Reklama

Ukraina zarabia w Polsce. Miliony płyną na Wschód

My przysyłamy rodzinom pieniądze z Londynu, oni wysyłają swoim do Lwowa.

- Do domu, do mamy wysyłam połowę zarobków. Reszta wystarcza mi na mieszkanie i całkiem dobre życie. Mama wprawdzie też pracuje, ale dodatkowe pieniądze zawsze jej się przydadzą - zdradza 26-letni Taras.

Reklama

Przyjechał z Ukrainy cztery lata temu. Skończył w Warszawie studia z turystyki, potem zaczął szukać pracy. Od kilku miesięcy jest barmanem w restauracji Hard Rock Cafe. - Pewnie, że na rynku nie jest łatwo, ale jakoś nigdy nie miałem problemu z pracą. Jak ktoś chce, to zawsze znajdzie. A mnie się tutaj podoba, pewnie kiedyś wrócę na Ukrainę, ale na razie chcę jeszcze popracować w Warszawie i odłożyć trochę pieniędzy, może na własny biznes - opowiada chłopak.

Taras nie jest wyjątkiem. Takich historii, bliźniaczo podobnych do opowieści polskich emigrantów z Londynu, Madrytu czy Dublina, jest coraz więcej. Rośnie liczba obcokrajowców pracujących w Polsce, którzy zarabiają na tyle dobrze, że są w stanie część pieniędzy wysyłać do rodzin. I podobnie jak polska emigracja z Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Hiszpanii inwestują w nieruchomości, samochody i własne firmy.

Teraz to także nasz kraj staje się źródłem remittances. Ten - jak na razie nieprzetłumaczalny na język polski - termin oznacza transfery pieniędzy od pracujących za granicą do bliskich, którzy zostali w ojczyźnie. Tak właśnie pieniądze słali - często ratując rodziny od śmierci z głodu - irlandzcy i skandynawscy emigranci podczas wielkiej fali wyjazdów do Stanów Zjednoczonych w XIX w. Podobnie od dziesięcioleci robi blisko 20 mln Meksykanów pracujących legalnie i nielegalnie w USA. Są oni zresztą większym źródłem dochodu dla ojczyzny niż sektor turystyczny, bo rok w rok przekazują 13-18 mld dol.

Do niedawna Polska była tylko źródłem odbioru remittances, ostatnio jednak zachodzi ważna zmiana. Jak wynika z danych Eurostatu, jeszcze w 2009 r. wszyscy zagraniczni pracownicy przelali z Polski do swoich ojczyzn 7 mln euro (czyli ok. 28 mln zł), z czego ok. 3 mln poza Unię Europejską. Ale te sumy szybko rosną. W 2011 r. było to już 59 mln euro (blisko 250 mln zł), z czego aż 90 proc. przesłano poza UE. Największa część z tych transferów kierowana jest na Ukrainę. Jak odpowiedział nam Ukraiński Bank Narodowy, tylko w oficjalny sposób w 2012 r. przelano tam blisko 75 mln zł. Rok wcześniej było to ok. 60 mln, w 2010 - 47 mln, a w 2009 r. - 41,5 mln zł.

Oczywiście w porównaniu z Niemcami, Wielką Brytanią, Hiszpanią czy Włochami, gdzie pracuje znacznie więcej emigrantów, te sumy wciąż są niewielkie. - Ale to tylko sumy oficjalne, nie wiadomo, ile - być może nawet kilka razy więcej - emigranci przewożą w gotówce. Ponadto, niezwykle ważne jest to, że te transfery rosną. To wyraźny sygnał, że imigracja w Polsce się umacnia. Nie są to już tylko pracownicy sezonowi, ale także tacy, którzy pracują na dobrych, stabilnych stanowiskach i zarabiają na tyle dużo, że wystarcza im na utrzymanie, ale także na finansowanie rodzin w ojczyznach - mówi nam prof. Krystyna Iglicka, demograf z Centrum Stosunków Międzynarodowych. - To pierwszy krok do tego, by imigranci rzeczywiście zaczęli traktować Polskę jako docelowy kierunek i nawet osiedlać się u nas na stałe. To z punktu widzenia naszej demografii byłoby wręcz zbawienne - dodaje Iglicka.         

Sylwia Czubkowska
3 czerwca 2013 (nr 105)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »