Reklama

Kubisiak: Kryzys gospodarczy został wywołany sztucznie ze względu na walkę z pandemią

- Pandemia wywołała perturbacje na rynku pracy inne niż w kryzysach, jakie widzieliśmy do tej pory. Duża część osób, która straciła pracę, wypadła z rynku pracy, przechodząc w stan bierności zawodowej. Dzisiaj wakaty są właściwie we wszystkich krajach UE - mówi Andrzej Kubisiak, wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Magdalena Credo, "DGP": W wielu krajach europejskich brakuje pracowników. Po pandemii ludzie nie wrócili do pracy.

Andrzej Kubisiak, wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego: W UE jest spadek o 4,6 mln zatrudnionych, porównując I kw. tego roku do VI kw. 2019 r. Oczywiście to są dane, które do końca nie uwzględniają okresu odbicia, ale widać, że skala jest ogromna. Zwłaszcza że mówimy o dużych gospodarkach. W pierwszej piątce największych spadków zatrudnienia są Niemcy, Włochy, Rumunia, Hiszpania i Grecja. Polska jest ciekawym krajem, bo jest na niewielkim plusie.

Reklama

Dlaczego ludzie nie wracają na rynek pracy, choć w gospodarkach widać mocne odbicie?

- Nie mamy do czynienia z klasycznym kryzysem gospodarczym. On został wywołany sztucznie ze względu na walkę z pandemią. Lockdown to był hamulec ręczny, który nagle zatrzymał gospodarkę. Szokowe wyłączenie dużych gałęzi, przede wszystkim sektora usługowego, hotelarstwa, gastronomii, turystyki, kultury, wywołało inne perturbacje na rynku pracy niż w kryzysach, jakie widzieliśmy do tej pory. Duża część osób, które straciły zatrudnienie, po prostu wypadła z rynku pracy, przechodząc w stan bierności zawodowej. Stracili pracę i nie szukają nowej, bo się boją lub nie mają gdzie. To nie są osoby bezrobotne, bo bezrobotny traci zatrudnienie, ale chce znaleźć nowe. Natomiast w 2020 i 2021 r. gros osób, które straciły pracę, zdezaktywizowało się. Wpadło w pulę osób, których nie było widać w statystykach bezrobocia.

Które nie rosły, chociaż ludzie tracili pracę?

- To najbardziej widać w przypadku Włoch i Portugalii, gdzie w warunkach recesji bezrobocie w 2020 r. spadło, zamiast rosnąć. Dlatego w tym kryzysie kluczowy jest wskaźnik zatrudnienia, a nie bezrobocia. Stan bierności zawodowej jest dużo bardziej niebezpieczny z perspektywy rynkowej niż bezrobocie. Te osoby jest potem dużo trudniej przywrócić na rynek pracy, dłużej na niego wracają. Najlepszym przykładem jest Hiszpania po kryzysie finansowym w 2008 i 2009 r. Duża grupa Hiszpanów, zwłaszcza młodych, zdezaktywizowała się i, nawet kiedy po latach gospodarka zaczęła wracać na właściwe tory, ci ludzie nie wrócili do pracy. Im dłużej ten okres bierności trwa, tym gorzej z niego wyjść. Te osoby wpadają w stan nazwany przez Martina Seligmana "wyuczoną bezradnością". Nie chcą wrócić do pracy, nie widzą takiej potrzeby. To nie są osoby leniwe czy roszczeniowe, ale są ofiarami kryzysu. Żyją w przekonaniu, że się nie da, że jest to zbyt trudne. Bierny zawodowo często widzi wiele powodów, dla których nigdy nowej pracy nie znajdzie. Dzisiaj problem potęguje to, że pandemia dotknęła w dużej mierze osoby młode. Kryzys zazwyczaj uderza w nie, natomiast tym razem nastąpiło to ze zdwojoną siłą, bo młodzi byli zatrudnieni w branżach, które zostały wyłączone. Gdy bierność zawodowa dotyka młodych, jest jeszcze bardziej niepokojąca. Jeśli ktoś stracił swoją pierwszą pracę w życiu, to staje się to dla niego formą traumy. Bierność zawodowa dotyka też osób, które dopiero miały wejść na rynek pracy, ale jej nie dostały.

Wiele rządów uruchomiło programy osłonowe, niektóre na bezprecedensową skalę. Jakie one miały wpływ? I czy można oczekiwać, że gdy się zakończą, wakaty zaczną się zapełniać?

- Osoby bierne zawodowo w ogóle z nich nie korzystały. Bierność zawodowa jest stanem, w którym samo odbicie gospodarki nie stanowi zachęty do powrotu na rynek pracy. Oni poza niego wypadli. Więcej o tym, co tak naprawdę dzieje się na nim, pokażą dane za kolejne kwartały, ale już dzisiaj stawiam tezę, że w okresie odbudowy mamy do czynienia z szokiem podażowym na rynku pracy. Polega on na tym, że po zniesieniu lockdownów zdjęto tę sztuczną blokadę i przywrócono - znowu nienaturalnie - funkcjonowanie gospodarek. To był efekt, który nastąpił nagle. Wykresy wcześniej radykalnie spadły, a teraz zaczęły ostro odbijać w górę. Firmy się na to przygotowały, np. szykując włączenie mocy produkcyjnych, ale to nie uruchomiło aktywności zawodowej. To, że pojawiły się oferty pracy, to, że skończyły się ewentualnie jakieś programy, pozostaje bez wpływu na biernych zawodowo. Widzieliśmy to w mikroskali na rynkach południowych po kryzysie finansowym. Teraz widzimy to w wielu krajach w skali makro.

Jednym słowem pracodawcy przygotowali się na odbudowę, ale pracownicy nie. Czy wzrost płac to jest coś, czym teraz mogą zachęcić do powrotu do pracy osoby bierne zawodowo?

- W przypadku wychodzenia z bierności zawodowej pieniądze są kwestią drugorzędną. To nie pieniądze czy popyt na pracę mogą wpłynąć na aktywizację tych osób. To jest mozolny i trudny proces, który nierzadko ma podstawy psychologiczne. Pieniądze są motywacją dla bezrobotnych. Jeśli próg płacowy się podnosi, to bezrobotni chętniej wracają na rynek pracy. I część z nich już wróciła.

Bierność zawodowa to w takim razie wyzwanie dla decydentów politycznych?

- Międzynarodowa Organizacja Pracy przez cały 2020 r. apelowała o to. Przestrzegano przed "straconym pokoleniem". To ogromne wyzwanie dla decydentów właściwie na całym świecie. Ci młodzi ludzie nie zniknęli, nie wyemigrowali, nie zmarli z powodu COVID. Trzeba do nich wyjść i pokazać, że nie ma się czego bać. Przywracanie do pracy powinno odbywać się stopniowo, często te osoby nie poradzą sobie w pracy na pełen etat. Potrzebują mechanizmów wsparcia i opieki, przynajmniej na początku. Tego problemu nie da się rozwiązać prostym otwarciem rynku, powiedzeniem "przecież jest tak dobrze, weźcie się do pracy". To będzie działać wręcz odwrotnie.

Można powiedzieć, że to był kryzys jak żaden inny?

- Z kryzysu wychodzimy bardzo dynamicznie, za tym poszedł wzrost popytu na pracę, ale podaż się nie odbudowała. Stąd się wzięły napięcia na rynku pracy i wakaty właściwie we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

- Moja pierwsza teza dotycząca tego kryzysu to braki podażowe, druga dotyczy zjawiska, które nie nastąpiło w tym kryzysie, a przy większości kryzysów wcześniej występowało. Chodzi o "jobless recovery", a więc wzrost bez odbudowy rynku pracy. Przy poprzednich kryzysach mieliśmy do czynienia z takim zjawiskiem, gdzie gospodarka się odbudowywała, zaczynało rosnąć PKB, zamówienia, przemysł, konsumpcja, ale to nie wpływało na redukcję bezrobocia i wzrost zatrudnienia. W tym kryzysie to zjawisko prawdopodobnie w ogóle nie miało miejsca. Przez to, że ten kryzys od strony gospodarczej był "sztucznie wywołany" i można go było zakończyć niemalże ręcznie poprzez uwolnienie gospodarki, to natychmiastowa odbudowa spowodowała olbrzymi popyt na pracę i szybki spadek bezrobocia. To mocno odróżnia pandemię od wcześniejszych kryzysów. Zwykle rynki pracy bardzo powoli reagowały na większość kryzysów, nawet gdy patrzymy na kryzys finansowy - odbudowa była stopniowa i zajęła lata.

Dlaczego Polska znalazła się na plusie?

- To miks kilku czynników. Po pierwsze struktury polskiej gospodarki. Turystyka, HoReCa i kultura, na tle innych krajów UE, mają relatywnie niewielki udział w PKB i zatrudnieniu. Po drugie, polski rynek pracy od lat zmaga się z wyzwaniami podażowymi, co w warunkach kryzysowych pozwoliło na amortyzowanie uderzenia w popyt poprzez ścięcie narastających wakatów. Po trzecie, na dużą skalę i szybko zostały uruchomione działania pomocowe, które spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony pracodawców i pracowników. I ten ostatni element moim zdaniem był kluczowy. Same narzędzia pomocowe, nawet najlepiej przygotowane, bez determinacji ze strony przedsiębiorców i osób zatrudnionych nie przyniosłyby zamierzonych efektów.

Najbardziej dramatycznie sytuacja wygląda w Wielkiej Brytanii, gdzie z powodu niedoborów pracowników nie ma komu dostarczać paliwa i żywności.

- Wielka Brytania jest trochę inną opowieścią, bo tam na pandemię nałożył się jeszcze brexit. Te dwie kwestie ciężko od siebie oddzielić, zwłaszcza że działy się równolegle. Brytyjczycy przed brexitem mieli co roku dodatni bilans migracyjny, przyjeżdżali tam nie tylko Polacy, ale też Rumuni, Bułgarzy. Oni już dużo ryzykowali, decydując się na wprowadzenie restrykcyjnej polityki migracyjnej, ale nie mogli zakładać, że na to nałoży się jeszcze coś takiego jak pandemia. Migracje zarobkowe w ogóle wyhamowały w czasie lockdownów, ale tam pojawiły się jeszcze te dodatkowe bariery formalne związane z brexitem. Kiedy Wielka Brytania weszła w gwałtowny okres odbudowy, to brak napływu migrantów przy zmniejszonej podaży pracy wywołał ten dramatyczny efekt.

Czy i kiedy sytuacja się ustabilizuje na rynku pracy?

- Ona się już trochę stabilizuje. Gospodarki weszły na wysokie obroty, ale teraz zaczynają powoli z nich schodzić, bo z jednej strony brakuje energii, z drugiej surowców, z trzeciej ludzi. Gospodarka musi się sama schłodzić. Banki centralne interweniują, podnosząc stopy procentowe. Ten skokowy, dynamiczny wzrost w niektórych przypadkach być może za szybki, jest gaszony. Napięcia na europejskim rynku pracy zapewne jednak z nami pozostaną. Oczywiście przyszłość zależy od tego, co będzie się działo z pandemią. Jeżeli jesienno-zimowa fala nie będzie wymagała daleko idących ograniczeń, to gospodarki pozostaną w trendzie wzrostowym, a polski rynek pracy może powrócić do warunków sprzed kryzysu pandemicznego.

Magdalena Cedro

14.10.2021

Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »