Reklama

Zamach na pieniądze w OFE

Myśleniowstręt

Dlaczego jedne tematy wałkujemy nawet u cioci na imieninach, a innych, często ważniejszych, nawet nie podejmujemy? Z Tomaszem Skalskim rozmawia Marcin Hadaj.

Marcin Hadaj: Mama Madzi czy zmiany w OFE? Który temat jest ważniejszy?

Tomasz Skalski: - Zmiany w OFE.

A na który zwrócił pan większą uwagę?

- Na mamę Madzi.

Dlaczego?

- Była wszędzie. W każdej telewizji, niemal każdej gazecie i w sieci.

A OFE?

- Też były, ale w dużo mniejszym stopniu.

Z jakiego powodu?

- To znacznie trudniejszy temat. Nie dla każdego.

Co decyduje o tym, że część publicznych zagadnień staje się tematem rozmów u cioci na imieninach, a części - równie ważnych - niemal nikt nie zauważa? Czy dzisiaj do publicznej świadomości przebijają się tylko tematy łatwe?

Reklama

- Głównie właśnie takie. Za dobór przekazu i jego jakość odpowiadają wciąż w dużym stopniu media. Nie czynię im zarzutu z tego, że celują z przekazem w statystyczną średnią, chcą dotrzeć do jak największej grupy ludzi. Dopasowują się do jak najszerszych, a przez to raczej niskich gustów. Proste treści z jednej strony potęgują liczbę widzów, z drugiej skazują i nadawców, i odbiorców na konieczność dokonywania i konsumowania uproszczeń, redukcji i spłaszczeń. Nie ma tu miejsca na jakikolwiek pogłębiony przekaz.

Zaraz dojdziemy do stwierdzenia, że to media są winne.

- Nie, to odbiorcy są winni. Jako masa wyłączyliśmy myślenie, nie chce nam się podejmować intelektualnego wysiłku. Poruszamy się w bardzo ograniczonych mentalnych schematach i to dopiero jest dramat.

Jesteśmy głupi?

- Bywamy, często zresztą z wyboru: dla wygody. Dodatkowo mamy skłonność do poszukiwania tego, co kojarzy się z zagrożeniem. Trochę tak ukształtowała nas ewolucja. Nasi przodkowie z podejrzliwością musieli patrzeć na zarośla, czy przypadkiem nie siedzi w nich lew. Gdyby tylko szukali tam malin, mogłoby to się skończyć tragicznie. Zawsze spięci, zawsze nieufni - od tysięcy lat. Dzisiaj wciąż jesteśmy podobni, chociaż w Polsce lwy spotkać można tylko w zoo.

- Przez to, również jako odbiorcy mediów czy szerszych przekazów publicznych, oczekujemy głównie rzeczy złych, sensacyjnych, krwistych. Nadawcy treści się do tego przystosowują, działając zgodnie z zasadą "good news is no news", i częstują nas jedynie tym, co może podnieść nam ciśnienie. Proszę zwrócić uwagę, że nawet programy popularno-naukowe nacechowane są sensacyjnością.

- Nie mówimy o ruchach gwiazd, które układają się w określone wzory, ale o nadciągających kometach, kosmicznych głazach czy innych zagrożeniach, które miałyby uderzyć w Ziemię i zmienić nasze życie np. w koszmar egzystencji bez światła słonecznego, co właściwie jest nieprawdopodobne. Neutralne treści - nie wspominając już o pozytywnych - mówiąc kolokwialnie, nie chwytają, nie żrą. Mało kto chce je oglądać albo o nich czytać. Liczby, tabele, rachunki prawdopodobieństwa, statystyki, wyważone opinie ekspertów - to wszystko jest zbyt trudne i zbyt nudne dla przeciętnego konsumenta. On nic z tego nie zrozumie. Być może nawet nie dlatego, że ma ograniczone zdolności percepcji skomplikowanych treści. Po prostu dlatego, że mu się nie chce. A przeciętni to największa grupa odbiorców. Poddajemy się pewnej kreacji, często absurdalnej, po to, aby odczuwać nerwowość, a nawet się bać. Chyba lubimy, co trudno zrozumieć, żyć pod stałym napięciem, potrzebujemy stymulacji, bez tego nie jesteśmy sobą. Ta stymulacja musi być jednak dość prosta.

Bo skomplikowanej nie zrozumiemy?

- Tak można domniemywać. Weźmy wspomniany przykład mamy Madzi. To prosta fabuła, niewyszukany przekaz. Kwintesencja czarno-białego świata bez złudzeń, wątpliwości, znaków zapytania. Tu właściwie od początku wszystko jest jasne. Była zbrodnia, musi być kara. Była akcja, będzie finał - jak w filmie. Tu nie potrzeba szukać przyczyn, co więcej, nawet nie wolno, bo nikt tego nie oczekuje, nie potrzebuje. To tylko zakłóciłoby drogę do celu. Igrzyska muszą być udane.

Skąd biorą się w nas te niskie potrzeby, ten myśleniowstręt, ta intelektualna pasywność?

- Wynikają z wielu przyczyn. Najważniejszą jest chyba podświadoma skłonność człowieka do oszczędzania energii, także intelektualnej.

Niezwykle wygodnie jest nam poruszać się po utartych torach, w oparciu o raz sprawdzone rozwiązania.

- Nazywam to przełączeniem się na autopilota. Do pewnych reakcji w naszym życiu dochodzi wtedy automatycznie, właściwie bez naszego świadomego wpływu, w oparciu o wcześniejsze przeżycia i już wyciągnięte wnioski. Jesteśmy pewni wysokiej jakości takich wniosków i takich reakcji, nie widzimy potrzeby weryfikowania ich, chociaż świat wokół nas stale się zmienia. W efekcie, ten schemat zna również psychologia, nie modyfikujemy naszego wewnętrznego GPS, systemu drogowskazów prowadzących nas przez życie. Raz przyjęte rozwiązania, nawet gdy zdecydowaliśmy się na nie w wieku 25 lat, a dzisiaj mamy 55, powielamy, kiedy sytuacja zewnętrzna od nas tego wymaga. Wydaje nam się, że to dobre, odpowiednie, dostosowane do warunków reakcje, tymczasem jest inaczej. One już dawno są nieaktualne, ale nam nie chce się użyć intelektualnej energii, by wypracować nowe.

Psychologowie nazywają to trzymaniem się własnych stref komfortu.

- Uważamy, że skoro nie jest nam najgorzej, radzimy sobie, to warto to kontynuować bez zmian, trwać bez narażania się na ryzyko zmian i ewentualne negatywne konsekwencje z tego wynikające. W sferze odbioru treści owocuje to właśnie permanentnym nastawieniem na oczekiwanie - nawet podświadome - na treści negatywne i sensacyjne, bo tylko one są w stanie wykrzesać z nas jakieś reakcje. Każda inna wiadomość jest jak szum, nie wywiera na nas żadnego wpływu, spływa jak woda po kaczce.

Żyjemy trochę nieświadomie?

- Niektórzy w dużym stopniu. Specjaliści określają to czasem mianem trybu reaktywnego, patrzymy na świat wybiórczo i zamiast świadomie kreować nowe odpowiedzi, korzystamy z odruchów. Ale głód świadomości narasta, rośnie potrzeba otwierania się na nowe sytuacje, korektę trybu na receptywny (oznaczający m.in. szerokie, panoramiczne spojrzenie) i to jedyna szansa na zmianę jakości przekazu, na odwrócenie proporcji tego, co się dobrze sprzedaje i o czym się mówi. Pogłębione, wielowymiarowe i trudne treści będą stawać się coraz bardziej popularne. Sensacyjność będzie tracić na znaczeniu.

Dość sensacyjna teza.

- Ale prawdziwa. Aby ją zrozumieć, warto szybko prześledzić etapy psychologicznego rozwoju ludzkości, od czasów prehistorycznych do dzisiaj, z lekką projekcją w przyszłość. Służy temu dobrze teoria poziomów wartości opracowana przez Clare'a Gravesa (nazywana też dynamiką spiralną) i integralna teoria świadomości Kena Wilbera.

- Obydwaj autorzy wykorzystują w swoich rozważaniach tzw. memy. Są to grupy określonych przekonań i zachowań ludzi w poszczególnych okresach dziejów świata. Dziesiątki tysięcy lat temu istotą wszelkich działań było jedynie dążenie do przetrwania ludzi jako gatunku. Potem nadszedł czas, w którym na pierwszy plan wysunęła się troska o interesy plemienia, klanu, rodziny. Pojawiły się pierwsze oznaki odrębnej tożsamości i identyfikacji z własną grupą. Po nim ludzie i plemiona zaczęli być nastawieni na dominację, ekspansywność, budowanie przewagi i niszczenie przeciwników. Swoje działania opierali głównie na impulsach, nie na długofalowym planowaniu. Kolejny okres stworzył silne reguły i procedury (zakorzenione w religii), przywrócił hierarchię i porządek, ale w skali znacznie większej niż plemię. Po nim nadszedł okres opierający się na racjonalnym oświeceniu, kulcie rozumu. Atakuje religię i przedstawia człowieka jako tego, który umie podporządkować sobie rzeczywistość. Wszystkie są wciąż obecne, jednak najbardziej aktualny dzisiaj staje się ten, który stawia akcent nad wrażliwością, budowaniem więzi, odpowiedzialnością za przyszłe pokolenia, poszanowaniem dla wszelkich mniejszości, a nawet (w imię zwątpienia w jedną prawdę naukową) promuje szamanizm i wiarę w horoskopy.

Co dalej?

- Wisienka na torcie - mem przyszłości. Będzie się charakteryzował dobitną potrzebą głębokiego i bezpośredniego zrozumienia świata, poszanowaniem dla różnych perspektyw nie dla nich samych, ale dla tego, co można z nich zbudować, rzeczywistym, nieudawanym holizmem, kompleksowym oglądem rzeczywistości. Według badań tak żyje dzisiaj co najwyżej ok. 1 proc. ludzi na świecie, ale ekspansja poprzednich modeli myślowych uprawnia nas dzisiaj do twierdzenia, że w przyszłości większość przyjmie ten sam styl. Dziś nowe sposoby myślenia rozwijają się głównie w Ameryce i zachodniej Europie. Tu ludzie już teraz chętnie i otwarcie mówią o trudnych tematach (np. o duchowości) i coraz częściej oczekują treści opartych na głębokiej wiedzy, nie interesuje ich pobieżny, nieistotny przekaz, który zaspokaja miliony innych. Do ich świadomości natychmiast przebiłyby się OFE, mamę Madzi zauważyliby jedynie w kontekście refleksji nad przyczynami jej postępowania, a nie tego, czy trzeba ją skazać w blasku fleszy, czy uniewinnić, zapolować na czarownicę czy nie.

A Polacy?

- Bywamy impulsywni, walczymy i chcemy dominować, ale cenimy również hierarchię i porządek, daleko nam do anarchii instytucjonalnej, choć przesadnie np. do przestrzegania prawa przywiązani nie jesteśmy. Często stawiamy na rozum i spryt, próbując ograniczyć emocje, ale do głębokiej wrażliwości społecznej jeszcze nie doszliśmy.

- U nas dodatkowo na potrzebę wchłaniania określonych treści wpływa narodowa specyfika. Każdy historyk przyzna, że w Polsce na przestrzeni wieków, poza drobnymi wyjątkami, nie istniał silny etos pracy, pozytywnych działań motywowanych wewnętrzną potrzebą. Właściwie taki etos nie istniał w ogóle. Przez wieki poświęcaliśmy się dwóm głównym aktywnościom - walce i zabawie. Ojczyzna stale była w potrzebie, więc trzeba było przelewać za nią krew. A kiedy się już z wojaczki wróciło, to "hulaj dusza, piekła nie ma", konieczne było odreagowanie. Niektórym zajmowało miesiące, do czasu kolejnej wojny. I tak przez lata.

- W dużym stopniu właśnie z uwagi na takie dzieje dzisiaj interesują nas te dwa rodzaje treści. Inne oceniamy jako nieatrakcyjne i niewymagające uwagi. Nadawcy jedynie dostosowują się do naszych głęboko zakorzenionych potrzeb. Albo serwują napięcie - często zupełnie bez potrzeby i bez sensu - albo rozrywkę, bywa, że tandetną i grubymi nićmi szytą, niemającą nic wspólnego z humorem na wyższym poziomie.

Zaczniemy w przyszłości cenić przekaz oparty na wiedzy?

- Zapewne do tego dojdzie, ale to kwestia 20-30 lat, jednego pokolenia. Pytanie, czy wtedy będzie on wciąż obowiązujący. Ale tak czy inaczej, wtedy właśnie do publicznej świadomości zaczną przedostawać się zupełnie inne treści niż dzisiaj. Będziemy mogli powiedzieć, że wyłączyliśmy autopilota, odrzuciliśmy schematy, a "good news is a news as well". Wcześniej jesteśmy skazani na medialną papkę, bo większość odbiorców niczego innego nie przyswoi. Zmieni to dopiero zmiana pokolenia. Kto jest młody, ten doczeka.

Tomasz Skalski - doktor socjologii, filozof, trener biznesu, właściciel Neocoachingu, autor szkoleń dla administracji publicznej i biznesu. Wykładowca m.in. Uniwersytetu Śląskiego i KSAP

31 października 2013 (nr 212)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »