Reklama

Kiedy Polska wejdzie do strefy euro?

Nie przyjmujmy euro

"Europa naprawdę nie potrzebowała euro, gdy przywódcy unijni decydowali się w latach 90. na unię walutową" - twierdzi Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion, w rozmowie z Rafałem Wosiem.

Rafał Woś: Co pan ostatnio czytał?

Piotr Kuczyński: - Thilo Sarrazina. "Europa nie potrzebuje euro".

I co? Zgadza się pan z nim?

- W zasadzie się zgadzam. Choć trochę bym zmienił tytuł tej książki.

Na jaki?

- Na "Europa nie potrzebowała euro". Z takim tytułem zgadzam się w stu procentach. Bo Europa naprawdę nie potrzebowała euro, gdy przywódcy unijni decydowali się w latach 90. na unię walutową.

Teraz łatwo tak mówić.

- Ale to było doskonale widać już wtedy. Histeryczna debata polegająca na zbywaniu argumentów ekonomicznych. Polityczne myślenie życzeniowe. Nieprawdziwe przedstawianie projektu euro jako jedynego słusznego i pozbawionego alternatywy. Oparcie integracji walutowej na kryteriach wziętych z sufitu. Bo niby dlaczego dług publiczny ma wynosić 60 proc. PKB? A dlaczego nie 50 albo 90 proc.? Podobnie deficyt budżetowy. Dlaczego 3 proc., a nie 2,5 lub 4? Na te pytania nikt nigdy nie próbował odpowiedzieć ani poprzeć tych decyzji jakimiś dowodami, że tak powinno być. Wszystko to razem było projektem absurdalnym. Podobnie jak założenie, że można połączyć ogień z wodą, czyli tak różne gospodarki jak choćby grecka i niemiecka, pod dachem jednego banku centralnego. I oczekiwać, że ten bank będzie prowadził taką politykę, która dobrze przysłuży się obu tym krajom. Totalny i niepotrzebny bezsens. I tu Sarrazin ma rację, stawiając euro pod pręgierzem.

Reklama

Ale...

- Ale nawet jeśli powiemy za Sarrazinem: "Europa nie potrzebowała euro", to jeszcze nie znaczy, że Europa nie potrzebuje euro teraz.

To w końcu potrzebuje czy nie potrzebuje?

- W tej książce nie znalazłem niestety przekonującej odpowiedzi na to pytanie. Powiedzmy sobie szczerze: zwinięcie kluczowego projektu jak wspólna unijna waluta to nie jest decyzja, którą można podjąć od tak. Trzeba najpierw przeanalizować, co się może wtedy wydarzyć. Jak zareagują społeczeństwa, co zrobią rynki, jaki to będzie miało wpływ na gospodarkę. Tu nie ma miejsca na radosne eksperymenty. Trzeba mieć to wszystko dokładnie przemyślane i rozpisane. I tego Sarrazin niestety swoim czytelnikom nie proponuje. On mówi: skończmy z obecnym systemem, w którym jedne kraje wykupują długi innych. I zobaczmy, co się wydarzy. Przecież to naiwne.

Dlaczego?

- Bo wiadomo, że gdyby pozwolono upaść Grecji, to natychmiast spekulanci rzuciliby się na Włochy. A Włoch już przy użyciu takich pieniędzy, jakie dotychczas są w grze, uratować by się nie dało. Chyba że na scenę wkroczyłby Europejski Bank Centralny, stając się - już zupełnie oficjalnie - pożyczkodawcą ostatniej szansy. A przecież tego traktat z Maastricht nie dopuszcza. I na takie rozwiązanie Thilo Sarrazin musiałby pomstować jeszcze głośniej. Albo pozwolono by upaść również Włochom. Tylko że wtedy mielibyśmy powtórkę z 2008 r. i krachu Lehman Brothers. Z tą różnicą, że tam zbankrutował wcale nie największy bank. A tu załamałaby się jedna z największych gospodarek świata. Ponury to scenariusz. I prawdę powiedziawszy, nie widzę chętnego, który chciałby wziąć na swoje sumienie odpowiedzialność za taką ekonomiczną katastrofę.

A'propos odpowiedzialności. Moment, w którym my w Polsce będziemy musieli się opowiedzieć za członkostwem w strefie euro lub przeciw niemu, w końcu nadejdzie. Z tej naszej rozmowy wnioskuję, że pan jest przeciwny rezygnacji ze złotego.

- Tak. Polska nie powinna wchodzić do strefy euro. To byłaby skrajna nieodpowiedzialność. Coś jak skok na główkę do basenu, w którym nie wiadomo, ile jest wody. Wątpiącym przypomnę, że możliwość prowadzenia własnej polityki monetarnej i walutowej pięknie broniła nas w czasie pierwszej fali kryzysu w latach 2009-2010. Gdyby dziś lub w najbliższej przyszłości Polska weszła do euro, oznaczałoby to oddanie jednego z najważniejszych narzędzi stabilizowania gospodarki. Rządzący w jeszcze mniejszym stopniu niż dziś byliby w stanie korygować niepokojące tendencje na rynku pracy czy w życiu społecznym. Znów mielibyśmy coś na kształt powtórki z początków lat 90. Eksperyment przeprowadzany na żywej tkance społecznej w imię mętnych racji. I pod hasłem "nie mamy alternatywy". Dziękuję bardzo za takie rozwiązanie!

Szymon Łaszewski

31 stycznia 2014 (nr 21)

Kliknij i pobierz darmowy program PIT 2013

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »