Polsce zabraknie 1,5 mln pracowników

Wysoka inflacja napędzająca wzrost wynagrodzeń, palący brak rąk do pracy i wojna o talenty. To jedne z głównych wyzwań rynku pracy, którym pracodawcy będą musieli stawić czoła w 2022 roku. W ciągu kilku najbliższych lat na polskim rynku będzie brakowało 1,5 mln pracowników.

Rynek pracy na koniec 2021 roku nie wyglądał zaskakująco i można nawet powiedzieć, że był zaskakująco stabilny. Obserwowaliśmy dalszy ciąg transferu pracowników pomiędzy branżami, głównie z hotelarstwa do logistyki. Ugruntował się model pracy hybrydowej. Pracodawcy co prawda coraz częściej chcą ściągać pracowników do biur, ci są jednak już mniej entuzjastycznie nastawieni do powrotu. Zwłaszcza, że miejsce wykonywania pracy nie będzie miało w 2022 roku większego wpływu na sam rynek pracy, a bardziej na strategie HR w firmach. Stabilny niestety był też deficyt kadrowy.

Reklama

Jest stabilnie kiepsko

Pogłębiający się brak rąk do pracy i niedobór talentów, który w połączeniu z presją płacową wynikającą z rekordowej inflacji  i zmian podatkowych spowodowanych wprowadzeniem Polskiego Ładu, może być prawdziwą mieszanką wybuchową. Stopa bezrobocia rejestrowanego w listopadzie 2021 r. spadła do 5,4 proc. (o 0,7 pkt proc. mniej niż w listopadzie 2020) . Według GUS, w III kwartale 2021 r. liczba wakatów na polskim rynku pracy przekroczyła 150 tys. i była o 50 tys. wyższa niż na początku 2021 roku.

- Na początku 2022 roku możemy powiedzieć, że na rynku pracy jest stabilnie kiepsko, jeśli przyjmiemy perspektywę pracodawców. Jesteśmy w fazie mocnego niedoboru kadr i ta tendencja niestety będzie się pogłębiała. Pracodawcy będą musieli stawić czoło rosnącej przez inflację presji płacowej i mocno zadbać o wizerunek firmy oraz o środowisko pracy, aby przyciągnąć i utrzymać talenty - mówi Wojciech Ratajczyk, prezes agencji zatrudnienia Trenkwalder i członek zarządu Polskiego Forum HR.

Elastyczność i talenty na stałe

Nadal niepewna sytuacja ekonomiczna, sprawia, że firmy w tej chwili mają dwie wartości na szali: jedna to elastyczność zatrudnienia, która przejawia się we wzroście popytu na pracę tymczasową, a druga to pozyskanie talentów, które będą trzonem organizacji. Wiele firm potrzebuje jednocześnie obu tych rozwiązań. Dużo pracy będą więc miały agencje zatrudnienia, które potrafią znaleźć i pozyskać talenty. Zwłaszcza, że na samym początku pandemii, jeszcze w 2020 r., firmy redukowały stanowiska pracy w działach rekrutacyjnych. Skutki tych decyzji odczuły boleśnie pod koniec 2020 roku i przez cały 2021, kiedy okazało się, że pozyskanie talentów jest coraz trudniejsze.

- W ciągu najbliższych dwóch, trzech lat będzie brakowało do 1,5 mln pracowników niewykwalifikowanych  i specjalistów do pracy na polskim rynku. Już teraz pracodawcy, którzy zbyt długo odwlekają decyzje o zatrudnieniu tracą okazje do pozyskania niezbędnych talentów. Przy czym jako talent uznajemy na równi pracownika, który potrafi dobrze zaprogramować obrabiarkę CNC, elektromechanika, który potrafi ją naprawić, jak też pracownika, który jest dobrym szwaczem i potrafi uszyć siedzenie do Mercedesa. To też jest talent - podkreśla prezes agencji Trenkwalder.

Coraz trudniej o talenty

W przypadku "niebieskich kołnierzyków" luka kompetencyjna wynika głównie z 30-letnich zaniedbań szkolnictwa zawodowego w Polsce i traktowania szkół zawodowych przez społeczeństwo jako gorszy sposób zdobywania wiedzy. Brak dofinansowania, aktualizacji programowej i sprzętu oraz promocji szkolnictwa zawodowego, doprowadził w efekcie do tego, że szkoły zawodowe praktycznie przestały istnieć. Te które przetrwały, kształciły ludzi, którzy nie chcieli się tam uczyć i nie dawały im ani wiedzy, ani umiejętności dostosowanych do potrzeb dzisiejszego rynku pracy.

- Widzimy po coraz liczniejszych zapytaniach spływających do nas od pracodawców, że przemysł potrzebuje dzisiaj mechaników, elektryków, elektroników, mechatroników, specjalistów obsługujących obrabiarki numeryczne. Nasi absolwenci szkół zawodowych, jeśli taką ukończyli, uczyli się przestarzałych technologii na przestarzałym sprzęcie. Obserwując rynek, możemy powiedzieć, że wygląda na to, że reforma szkolnictwa zawodowego sprzed kilku lat też niewiele w tym zakresie zmieniła - mówi Wojciech Ratajczyk.

Brak talentów nie jest jednak tylko zmorą przemysłu. Boryka się z nim też branża IT. Powód jest prosty - branża teleinformatyczna rozwija się szybciej niż świat i nie jesteśmy w stanie nadążyć z edukacją niezbędnej ilości specjalistów.

- Już mówi się o zjawisku występowania "niebieskich kołnierzyków" w branży IT. Tak określa się programistów, którzy "przerzucają" tony kodów i pracują trochę tak, jak na taśmie przemysłowej. Z kolei "białe kołnierzyki" to programiści, specjaliści, którzy tworzą oprogramowanie. To oni dyktują ceny na rynku pracy - stwierdza ekspert z agencji Trenkwalder.

Otwarcie na cudzoziemców

Rozwiązaniem deficytu kadrowego i braku talentów mogą być dwa niewykluczające się działania: jak najszybsza odbudowa edukacji zawodowej w Polsce oraz pozyskanie pracowników z zagranicy.

Edukacja zawodowa dobrze rozwija się w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii. W tych krajach sprawnie działa system kształcenia dualnego (tzw. dual vocational training), gdzie biznes aktywnie współpracuje z Państwem w tworzeniu systemu edukacji zawodowej. W praktyce polega to na tym, że uczniowie szkół zawodowych część tygodnia spędzają w szkołach, gdzie przyswajają wiedzę teoretyczną, a część na praktykach
w zakładach pracy. Po skończeniu szkoły, uczeń staje się dobrze wyszkolonym absolwentem, przygotowanym do podjęcia pracy zawodowej.  

- Podobne rozwiązanie powinno być wprowadzone w Polsce. Przemysł potrzebuje nowych pracowników z doświadczeniem w pracy na nowoczesnym sprzęcie. I przedsiębiorcy, i agencje zatrudnienia są gotowe, aby reaktywować edukację zawodową. Potrzebujemy jednak ustawowego i finansowego wsparcia Państwa, żeby odbudować szkolnictwo zawodowe w Polsce i zmniejszyć lukę kompetencyjną - podkreśla Wojciech Ratajczyk, prezes agencji zatrudnienia Trenkwalder i członek zarządu Polskiego Forum HR.

Rozwiązaniem deficytu kadr miała być też nowelizacja ustawy o cudzoziemcach, która wchodzi w życie w styczniu br. Jednak rozwiąże ona tylko połowę problemów pracodawców. Głównie ułatwia i przyspiesza proces legalizacji na terenie Polski pobytu i pracy cudzoziemców pochodzących z tzw. uprzywilejowanych 6 państw byłego ZSRR, w tym Ukrainy. Nie zmieni nic jeśli chodzi o ilość dostępnych pracowników, bo źródło rekrutacji z tych państw jest już w dużym stopniu wykorzystane.

- Nowelizacja ustawy o zatrudnieniu cudzoziemców skróci procedury, ale nie zwiększy podaży. To tak jakbyśmy tę samą objętość wody chcieli przelać przez dwa razy szerszą rurę. Ilość przelanej wody pozostanie ta sama. Jedynym sposobem, aby tę sytuację zmienić jest rozszerzenie liczby krajów, które byłyby objęte ułatwioną procedurą lub silne wsparcie naszych konsulatów, które pozwoliłoby szybciej uzyskać wizy cudzoziemcom. Pracownicy z Filipin, Indii, Bangladeszu czy Wietnamu mogliby wykonywać proste, nie wymagające kwalifikacji prace, których Polacy coraz mniej chętnie chcą się podejmować. Dzięki temu firmy miałyby zapewnioną elastyczność zespołów produkcyjnych - mówi Wojciech Ratajczyk. 

źrodło: Trenkwalder Polska



INTERIA.PL/Informacja prasowa
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »