Reklama

Sojusz przeciw Polsce, transport za burtą

Porozumienie ministrów ośmiu unijnych państw i Norwegii nie pozostawia złudzeń, że bogate kraje zwierają szyki przeciwko firmom z krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Sygnatariuszami tzw. "Sojuszu Drogowego" są przedstawiciele rządów Francji, Austrii, Belgii, Danii, Niemiec, Włoch, Luksemburga, Szwecji oraz Norwegii. W dużym skrócie deklaracja dotyczy walki z tzw. dumpingiem socjalnym i "nieuczciwą konkurencją", jaką według niemieckich czy francuskich firm stanowią przewoźnicy z Polski, Węgier, Czech czy Rumunii. Dziewiątka państw, która podpisała paryskie porozumienie, zobowiązała się do lepszego współdziałania w zakresie kontrolowania firm transportowych czy opracowania wspólnego stanowiska dotyczącego europejskiej polityki transportowej.

Głównym celem postawionym w deklaracji jest wprowadzenie w życie rozwiązań, które mają umożliwić kierowcom spędzanie weekendów w domach czy opracowanie wymogów wobec pozostających kompletnie poza kontrolą przewozów pojazdami do 3,5 tony. O ile z potrzeby uregulowania przewozów małymi pojazdami zdają sobie sprawę wszyscy (do ich wykonywania nie potrzebne są żadne licencje, nie obowiązują przepisy o czasie pracy itp.), to wprowadzenie wymogu, by kierowca odbierał tzw. odpoczynek weekendowy w kraju pochodzenia, jest nieracjonalne.

Reklama

- Ponieważ ani stosowanie płacy minimalnej do przewozów międzynarodowych, ani liczne bariery administracyjne nie zahamowały ekspansji polskich firm transportowych, proponuje się w tym momencie rzecz zupełnie absurdalną - mówi europoseł Bogusław Liberadzki.

Wtóruje mu Janusz Łacny, były wieloletni prezydent Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego. - Przepisy o tygodniowym odpoczynku z 2006 r. bazują na przepisach z lat 80., kiedy Unia była mała i liczyła 12 państw. Wówczas w ciągu sześciu dni można było pojechać z dowolnego miejsca Wspólnoty do celu i wrócić. Dzisiaj, kiedy mamy 28 państw unijnych, to już jest niemożliwe - tłumaczy Janusz Łacny. - Czy chcemy czy nie, trzeba się pogodzić, że gdzieś tam we Francji czy w Niemczech kierowca z Polski czy innego kraju będzie musiał odbyć wymagany 45-godzinny wypoczynek. Może należałoby zrewidować unijne przepisy w drugą stronę, w ten sposób, aby wzorem przewozów pasażerskich odpoczynek musiał być odebrany po najpóźniej 12 dniach - postuluje Łacny.

Większość komentatorów nie ma wątpliwości, że paryskie porozumienie jest potwierdzeniem istnienia tzw. Europy dwóch prędkości. - Obawiam się, że to bardzo źle wróży wolnemu rynkowi przewozów drogowych w Europie - mówi Maciej Wroński, prezes związku pracodawców Transport i Logistyka Polska. - Państwa starej Unii zwierają szyki i pod płaszczykiem ochrony interesów pracowniczych będą dążyć do wprowadzenia rozwiązań, które są dyskryminujące dla firm z naszego regionu - dodaje Maciej Wroński.

Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce, także nie ma złudzeń co do rzeczywistych intencji sygnatariuszy paryskiego porozumienia. - Nie chodzi im o rzeczywistą współpracę, tylko o forsowanie własnych interesów kosztem pozostałych, równoprawnych krajów członkowskich. Taka dyskusja powinna toczyć się z udziałem wszystkich zainteresowanych stron - mówi Buczek. - Polscy przewoźnicy zawsze stali na stanowisku, że na rynku Unii Europejskiej muszą obowiązywać uczciwe, przejrzyste i wspólne dla wszystkich zasady gry. Przypisywanie przewoźnikom i kierowcom tylko z części krajów Wspólnoty łamania przepisów jest nieuzasadnione i niesprawiedliwe. Zawieranie doraźnych koalicji dla obrony tych kontrowersyjnych przepisów jest drogą w złym kierunku. Lepszym rozwiązaniem byłoby szukanie porozumienia ze wszystkimi uczestnikami rynku - dodaje szef ZMPD.

Bogusław Liberadzki, który nie lekceważy zagrożenia dla wspólnego rynku, jakie niesie ze sobą paryskie porozumienie, jednocześnie przypomina o kontekście politycznym. - Większość ministrów, którzy tam się spotkali, pochodzi z krajów, w których w najbliższym czasie obędą się wybory, jak np. z Francji czy Niemiec. Nie chciałbym jednak, by polscy przewoźnicy płacili za kampanię wyborczą polityków z Francji czy Niemiec - zaznacza Liberadzki.

Pojawia się pytanie, jak wspólna deklaracja najbogatszych unijnych państw wpłynie na prace nad rewizją tzw. Pakietu Drogowego, które trwają w KE. Pierwotnie rewizja miała np. prowadzić do liberalizacji przepisów dotyczących kabotażu. Z treści podpisanego we wtorek porozumienia wynika, że na dalszą liberalizację przepisów nie będzie zgody. "Wszelkie dyskusje dotyczące pogłębiania liberalizacji rynku transportowego, w tym w szczególności w zakresie kabotaży, nie mogą zostać podjęte bez harmonizacji ustawodawstwa socjalnego" - czytamy w porozumieniu.

Piotr Szymaniak, 2.2.2017

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »