Nie będzie pieniędzy na przyszłe emerytury

System przyniesie zwiększone wydatki finansów publicznych w następnych latach i zagrożenie obniżenia przyszłych świadczeń - ocenia proponowane zmiany w ubezpieczeniach społecznych Henryk Nakonieczny, członek prezydium Komisji Krajowej odpowiedzialny za dialog i negocjacje w Komisji Trójstronnej, w rozmowie z Barbarą Madajczyk-Krasowską.

Barbara Madajczyk-Krasowska: Czy przeniesienie 5 proc. składki emerytalnej z Otwartych Funduszy Emerytalnych do ZUS oznacza demontaż systemu emerytalnego?

Henryk Nakonieczny: Jeśli zmiany będą tak wyglądać, jak je przedstawiają premier i minister finansów, to w konsekwencji będzie to, oczywiście, demontaż systemu emerytalnego. Pozostaje pytanie, w jakim celu pozostawiono te 2,5 proc. w OFE?

W jakim?

- Żeby nie narazić się na konsekwencje na rynku kapitałowym wynikające z zaangażowania kapitału w Otwarte Fundusze Emerytalne i rolę, jaką powszechne towarzystwa emerytalne spełniają w prywatyzacji majątku skarbu państwa. Konsekwencje na rynku kapitałowym i finansowym mogłyby być takie, jak na przykład na Węgrzech.

Reklama

A jakie będą konsekwencje proponowanych zmian?

- System przyniesie zwiększone wydatki finansów publicznych w przyszłych latach i zagrożenie obniżenia przyszłych świadczeń.

Ale premier mówi, że gromadzenie wyższych składek w ZUS oznacza większe bezpieczeństwo dla przyszłych emerytur.

- Tylko że te pieniądze zostaną wypłacone na bieżące świadczenia emerytalne. W przyszłości większa część świadczeń będzie musiała być wypłacana z systemu tradycyjnego, czyli z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. I jakby na to nie patrzeć, będzie różnica między wpływem ze składek a wydatkami, czyli saldo będzie ujemne i będzie się powiększać. A to będzie wymagało coraz większego dofinansowania z budżetu państwa. Oczywiście pieniędzy nie będzie.

- To zapewne wymusi zmianę systemu kapitalizacji naszego, zapisanego na papierze, kapitału albo zmniejszenie waloryzacji, albo obcięcie świadczeń. Przyszłe budżety mogą tego nie udźwignąć i w tym jest sedno sprawy. W takich sytuacjach zawsze zadaję sobie pytanie, co w rękach polityków jest bezpieczne?

Żeby temu zapobiec premier Donald Tusk proponuje, żeby rodzić więcej dzieci.

- Premier jest optymistą, jeżeli uważa, że większą dzietnością rozwiąże problem ubezpieczeń społecznych. Może go rozwiązać zwiększenie liczby osób zatrudnionych i wyższe wynagrodzenia.

Jednak premier uważa, że alternatywą dla proponowanych zmian mogą być cięcia socjalne, brak waloryzacji emerytur, obniżenie pensji nauczycielom.

- Premier przyznał się, że nie radzi sobie z deficytem budżetowym i chce kupować czas kosztem przyszłych emerytur. My się na to nie zgadzamy.

Czy jednak obecny system emerytalny nie powinien być zreformowany?

- Od kilku lat mówimy, że trzeba dokonać oceny funkcjonowania całego systemu. Ostrzegaliśmy przed obniżeniem składki rentowej, byliśmy jedynymi, którzy mówili, że to błędna decyzja, która będzie nas drogo kosztowała. Teraz okazało się, że nasze ostrzeżenia były słuszne. Ponadto należy się zastanowić, dlaczego jego część, Fundusz Ubezpieczeń Społecznych (z którego de facto są wypłacane obecne emerytury), spoczywa na barkach zatrudnionych na umowę o pracę.

- Nie wszyscy łożymy jednakowo na ten system. Preferencyjne opłacanie składek przez osoby prowadzące działalność gospodarczą powoduje rocznie około dziesięciomiliardową dziurę w systemie. Może więc wszyscy powinniśmy być jednakowo obciążeni utrzymaniem dotychczasowego systemu.

Gdyby wszyscy płacili jednakową składkę...

- ...to ta dziura byłaby o wiele mniejsza. Na pewno nie większa niż wynika to z wyliczeń rządowych, i nie byłoby to obciążeniem dla przyszłych pokoleń. Zrównanie składki emerytalnej pozwoliłoby w lepszej sytuacji zachować finanse publiczne, a waloryzacja emerytur nie byłaby mniejsza.

Solidarność zgodziłaby się na podwyższenie składki rentowej?

- Nie zastanawiałem się nad tym, ale gdyby było ponowne ubruttowienie wynagrodzeń, to może i tak. Problem polega na tym, że minister finansów przedstawia propozycje zmian niejako na wyczucie: nie ma żadnych analiz, wyliczeń czy prognoz na temat skutków, szczególnie dla przyszłych budżetów.

Kryzys spowodował ograniczone zaufanie do Otwartych Funduszy Emerytalnych. Ludzie mogą uwierzyć, że ZUS lepiej zadba o ich emerytury.

- Rząd wykorzystał sytuację wynikającą z kryzysu gospodarczego oraz to, że OFE pobierały zbyt duże opłaty od przyszłych emerytur. Ale zamiast zająć się naprawą, proponuje zrujnowanie całego systemu.

Co zatem czeka przyszłych emerytów?

- Tak naprawdę wygląda to na powrót do starego systemu w kwestii finansowania obecnych świadczeń, czyli tak zwanego modelu solidaryzmu międzypokoleniowego silnie wrażliwego na wpływy demograficzne i mocno upolitycznionego. Przy takim obrocie sprawy zastanawiamy się nad postawieniem żądania powrotu do systemu opartego na zdefiniowanym świadczeniu.

To znaczy?

- Obecny system z powodu wprowadzenia części kapitałowej zmienił sposób ustalenia wysokości świadczeń. Najprościej mówiąc, jest ona obliczana na podstawie wysokości zebranej skapitalizowanej składki. Inaczej ujmując, zdefiniowana jest składka: płacimy ją i mamy kapitalizowaną. W momencie przejścia na emeryturę cały nasz dotychczasowy dorobek, wszystko, co uskładaliśmy, przelicza się przez ewentualną liczbę lat dożycia. W ten sposób wylicza się naszą przyszłą emeryturę.

- Wcześniej (ten system w dalszym ciągu funkcjonuje, bo dopiero od 2009 r. częściowo wypłaca się emerytury według nowego systemu) emerytura była obliczana na podstawie średniego wynagrodzenia z dziesięciu lat osiąganych w okresie ostatnich dwudziestu przed przejściem na emeryturę przeliczanych przez liczbę lat pracy. To jest właśnie zdefiniowane świadczenie.

Cześć ubezpieczonych może pomyśleć, że to lepsze rozwiązanie?

- Na pewno prostsze. Jeżeli rząd uważa, że konsensus się skończył i sam decyduje, jaki będzie system pobierania czy lokowania składek, naszych oszczędności na starość, to my będziemy żądać powrotu do zdefiniowanego świadczenia i pozostanie nam coroczna wojna o wysokość waloryzacji świadczeń.

Skoro mamy wrócić do starego systemu, to po co była ta reforma?

- Dostrzegano problemy przyszłości. Przewidywano, że system zbankrutuje, ponieważ zmieniająca się sytuacja demograficzna spowoduje, że budżet państwa tego nie wytrzyma. Uznano, że trzeba zmienić system zbierania pieniędzy i sposób ustalania wysokości przyszłych emerytur, bo w przeciwnym razie emerytury nie tyle, że będą niższe, ile w ogóle może ich nie być.

- Mówimy o podejmowaniu decyzji, które zabezpieczą świadczenia w przyszłości, kiedy demografia sprawi, że będziemy mieli niż populacji pracującej, a osoby z wyżu demograficznego będą przechodzić na emeryturę. I po to wprowadzano ten system. Teraz zatraca się ten punkt widzenia, a dzisiejszy deficyt budżetowy ratuje się kosztem następnych pokoleń.

Czy równa podwyżka dla każdego emeryta jest słuszna? Dołącz do dyskusji

Ale w ten sposób można wygrać wybory.

- Nie jestem pewny, czy to da zainteresowanym zwycięstwo w wyborach, a jeżeli nawet, to co z odpowiedzialnością za przyszłość?

Tygodnik Solidarność
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »