Reklama

Polski lakiernik na Wyspach: Mówili mi Jimmy!

W Polsce brakowało pracy, z której mógłby utrzymać rodzinę. Na świat przyszedł synek, zaraz po nim córka. Sytuacja zmusiła go do wyjazdu za granicę. Miał fach w ręku, więc szybko znalazł pracę jako lakiernik w Bradford w południowej Anglii.

Praca lakiernika czy też samochodowego mechanika w Polsce owiana jest wieloma stereotypami. Zazwyczaj w naszym kraju auta naprawia się w przydomowych garażach z butelką piwa ustawioną między kluczami, śrubami i narzędziami.

Reklama

Przemysławowi Janowskiego z Dolnego Śląska wydawało się, że w Anglii będzie inaczej. W kraju pracował dniami i nocami. Malował bryczki dla koni. Nie miał wolnej chwili na towarzyszenie stawiającym pierwsze kroki dzieciom. Musiał na wszystko zarobić sam. Żona studiowała i każdą chwilę spędzała z maluchami. On wracał do domu, gdy było już ciemno, żona już spała.

- Sporo czasu pochłaniało mi wieczorne zmywanie z siebie resztek farb, lakierów i smaru. Nie miałem na nic siły - skarży się P. Janowski.

Wiosną zadzwonił telefon. Nie wiedział kto to. Na wyświetlaczu jego Nokii, która również była brudna od farb i smarów, pojawił się obcy numer. Dziwny, niespotykany w Polsce.

- Halo! Siema Przemo! - usłyszał w słuchawce. - Czekamy tu na ciebie, potrzebny nam jest dobry lakiernik - powiedział do Przemka kolega Andrzej, który od dłuższego czasu pracował już w "Northwing" w Anglii.

Z niedowierzaniem odrzekł:

- O co chodzi, gdzie czekacie?

- Pakuj się i przyjeżdżaj do nas szybko! Jest dobra robota. Przydasz się tu - powiedział Andrzej.

Decyzję podjął od razu. Był rok 2010. W ciągu dwóch dni załatwił bilet na autobus do Bradford. Kupił go w biurze podróży. Kosztował niecałe 400 złotych.

Autobus wyjeżdżał z Wrocławia. Na miejsce odwiozła go żona z siostrzeńcem Dawidem. Czule się pożegnali. Nie brakowało łez. Równe 24 godziny później był już na miejscu.

Po przyjeździe nie było czasu na odpoczynek. Koledzy pokazali mu warsztat. Wyglądał całkiem inaczej niż to sobie wyobrażał.

- Były to jakieś pomieszczenia gospodarcze, gdzie mieściło się auto. Ściany były ofoliowane, żeby do środka nie dostawały się żadne drobinki kurzu i pyłów. Warunki nie były powalające - opowiada P. Janowski.

Nowi koledzy z pracy, którzy pochodzili z różnych stron świata, mieli problem wymówić imię naszego rodaka. Wołali na niego Jimmy.

- Panował tam rozgardiasz. Przekonaliśmy szefa, żeby wynajął kogoś do sprzątania. W okolicy mieszkała bezrobotna Polka i zgodziła się za parę funtów na godzinę dwa razy w tygodniu posprzątać w "warsztacie" - dodaje.

Dzień pracy zaczynał się między 7 a 8. Pracownicy, bo było ich czterech, mieli tyle aut do lakierowania, że mogli pracować nawet do północy. Zdarzało się im pracować nawet w niedzielę. Nie mieli kiedy odpoczywać.

- W firmie robiliśmy wszystko: od prostowania wgniecionych po kolizjach blach samochodów, przez szpachlowanie i malowanie aż do wysokiej polerki nadwozia - opowiada.

Zmęczony po ciężkim dniu pracy wracał do mieszkania, które udostępniał im szef. Mieszkali w typowym szeregowym angielskim domu, takim jak często pokazywane są w telewizji. Miał cztery pokoje, salonik, kuchnię i jedną łazienkę. Mieszkali w czwórkę.

Zasypiając, tuż przed łóżkiem, miał zdjęcia żony i dzieci. Z każdym dniem tęsknił coraz bardziej. Chciał być z rodziną.

- Nie wiem kiedy zasypiałem. Gdy dzwonił budzik wydawało mi się, że tyle co się położyłem - wspomina. Noc była dla niego wyjątkowo krótka. Nie było mowy o bezsenności, która dokuczała mu w Polsce.

Ubierał ciuchy przeznaczone do pracy i szedł pieszo przez 10 minut do warsztatu. Po drodze zachodził do Tesco, gdzie zawsze można było kupić świeże i ciepłe bułki.

W pracy, gdy udało im się zrobić przerwę, ktoś szedł do wspomnianego Tesco i kupował obiad, czyli parówki typu hot dog w puszce, chleb razowy i tuńczyka. Jedli to, ponieważ oszczędzali każdy grosz.

- Trzeba przyznać, że szef nie był najgorszy. Był Szkotem. Lubił żartować. Czasami niespodziewanie wpadał na warsztat z jakąś pizzą, kebabem albo najpopularniejszym brytyjskim daniem - Fish & Chips - ryba z frytkami - relacjonuje lakiernik.

Klientami warsztatu byli głównie cudzoziemcy. Największą manię na punkcie samochodów mają Pakistańczycy.

- Zrobić dla nich auto to jakby budować im ołtarz - wspomina Przemek.

Zależało im, aby naprawa była wykonana szybko i solidnie. Prócz zapłaty za usługę oferowali dodatkowe profity. Zdarzył się Pakistańczyk, który przywiózł kurczaka z rożna i pół litra Smirnoffa, inny oferował bilety na mecz Manchesteru, na który pracownikom zabrakło czasu.

Wypłatę dostawali na koniec każdego tygodnia. Była ustalona z góry, niezależnie od czasu pracy i zrobionych aut. Była to kwota równych 250 funtów. Według lakiernika był to dobry zarobek.

- Nie musieliśmy się martwić o mieszkanie i rachunki. Tym zajmował się szef. Musieliśmy sami przygotować sobie jedzenie - opowiada.

Życie w Anglii kosztowało go tygodniowo niecałe 100 funtów - tyle wydawał na jedzenie, ciuchy i inne artykuły codziennego użytku. Resztę odkładał.

Pracownicy okolicznych warsztatów lakierniczych zarabiali 300 funtów, czyli o 50 więcej, ale z tego musieli wynająć sobie mieszkanie za około 40 - 50 funtów. Wychodziło na to samo.

Mechanik tuż po przyjeździe został ostrzeżony, że w Anglii lepiej nie chorować, dlatego wszystkim wybierającym się na wyspy radzi poleczyć zęby przed wyjazdem. Za obowiązkowe uznaje także ubezpieczenie się jeszcze w kraju. Wtedy można być spokojniejszym.

- Nie chodzi o to, że lekarzy brakuje, czy trzeba za nich sporo płacić, jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia, ale nikt nie będzie zatrudniał kogoś kto choruje czy leży w łóżku. Tam się pracuje, nie ma czasu na chorowanie. Trzeba być zawsze zdrowym i dyspozycyjnym - opowiada P. Janowski.

Wspomina również, jak jeden z mechaników z przemęczenia słaniał się na nogach. Dostał krwotoku z nosa. Akurat w warsztacie był szef, który zawiózł go do szpitala. Wyszedł po dwóch dniach. Zamiast odpoczywać i wracać do siebie zjawił się od razu w pracy.

Przy rozmowach z Anglikami trzeba perfekcyjnie znać język.

- Z prawdziwym mieszkańcem Wysp człowiek znający jedynie podstawy angielskiego się nie dogada, ale za to z Pakistańczykiem, Chińczykiem czy jakimś Turkiem bez problemu idzie pogadać, nawet o codziennych sprawach. Mówią oni bardzo wyraźnie, można nawet rzecz, że mówią "wielkimi literami" - wyjaśnia Przemysław.

Z pracy w Anglii ze względu na rodzinę postanowił zrezygnować. Szef na wieść o zakończeniu współpracy zaproponował mu lepszą pensję, ale to i tak to go nie przekonało. Nie mógł znieść rozłąki z żoną i dziećmi. Przemek wrócił do Polski latem tego roku.

- Wolę być w swoim domu, z rodziną, mieć mniej pieniędzy, ale bawić się z dziećmi, robić z nimi lekcję i chodzić z żoną na spacery - opowiada z uśmiechem.

Do Anglii zamierza wrócić za kilka lat, jednak jako turysta.

Adrian Grochowiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »