Branża mięsna w Polsce mierzy się z niedoborem kandydatów. Sytuacja jest naprawdę trudna - serwis Strefa Biznesu zauważa, że właściciele zakładów przetwórstwa mięsnego biją na alarm, mówiąc o braku chętnych do przyuczenia i pracy na produkcji. Podobne wnioski płyną zresztą z prognoz "Barometru Zawodów" na 2026 rok.
Brakuje rąk do pracy w branży przetwórstwa mięsnego
W badaniu "Barometr Zawodów" koordynowanym przez Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie przedstawiono prognozę sytuacji w poszczególnych zawodach na 2026 rok. Jedną z sekcji stanowią przetwórcy mięsa i ryb (czyli patroszacze ryb, pracownicy rozbioru mięsa, przetwórcy ryb, rozbieracze-wykrawacze, rzeźnicy-wędliniarze, ubojowi, wędliniarze, przetwórcy mięsa, wędzarze oraz pozostali masarze, robotnicy w przetwórstwie ryb i pokrewni).
Autorzy analiz przygotowanych w 2025 roku prognozowali, że w roku 2026 w 69 powiatach będzie brakowało osób szukających pracy w tych zawodach. Podawali też powody - główna przyczyna w ich ocenie to fakt, że kandydatom nie odpowiadają warunki pracy lub tych kandydatów zwyczajnie brakuje. Wymieniane niezadowalające warunki to m.in. zmianowy system czasu pracy, akordowe i/lub nieadekwatne wynagrodzenie, ciężka praca, trudne i szkodliwe warunki. W części powiatów, jak opisywali twórcy, deficyty równoważą cudzoziemcy.
Zmiana realiów w przemyśle mięsnym. Specjaliści zaczęli wyjeżdżać za granicę
Rozmówca Strefy Biznesu Piotr Pawlak pracuje w przemyśle mięsnym od lat 80. Jak wspomina, na początku jego kariery w państwowych zakładach mięsnych pracowało się po 8 godzin, od 6:00 do 14:00, z dwiema gwarantowanymi przerwami oraz bezpłatnym posiłkiem regeneracyjnym. Stawiano wówczas przede wszystkim na jakość i staranność. Ale lata 90. zmieniły sytuację, bo na rynek weszli prywatni przedsiębiorcy.
"Tam trzeba było pracować dla swojego pana po 13 do 15 godzin dziennie. Od poniedziałku do środy trwał rozbiór wieprzowiny i wołowiny, potem peklowanie, a od środy do piątku produkcja, parzenie i wędzenie wędlin. Każdy z nas musiał umieć wszystko. Ale nie za te pieniądze i nie przy takim wymiarze godzin" - opowiada serwisowi pan Piotr.
Z jego relacji wynika, że po otwarciu granic specjaliści z Polski zaczęli masowo wyjeżdżać na Zachód, gdzie panuje inna kultura pracy. W rozmowie ze Strefą Biznesu mówi, że wykwalifikowani rzeźnicy z Polaki we Francji, Niemczech czy Holandii mogą bez trudu zarobić miesięcznie około 3 tys. euro netto, pracując 8 godzin dziennie, z wolnymi sobotami (lub dodatkowymi, dobrze płatnymi dla chętnych), 30 dniami urlopu w ciągu roku i pakietem socjalnym, obejmującym świadczenia urlopowe i świąteczne.
Piotr Pawlak opowiada, że młodzi pracownicy za granicą uczą się dzięki starszym kolegom po fachu (w Polsce za to zlikwidowano dawne szkoły przemysłu spożywczego). Przedstawiciel branży mówi też, że nawet 16-latkowie, którzy przyjeżdżają do pracy na wakacje, mogą zarobić "na czysto" (po odliczeniu kosztów zakwaterowania o wysokim standardzie) 1500 euro miesięcznie.
Warunki pracy i wynagrodzenia w polskich firmach mięsnych
Przedstawiciel branży potwierdza, że największy problem w znalezieniu kandydatów w Polsce stanowią płaca oraz warunki pracy, potwierdzając tym samym wnioski wysnute przez autorów przywoływanego wyżej badania. Koszty życia są wyższe, tak jak i ceny wynajmu mieszkań. Tymczasem serwis wskazuje, że płace oferowane przez krajowe przetwórnie "rzadko pozwalają na godne utrzymanie rodziny". W sieci można znaleźć zresztą oferty pracy na stanowiska rzeźnik/masarz ze stawkami wynoszącymi od ok. 5,5 tys. zł brutto.
Są jednak też duże polskie firmy, które płacą więcej. I tak Strefa Biznesu wskazuje, że Agro Rydzyna oferuje 12 tys. zł miesięcznie, z darmowym noclegiem i wyżywieniem. Sęk w tym, że taką ofertę mogą dostać pracownicy mobilni - czyli niewielka grupa, licząca ok. 20 osób. Pan Piotr tłumaczy więc, że to propozycja dla pracowników, którzy wracają z zagranicznych kontaktów, by być bliżej rodzin. Ale średnia płaca na poziomie 7-8 tys. zł, jak uważa, nie skłoni specjalistów do powrotu do kraju.
Drugi aspekt stanowią ciężkie warunki pracy. Bo choć w przetwórstwie mięsnym postępuje automatyzacja, to jej celem nie jest odciążenie zatrudnionych, a przyspieszenie produkcji, zwiększenie jej skali i pomnażanie zysków firm. Zdaniem rozmówcy serwisu jest to więc niszczenie wysokiej jakości, z której kiedyś słynęło polskie rzeźnictwo.
W tle jest jeszcze umowa UE z krajami Mercosuru. Jak wskazuje pan Piotr, wołowina importowana z Argentyny kosztuje ok. 4 euro za kilogram, a koszt produkcji wołowiny w Europie to średnio 6,20 euro za kilogram. Wynika to z innego typu hodowli i związanych z nią kosztów, co z kolei zwiększa presję cenową na polskie firmy i sprawia, że - jak opisuje Strefa Biznesu - będzie im trudniej konkurować, jeśli nie dokonają dużych zmian w polityce płacowej. Sytuacja wygląda na patową - polscy rzeźnicy mogą zarobić więcej w innych europejskich krajach, ale firmy muszą dostosować się również do realiów na rynku zbytu.












