były to ciekawe wzory. U Choo nie spędziłam jednak wiele czasu, pożegnałam się z nim po trzech miesiącach. A potem przyjechałam do Warszawy, bo zaproponowano mi udział w spektaklu "Chicago" w Teatrze Komedia...

Rozmawiał:

Damian Szymczak

Pobierz: program do rozliczeń PIT

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »