Dziś w całej Polsce odbędzie się seria rolniczych protestów przeciwko umowie o wolnym handlu pomiędzy UE a krajami Ameryki Południowej z grupy Mercosur. I bardzo dobrze, bo to oczywiście tylko część szerszego zjawiska, jakim jest trwająca od wielu miesięcy słuszna walka o zablokowanie tego szkodliwego porozumienia. Szkodliwego nie tylko dla unijnych (i polskich rolników), ale także dla większości obywateli Europy.
W sprawie umowy UE-Mercosur stan faktyczny jest doskonale znany. Do porozumienia prą w Europie trzy potężne grupy interesu. Pierwszą jest unijna biurokracja na czele z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen. Ona porusza się w quasi-korporacyjnej logice dowiezienia projektu. Niemka chce dopiąć umowę, nad którą pracuje intensywnie od dwóch lat. Jest jej to potrzebne, by pokazać swoją sprawczość i sensowność swojego politycznego istnienia. Akurat w przypadku Komisji Europejskiej to aktualnie czynnik o znaczeniu fundamentalnym.
"Unia Europejska staje się politycznym potworkiem"
Odkąd von der Leyen szefuje tej instytucji (czyli od roku 2019) trwa proces faktycznego i pozatraktatowego poszerzania wpływów oraz uprawnień europejskiej administracji. Niektórzy nazywają to "pełzającą federalizacją", inni "niewidzialną centralizacją", jeszcze inni mówią wprost o faktycznym zamachu stanu, który zmienia oblicze zjednoczonej Europy. W ramach tego procesu Unia Europejska przestaje być związkiem wolnych i suwerennych państw. A staje się politycznym potworkiem, który de facto ubezwłasnowolnia demokratycznie wybranych przywódców państw członkowskich. Zaś faktyczną władzę oddaje szefowej KE, której mandat jest dalece mniej demokratyczny.
Mówiąc wprost von der Leyen, którą wybrali szefowie rządów państw UE w porozumieniu z europarlamentem, odbiera kompetencje tym wszystkim premierom i prezydentom, których wybrali Polacy, Czesi, Portugalczycy albo Włosi. Dowiezienie projektów w stylu umowy z krajami Mercosur to przypieczętowanie tego procesu. Dowód, że "jakieś tam rządy" w Warszawie, Rzymie czy nawet Paryżu mogą sobie - co najwyżej - ponarzekać. A potem ustawić się do zdjęcia z Nadpremierką Urszulą, która faktycznie pociąga za sznurki.
Duży unijny przemysł drugim mocarnym lobby
Drugim mocarnym lobby, które dąży do zawarcia umowy o wolnym handlu między Europą a Ameryką Łacińską jest oczywiście duży unijny przemysł. Głównie niemiecki, austriacki czy holenderski. Do pewnego stopnia także francuski czy włoski. Mowa o tych wszystkich gałęziach unijnej wytwórczości, które produkują towary przetworzone i szukają dla nich rynków zbytu. Również w obliczu stagnacji płac realnych w Europie Zachodniej, czyli powodem, dla którego europejski rynek staje się coraz mniej chłonny. Dzieje się tak, bo kuleje popyt wewnętrzny w UE. A przy obecnej polityce nie widać specjalnie szans na poprawę tej sytuacji. Do tego dochodzi stale słabnąca konkurencyjność europejskiej produkcji wysoko przetworzonej (głównie maszyn) - związana jest ona oczywiście z chorą polityką klimatyczną Unii Europejskiej skutkującą nakładaniu przez Brukselę na swój własny przemysł konieczności wykupywania uprawnień co emisji CO2.
Ten system (znany jako ETS) jest w Europie stale zaostrzany. I tak od początku przyszłego roku znów zostanie poszerzony o kolejne branże dotąd z tego zwolnione. Klimatu w skali globalnej to nie ratuje, ale za to wyniszcza unijną wytwórczość. A także sprawia, że niemieccy, belgijscy czy holenderscy producenci jeszcze mocniej lobbują za otwarciem nowego rynku zbytu dla swoich towarów. A rynek krajów Mercosur nadaje się do tego idealnie. Oczywiście tych unijnych branż kompletnie nie obchodzi to, że w zamian za zwolnienie ich z ceł na auta sprzedawane do Brazylii czy Argentyny do Europy wjedzie tania argentyńska czy brazylijska żywność. To nie ich problem. Zniszczenie europejskiej produkcji rolno-spożywczej w ich biznesplanie się rzecz jasna nie mieści.
"Konsumenci medialno-publicystycznej papki powtarzają bzdury"
Jest jeszcze trzecia grupa, która ostro za dealem z Ameryką Południową lobbuje. To jest ta część opinii publicznej, która dała się złapać na hasełka o zwieraniu szeregów w obliczu zagrożenia ze strony Donalda Trumpa. Konsumenci medialno-publicystycznej papki, jaka płynie z mediów liberalnych, powtarzają bzdury o tym, że Ameryka jest dziś dla Europy równie wielkim zagrożeniem co Rosja albo Chiny. I że trzeba zagrać Trumpowi na nosie, wpuszczając do Europy na preferencyjnych warunkach np. argentyńską wołowinę. Bezsens tej argumentacji jest obezwładniający i opiera się na permanentnej odmowie przyjęcia do wiadomości amerykańskiej propozycji ułożenia na nowo stosunków handlowych między partnerami.
Krytyka europejskich elit liberalnych formułowana przez administrację Trumpa dotknąć musiała sedna problemu, bo establiszment polityczny i medialny Niemiec, Francji i innych krajów zachowuje się jak rozwydrzone dzieci, które ktoś dorosły przyłapał na kłamstwie. Reakcją jest histeria i tarzanie się po podłodze w nadziei, że wszystko znowu będzie tak, jak było. A one (europejskie elity) dalej będą mogły odmawiać wzięcia odpowiedzialności za siebie oraz swój kontynent.
Sojusz tych trzech grup (euroestabliszment, wielki biznes i klasy opiniotwórcze) jest prawdziwym Goliatem. Naprzeciw którego od początku stoi wielokrotnie mniejszy oraz nieporównywalnie słabszy Dawid. Czyli (mówiąc z grubsza) sytuacyjna koalicja europejskich producentów żywności oraz zbuntowanych części unijnego politycznego establiszmentu nazywanych czasem populistami. Trzeba przyznać, że i tak temu Dawidowi udało się osiągnąć wiele. Ostateczna zgoda na umowę UE-Mercosur wciąż jest odraczana w nadziei, że nadejdzie taki moment, gdy czujność przeciwników osłabnie, a brukselska machina pchnie sprawę naprzód tak, by nic już nie dało się odkręcić.
Oczywiście moment jest krytyczny. Na tym etapie zwolennicy umowy z Mercosurem obiecają oczywiście wszystko wszystkim. Klauzule ratunkowe, hamulce bezpieczeństwa, deszcz pieniędzy dla rolników, rękę księżniczki i pół królestwa. W praktyce idzie o to, by zgoda na umowę została wydana. A potem wiadomo, że i tak rzeczywistość będzie kształtowana i interpretowana przez zwolenników liberalizacji handlu. Tak, jak im wygodnie. A unijne rolnictwo i produkcja spożywcza mogą sobie pisać na Berdyczów. Bo przecież nie na Brukselę…
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji













