Reklama

Zamach na pieniądze w OFE

Rząd udaje, że pyta. Społeczeństwo, że odpowiada...

Konsultacje społeczne. Brzmi ładnie. Te dwa słowa dają poczucie, że my, obywatele, mamy wpływ na to, co władze dla nas szykują. I może będę niesprawiedliwa, ale mam nieodparte wrażenie, że na poczuciu się kończy. Mimo że "konsultacje społeczne" są odmieniane przez wszystkie przypadki przy okazji przedstawiania kolejnych pomysłów koalicji rządzącej, rzadko kiedy widzimy realny ich wpływ na prawo, które jest uchwalane i którego musimy przestrzegać. Komu przypisać winę?

Najprościej rządowi - wszystko jedno, czy obecnemu, byłemu, czy przyszłemu. Ale to nie do końca właściwa odpowiedź. My, zwykli Polacy, też ponosimy odpowiedzialność za to, że często rząd udaje, że nas pyta o zdanie. Dajemy mu na to przyzwolenie, bo za często udajemy, że odpowiadamy.

Reklama

Wokół OFE burza. Dyskutują politycy, ekonomiści, finansiści, prawnicy, media. Spierają się, czy powinny być one elementem systemu emerytalnego, czy nie. Padają ostre słowa pod adresem ministrów: skok na kasę, manipulacja danymi, robienie wody z mózgu społeczeństwu. A ci odpierają zarzuty, tłumacząc się rosnącym długiem publicznym. I wskazują winnego tego stanu rzeczy: otwarte fundusze emerytalne. Więc z nimi trzeba coś zrobić, bo jak nie, to na emeryturach będziemy głodować, jeśli w ogóle wówczas ktokolwiek będzie je wypłacał. Co wypłacał?

Jeszcze nie wiadomo, decyzja za dwa miesiące, czyli w początkach września. Oczywiście po konsultacjach społecznych. Kto z państwa weźmie w nich udział? Kto wie, czy jest za utrzymaniem OFE w obecnym kształcie, za modyfikacją, a może za likwidacją? Kto rozmawia na ten temat z rodziną, znajomymi czy przypadkowymi osobami? Zapewne są tacy, ale mogłabym się założyć o duże pieniądze, że to niewielka część społeczeństwa.

I nie tylko dlatego, że temat OFE jest trudny, że przeciętny Kowalski ma kłopoty ze zrozumieniem przedstawionych przez ministrów finansów i pracy: Jacka Rostowskiego i Władysława Kosiniaka-Kamysza, trzech wariantów, że nie do końca wyobraża sobie skutki wprowadzenia któregokolwiek z nich w życie. Także dlatego, że jest bierny. Że interesuje go to, co tu i teraz, a o przyszłości myśli: jak stanie się teraźniejszością, wtedy będę się martwić, jak sobie poradzić. Jakby jego mottem życiowym było "carpe diem".

I nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie stale powtarzający się schemat, czyli jak już jakieś konsultowane wcześniej ze społeczeństwem przepisy zaczynają obowiązywać, zaczyna się - delikatnie rzecz ujmując - narzekanie na państwo, bo po raz kolejny zrobiło szarych Polaków w konia. Już słyszę lament, gdy wreszcie zmieniony system emerytalny dotknie bezpośrednio któregokolwiek z nich, bo dopiero wtedy się nim zainteresuje. Przesadzam? Wyciągam błędne wnioski z własnych obserwacji? Może, choć nie sądzę. A nie sądzę, bo moje spostrzeżenia potwierdza tegoroczna fala badania "Diagnoza społeczna", prowadzona przez prof. Janusza Czapińskiego od 2000 r.

Wynika z niego m.in., że utyskiwanie zaczyna się poza domem - tu jesteśmy z roku na rok coraz szczęśliwsi, ale jak wkraczamy w sferę publiczną, stajemy się malkontentami, niezadowolonymi z tego, co się w kraju dzieje. Więcej! Nie wierzymy, że państwo może nam pomóc i jemu przypisujemy część winy za własne porażki, ot chociażby za wysokość emerytury.

Jako społeczeństwo mamy podstawy do tego, by myśleć w taki sposób. Włodarze nie za często wsłuchują się w nasze opinie, choć to deklarują (zwłaszcza przed wyborami). Drenują nasze kieszenie - a to podwyższając stawki VAT przekładające się przecież na nasze codzienne wydatki, a to wydłużając wiek emerytalny wbrew naszej woli - bo tego wymaga stan finansów publicznych. Nie organizują referendów ogólnokrajowych, mimo że wniosek podpisze kilkaset tysięcy obywateli (przy obowiązku szkolnym dla sześciolatków - 950 tys. podpisów). To tylko przykłady działań osób u władzy. Ich suma sprawia, że zniechęcamy się do aktywności społecznej, a jak ją już podejmujemy, to organizujemy protesty uliczne, strajki, platformy oburzonych.

Te formy jako jedyne wpływają na decyzje rządu, ale to za mało. Powinniśmy stale wykorzystywać demokratyczne narzędzie dialogu z władzami, jakim są konsultacje społeczne, bo wtedy zacznie nas traktować jak partnera, a nie stado baranów. Przestanie udawać, że ciekawy jest naszej opinii. Skończy się podrzucanie nowych idei posłom, bo projekt przepisów przez nich przygotowany nie wymaga konsultowania ze społeczeństwem. Znikną kilkudniowe okresy konsultacyjne.

Sprawa OFE to dobry moment na wyrażenie swojego stanowiska. Dajmy sobie szansę, bez względu na to, czy uważamy, że głównym źródłem dochodów po zakończeniu naszej kariery będzie emerytura gwarantowana przez państwo, własne oszczędności, rodzina, pomoc społeczna, pieniądze z OFE, czy jeszcze coś innego. Niech konsultacje społeczne nie ograniczają się do poczucia, lecz przybiorą realny kształt. Niech rząd wie, że dla nas to pojęcie ma ogromne znaczenie i że bez nas niewiele osiągnie.

Jadwiga Sztabińska

redaktor naczelna

5 lipca 13 (nr 129)

CZYTAJ RAPORT: Zamach na emerytury z OFE

Dowiedz się więcej na temat: OFE | konsultacje społeczne
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »