Opłata reprograficzna obejmuje nośniki danych, które umożliwiają kopiowanie treści, jak muzyka, książki, czy filmy. Z racji że ostatni raz przepisy były nowelizowane w 2011 roku (gdy nałożono opłatę na odtwarzacze mp3, czy mp4), to 30 kwietnia 2026 roku minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie dotyczące opłaty reprograficznej, które rozszerzyło podatek m.in. na telefony i tablety z pamięcią do 32 GB, komputery, czy telewizory. Wysokość opłaty ma wynieść 1 proc. ceny netto. Zmiany mają wejść w życie po sześciu miesiącach vacatio legis, czyli pod koniec 2026 roku.
Opłata reprograficzna od telefonów czy tabletów ma wynieść 1 procent. Choć minister kultury twierdzi, że koszty opłaty reprograficznej będą ponosić korporacje, to pojawiają się obawy, że zostaną one przerzucone na konsumentów w formie wyższej ceny detalicznej urządzeń. Jak się jednak okazuje, te koszty mogą ponieść także muzycy.
"Podatek od smartfonów". Czy faktycznie "twórcy czekali na tę decyzję"?
Minister kultury Marta Cienkowska, informując o podpisaniu rozporządzenia, pisała, że "twórcy czekali na tę decyzję". O wpisanie smartfonów czy tabletów na listę objętą opłatą ZAiKS walczył od lat, a znacznie sprzeciwiali się jej importerzy i producenci z branży RTV, którzy inicjowali wtedy akcję "Nie płacę za pałace". Mogłoby się wydawać, że linia konfliktu jest prosta, tj. sprzedawcy sprzętu kontra artyści, ale sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, bo w środowisku można usłyszeć różne opinie na temat opłaty.
Rozszerzenie opłaty reprograficznej w mediach popierali publicznie choćby Sidney Polak czy znany m.in. jako aktywista Jaś Kapela. Z kolei niedawno w rozmowie z WP Finanse Norbert "Norbi" Dudziuk ocenił, że zmiany nie mają sensu bo "wykonawcy estradowi, artyści, są ludźmi bardzo bogatymi". Dotarliśmy także do osób, które zajmują się muzyką zawodowo, ale są poza głównym nurtem, po mniej medialnej stronie branży.
- Jako muzyk-przedsiębiorca działający na wolnym rynku stanowczo sprzeciwiam się takim opłatom. Uważam, że te zmiany oraz sposób ich wprowadzania są szkodliwe - dzielą społeczeństwo i dają kij baseballowy do bicia "szarych" muzyków, którzy o te przywileje wcale nie prosili - wskazuje w rozmowie z Interią Biznes Bartosz "Bazok" Zelek, muzyk sesyjny, twórca jednego z największych poświęconych gitarze kanałów na YouTube w Polsce.
Również negatywnie zmianę ocenia Piotr z Lublina, aktywny muzyk, nauczyciel i producent od 20 lat, absolwent szkoły muzycznej im. Mieczysław Karłowicza.
- Wszystko zależy, jak będą zarządzane te pieniądze, tak by realnie trafiały do twórców, którzy w świecie cyfrowym są masowo ograbiani z możliwości zarobku. Wydaje mi się, że po aferze ze środkami z KPO i sposobie zarządzania funduszami brakuje wiary zarówno w obecny, jak i wcześniejszy rząd. Ogromnym minusem też jest brak jasności jak te środki mają faktycznie trafiać do twórców - mówi nam pan Piotr.
Z naszych innych, nieoficjalnych rozmów z przedstawicielami branży muzycznej, pracującymi na tzw. zapleczu branży, wynika, że niektórzy nawet nie wiedzieli o wprowadzeniu opłaty lub wskazywali, że niewiele w ich wypadku zmienia, "bo nic z niej nie zobaczą".
Kto dostanie środki z opłaty reprograficznej? "Ma służyć tłustym kotom"
Mechanizm opłaty reprograficznej wprowadzono jeszcze w 1994 roku i miał być rekompensatą dla twórców za kopiowanie dzieł na użytek prywatny. Pieniądze z opłaty nie trafiają jednak do budżetu państwa, a do organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ), takich jak ZAiKS czy ZPAV, które według własnych kryteriów podzielą je względem artystów. Warto przy tym zaznaczyć, że OZZ to prywatne instytucje, choć wykonują funkcję publiczną.
Bartosz Zelek wskazał, że głównymi beneficjentami tej zmiany będą więksi artyści, którzy od lat utrzymują się z tantiemów.
- Większość z nas [muzyków - dop. red.] uczciwie pracuje na umowach o dzieło, czy zlecenie, a ci bardziej rozgarnięci biznesowo prowadzą własną działalność (JDG). Tymczasem nowa opłata ma służyć "tłustym kotom", od lat utrzymywanym z ZAiKS-ów i innych organizacji zbiorowego zarządzania - mówi Zelek.
Z kolei pan Piotr stwierdził, że zarówno mniejsi, jak i więksi artyści otrzymają pieniądze z opłaty reprograficznej, ze względu na sposób działania ZAiKS. Przypomnijmy, że do ZAiKS może zgłosić się każdy, podpisując umowę o zbiorowe zarządzanie prawami autorskimi, a następnie zgłaszać swoje utwory do bazy organizacji (dopiero wtedy utwory będą uwzględniane w tantiemach). Na tej podstawie OZZ monitoruje wykorzystanie muzyki i wypłaca wynagrodzenia za emisję w radiu, internecie czy podczas koncertów.
- Mam nadzieję, że trafi to [zyski z opłaty reprograficznej - red.] do najmniejszych artystów, którzy nie mają zdolności lub możliwości promocyjnych - takich jak scenarzyści, pisarze czy twórcy tekstów. Jednak biorąc pod uwagę, że pieniądze te mają trafić do organizacji zarządzających opieką nad prawami autorskimi, sądzę, że każdy trochę dostanie, przynajmniej tak odbieram działania ZAiKS - mówi nasz rozmówca.
Niektóre z naszych źródeł wskazały również, że wyższe ceny za komputer czy tablet to również wyższe ceny za sprzęt używany przy nagraniach. Szczególnie uwagę zwracały na to osoby pracujące jako realizatorzy dźwięku czy współpracujące z artystami przy tworzeniu materiałów wizualnych.
- My zapłacimy ten 1 procent dokładnie tak samo jak każdy inny obywatel - chociażby kupując nowy sprzęt na scenę czy do domowego studia, by móc dalej tworzyć - mówi z kolei Bartosz Zelek.
Spór o dotacje z Ministerstwa Kultury. Czy środki są niewłaściwie pożytkowane?
Gdy zapytaliśmy naszych rozmówców o dyskusję, która toczy się w kwestii opłaty reprograficznej, sami wspomnieli o sprawie grantów dla Jasia Kapeli. Przypomnijmy, że Ministerstwo Kultury w 2025 roku płaciło miesięcznie 5000 zł brutto Jasiowi Kapeli za tworzenie musicalu o aborcji w Polsce. W jego ramach powstały 32 piosenki. Minister Kultury Marta Cienkowska tłumaczyła później w Polsat News, że projekt był wysoko oceniany na etapie wniosku. Choć samo stypendium było przyznane w pełni legalnie, to sprawa napędziła dyskusję dotycząca dotowania twórców. Szczególnie, że Jaś Kapela niejednokrotnie publicznie bronił opłaty reprograficznej.
- Wydaje mi się, jeśli te pieniądze mogłyby trafić do początkujących twórców (nowe zespoły, nowe grupy teatralne itp.), dać im tak zwany "wiatr w żagle", byłoby to najbardziej rozsądne i logiczne posunięcie. Przykładowo, zamiast dawać granty na rok, by pisać piosenki - jak to miało miejsce w przypadku Jasia Kapeli - to sfinansować rejestrację płyty nowego zespołu lub promocję artystycznych, niezależnych eventów w teatrze i kinie. Kiedyś były takie inicjatywy prowadzone przez domy i centra kultury, regionalnie, co naprawdę potrafiło pomóc młodym artystom, od muzyków po fotografów - mówi w rozmowie z nami pan Piotr.
Jego zdaniem lepiej "dać możliwość wyrwania kawałka tortu dla siebie" jako "wędki", dzięki której mogliby później samemu rozwijać swoją pracę. Mogłoby to wyglądać podobnie do dotacji, które można dostać na otworzenie biznesu, czym często jest działalność artystyczna. Z kolei Bartosz Zelek wskazuje, że muzycy "nie proszą się" o publiczne pieniądze.
- Prawda jest prosta: zwykły muzyk to nie Sidney Polak czy Jaś Kapela. Jesteśmy takimi samymi obywatelami jak wy. Płacimy podatki, wiążemy koniec z końcem i nie potrzebujemy jałmużny. Robimy to, co kochamy, dlatego prosimy tylko o jedno: przestańcie nam przeszkadzać. Praca muzyka to nie hobby - to zawód - mówił nam Zelek.
Jak wskazują nasi rozmówcy, rzeczywistość pracy dla większości artystów jest daleka od życia największych gwiazd estrady. W jednej z nieoficjalnych rozmów usłyszeliśmy, że choć branża rozrywkowa "opiera się na gwiazdach", to te same gwiazdy również funkcjonują dzięki pracy innych zawodowych muzyków (sesyjnych, koncertowych, producentów etc.).
- Statystyczny muzyk w Polsce żyje na granicy przeżywalności, często dorabiając na drugim etacie. W telewizji pokazuje się jednak głównie artystów, którzy żyją z państwowych grantów, ministerialnych dotacji i koncertów za dziesiątki tysięcy złotych. [...] Nasza praca jest niezwykle trudna do monetyzacji i rzadko cieszy się społecznym uznaniem, co cynicznie wykorzystują internetowi demagodzy, by robić z nas "pasożytów" - mówi Bartosz Zelek.
Z kolei jak mówi pan Piotr, "środowisko artystyczne składa się w 5 proc. z bardzo zamożnych, szczęśliwych i dobrze zarządzanych twórców, którzy zagarniają 3/4 rynku". Reszta jego zdaniem "walczy o ochłapy".
- Żadna grupa pracująca, jeśli nie stworzy sobie sama systemu zarobkowego, po 40 latach nie może liczyć na godną emeryturę, już nie mówiąc o komfortowym życiu w trakcie okresu pracy. [...] Zawodowy muzyk dziś to albo tzw. chałturnik na weselu, albo muzyk sesyjny/koncertowy dla słynnego artysty z dużym nazwiskiem. Wszyscy inni, którzy chcą grać muzykę artystyczną, są bardzo szczęśliwi, gdy wychodzą "na zero" - kwituje nasz rozmówca.














