Reklama

W poszukiwaniu pomysłu na Służewiec

O sile wyścigów konnych decyduje tradycja - twierdzą znawcy. W Warszawie wzmianki o pierwszych ulicznych gonitwach pochodzą z XVIII wieku, a służewiecki tor w tym roku obchodzi swoje 80-lecie.

Jedno z najmłodszych i najpiękniejszych miejsc wyścigów konnych w Europie ma wielkie możliwości, aby stać się wizytówką Polski. O ile pojawią się pomysły i strategie.

Wyścigi konne kojarzą się z elitarnością. Dzieje się tak dzięki ich "królewskim" początkom, między innymi słynnemu Ascot, które podczas corocznego Royal Ascot gromadzi ponad 300 tysięcy osób, w tym wiele koronowanych głów. - W Ascot wypada bywać, bez względu na to, czy ktoś jest właścicielem koni i czy bardzo lubi gonitwy. To ważne miejsce spotkań nie tylko arystokracji ale też klasy wyższej.

Reklama

Trzeba pamiętać, że tam konie ścigają się na tej samej bieżni od 300 lat - zwraca uwagę Paweł Gocłowski, prezes Polskiego Związku Hodowców Koni Czystej Krwi Angielskiej. Pierwszą gonitwę zorganizowała w 1711 roku królowa Anna. Teraz honorowym gościem Royal Ascot jest Elżbieta II, która na czas trwania wyścigów przenosi się do pobliskiego Windsoru.

Jej Wysokość jest właścicielką stajni koni wyścigowych pełnej krwi, z których wiele to zwycięzcy w Ascot. Uczestnicy gonitw mają o co rywalizować, łączna wartość wygranych wynosi trzy i pół miliona funtów, co czyni Royal Ascot jednym z najbardziej "szczodrych" wyścigów w Europie. Podczas gonitw obstawiane są nie tylko konie, ale też ubrania królowej. Każdego dnia Elżbieta II nosi bowiem inny kolor. Jaki? - staje się co roku przedmiotem spekulacji w zakładach bukmacherskich i źródłem pokaźnych wygranych. Najważniejszy strój zachowywany jest na trzeci dzień wyścigów, zwany Ladies Day, kiedy to oprócz obowiązującego przez całe wyścigi dress-code, etykieta nakazuje paniom założyć najbardziej oryginalne nakrycia głowy, o których potem pisze cały świat.

W Polsce też wyścigi kojarzą się z elegancją a na Służewcu organizowany jest Warszawski Dzień Kapelusza. W tym roku o najpiękniejszy i najoryginalniejszy panie rywalizowały 7 lipca podczas Gali Derby. Spotkaniem na którym króluje elegancja jest między innymi coroczna gonitwa o Puchar Adwokatury Polskiej. - Jako adwokat doceniam, że na Służewcu odbywają się takie gonitwy. W ubiegłym roku wydarzenie to miało miejsce już po raz siódmy. To bardzo eleganckie towarzyskie spotkanie, gdzie obecne są kapelusze i fascynatory, niczym z Royal Ascot - przyznaje w rozmowie z Interią Aleksandra Oziemska z kancelarii White & Case.

Jednak same kapelusze nie wystarczą do wypromowania Służewca. Jak zwróciła uwagę mecenas Oziemska, Polska ma wciąż do przejścia daleką drogę, zanim gałąź gospodarki związana z hodowlą koni i jeździectwem przyjmie rozmiary podobne do Wielkiej Brytanii. - Tam w ostatnich 10 latach nastąpił wielki wzrost w tym zakresie - zarówno jeśli chodzi o jeździectwo profesjonalne, jak i amatorskie czy turystyczne. Łączną wartość "końskiego przemysłu" szacuje się na 4,7 miliarda funtów, a liczbę osób zainteresowanych jeździectwem na 27 milionów. Podczas gdy w Wielkiej Brytanii jest około 1,8 miliona czynnych jeźdźców, w Polsce to 30 tysięcy - argumentuje A. Oziemska.

To właśnie Wielka Brytania jest liderem "wyścigowego przemysłu" w Europie. Na wyspach działa kilkadziesiąt firm zajmujących się obstawianiem wyników gonitw, zdecydowana większość z nich to prywatne zakłady bukmacherski. Jak informuje Interię mecenas Aleksandra Oziemska, Brytyjczycy obstawiają gonitwy chętniej niż mecze piłkarskie swojej słynnej Premier League. - Cały "jeździecki sektor" zatrudnia około 200 tys. osób i jest ważnym działem brytyjskiej gospodarki - informuje.

Jednak brytyjski liberalizm nie jest wzorem do naśladowania dla Służewca. Na warszawskim torze, podobnie jak w większości krajów zachodnich - na przykład w Szwecji i Francji - monopolistą w obstawianiu zakładów wzajemnych na wyścigach konnych jest państwo. - Przykładowo, we Włoszech wyścigi i zakłady też kontroluje państwowa spółka, przy czym obserwuje się znaczny spadek zainteresowania obstawianiem wyścigów konnych, od kiedy można legalnie grać w kasynach online i na automatach informuje Interię A.Oziemska. Z drugiej strony szeroko rozumiana branża końska na Półwyspie Apenińskim tworzy między 40 tys. a 50 tys. miejsc pracy, więc mówi się, że jej sprywatyzowanie może te miejsca pracy ochronić. - Nikt nie zdecyduje się wysadzić ich z siodła - zwraca uwagę pani mecenas.

Osoby związane z warszawskim Torem twierdzą, że warto uczyć się od państw, w których wyścigi konne generują pokaźne zyski. Na przykład od Francji. Przypominają, że w Paryżu na Longchamp - głównym torze płaskim - w zwykły dzień gonitw jest niewiele osób. Dzięki dobrze funkcjonującemu systemowi zakładów wzajemnych, które można zawierać zarówno na Torze jak i online, obroty są nieporównywalnie wyższe od Służewca, bo obowiązuje inny system. Spora część wygenerowanych z obrotów pieniędzy jest reinwestowana w hodowlę i w premie. - Oni zarabiają pieniądze i płacą podatek. Państwo jest zadowolone ale i oni są zadowoleni, bo mają pieniądze na edukację, na wydawanie wydawnictw branżowych, na premie dla hodowców. To są ich pieniądze, które oni dzielą i w konkretny sposób dystrybuują. My musimy zrobić to samo. Nie możemy czekać, że państwo nam da - zachęca Paweł Gocłowski.

Tor Służewiec wiedzie w Polsce prym wśród torów wyścigowych (Sopotu i Wrocławia). Miejscu udało się przetrwać poważne problemy finansowe, powstałe w związku z kryzysem gospodarczym lat 80. i późniejszymi zmianami ustrojowymi kraju. Jednak wciąż nie udało się odbudować popularności, jaką cieszył się w latach 70. Jednym z problemów jest brak strategii, która wypromowałaby ten modernistyczny kompleks. - Byłoby miło żeby powstała moda na wyścigi, żebyśmy wreszcie docenili, że mamy jeden z najpiękniejszych torów wyścigów konnych w Europie - sugerował Gocłowski. Ważne byłoby zachęcenie młodych do odwiedzania Służewca. - Na przykład wypromowanie mody na starą Warszawę, na lata międzywojenne. Brakuje wiedzy i edukacji, a żeby się nauczyć czym były i są wyścigi, najlepszą metodą jest przychodzenie tutaj - proponował P.Gocłowski.

Tym bardziej, że to dość elitarne hobby jest też bardzo egalitarne. - Każdy może tu przyjść, każdy może być współwłaścicielem konia wyścigowego. Nie musi go mieć na własność. Jak pięciu, sześciu kolegów się złoży, może dzierżawić albo kupić sobie do spółki konia, który miesięcznie będzie kosztował każdego z nich jakieś 500 zł. A frajda ta sama. Będą mu kibicować, zrobią flagi, koszulki - argumentuje prezes Polskiego Związku Hodowców Koni Czystej Krwi Angielskiej. Z przeprowadzonych przed kilkoma laty badań wynika, że statystyczny Europejczyk wydaje na zakłady wzajemne 1,30 euro (statystyczny Szwed 100 euro rocznie - inf. od J.Budnego - przyp. aut.). Dla porównania, statystyczny Polak - niespełna 20 centów rocznie. - To wskazuje na ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał rozwoju zakładów wzajemnych - podkreśla Paweł Gocłowski.

e.w.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »