Monika Krześniak-Sajewicz, Interia Biznes:
Wiek emerytalny w Polsce należy wyrównać - stwierdziła w czwartek szefowa MFiPR i przewodnicząca Polski 2050, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Czy zrównanie go dla kobiet i mężczyzn ma dziś sens systemowy? Pomijając, czy jest to politycznie w ogóle możliwe do przeprowadzenia.
Tomasz Lasocki, naukowiec i praktyk w dziedzinie zabezpieczenia społecznego z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej: - Jeżeli patrzymy na system, to nie tylko jest spójne, ale moim zdaniem jest po prostu konieczne. Wśród osób zajmujących się tym zawodowo nie ma co do tego większych wątpliwości. Pytanie tylko, "czy jesteśmy na to gotowi jako społeczeństwo" - i mentalnie, i organizacyjnie.
- Bo jeśli spojrzymy na dane, to nie ma podstaw, by twierdzić, że kobiety nie są w stanie pracować dłużej. Statystycznie żyją dłużej i dłużej zachowują sprawność. Tymczasem w Polsce wysyłamy na emeryturę osoby, które wciąż są aktywne i mogłyby pracować. System zabezpieczenia społecznego powinien działać wtedy, gdy ktoś traci zdolność do pracy. A tutaj trafia do osób, które tej potrzeby jeszcze nie mają.
Czyli to nie jest tylko kwestia braku równości między kobietami i mężczyznami?
- Nie. To jest przede wszystkim kwestia logiki systemu.
No, ale owszem kobiety mogą o 5 lat wcześniej niż mężczyźni przejść na emeryturę, ale kosztem niższej emerytury.
- Ten argument jest prawdziwy, ale trzeba zobaczyć całość. Kobiety mają niższe świadczenia, bo krócej pracują. Ale jednocześnie system w pewnych sytuacjach premiuje wcześniejsze przejście na emeryturę.
- Mamy dziś w mechanizm, który odwraca jego podstawowe założenia. Do tego - co już wcześniej mocno sygnalizowałem - nielogiczny przepis, który został w wyniku niechlujstwa legislacyjnego przy zmianach i który powoduje, że w przypadku większości kobiet, które przechodzą na emeryturę od razu po nabyciu praw, czyli w wieku 60 lat - po ukończeniu 65 lat ich emerytura jest przeliczana tak, jakby wcześniej nie była pobierana. Innymi słowy - system "zapomina", że ktoś przez kilka lat korzystał już ze świadczenia. To oznacza, że bodźce są ustawione odwrotnie, niż powinny.
- To nie jest uporządkowany system, tylko zestaw rozwiązań, które się nawzajem znoszą albo osłabiają. Dlatego tu nie chodzi tylko o równość, ale o przywrócenie zasady: jeżeli ktoś pracuje dłużej i więcej odkłada, to powinien mieć wyższe świadczenie. Dzisiaj nie zawsze to działa.
Czy dobrym rozwiązaniem od strony systemowej byłoby po prostu zrównanie wieku emerytalnego poprzez podniesienie go dla kobiet do 65 lat, czyli takiego, jaki jest dla mężczyzn?
- Docelowo tak, ale nie trzeba tego robić od razu. Można to rozłożyć w czasie. Sensownym rozwiązaniem byłoby stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego kobiet. Na przykład o rok czy dwa, rozłożone na kilka lat, i obserwowanie, jak to działa.
A co z osobami, które rzeczywiście nie będą w stanie pracować dłużej?
- Od tego jest system rentowy. Jeżeli ktoś traci zdolność do pracy, to powinien przejść na rentę. To jest dokładnie mechanizm, który ma zabezpieczać takie sytuacje. Nie można ustawiać całego wieku emerytalnego pod najbardziej skrajne przypadki. System musi być projektowany dla większości, a nie dla wyjątków. Wyjątki powinny być obsługiwane przez inne instrumenty - i one istnieją.
Zróżnicowany wiek emerytalny to niejedyny kwestionowany element systemu emerytalnego, który ma inne luki, a przede wszystkim niesprawiedliwe zasady premiujące "pasażerów na gapę", którzy nie płacili składek. Które są najbardziej szkodliwe?
- Jednym z kluczowych jest sposób działania emerytury minimalnej. W obecnym modelu dochodzi do sytuacji, w której część osób nie odprowadza składek albo robi to na bardzo niskim poziomie, a mimo to otrzymuje świadczenie podniesione do poziomu emerytury minimalnej, choć z samych składek ona nie powinna się należeć. To oznacza, że brakująca część jest de facto dopłacana z pieniędzy tych, którzy składki płacili regularnie i w wyższej wysokości.
- W efekcie system przestaje działać jak ubezpieczenie, a zaczyna funkcjonować jak mechanizm redystrybucyjny, w którym związek między wkładem a świadczeniem jest osłabiony. Osoba, która przez wiele lat odprowadzała składki, w pewnym momencie może mieć emeryturę bardzo zbliżoną do kogoś, kto tych składek praktycznie nie płacił. Dotyczy to między innymi osób prowadzących działalność gospodarczą. Różnica między tymi dwiema sytuacjami zostaje "wygładzona" przez dopłatę do minimalnego świadczenia.
- To prowadzi do dwóch problemów. Po pierwsze, jest to de facto transfer od osób aktywnych zawodowo i systematycznie opłacających składki do tych, które tego nie robiły. Po drugie, osłabia to motywację do legalnej pracy i pełnego oskładkowania, bo w pewnym zakresie system i tak "wyrówna" świadczenie do poziomu minimalnego.
- Kluczowe jest więc to, żeby przywrócić proporcję między tym, ile ktoś wnosi do systemu, a tym, ile z niego otrzymuje. Sama gwarancja minimalnej emerytury nie jest błędem - ale w obecnym kształcie powoduje, że część świadczeń jest finansowana kosztem innych ubezpieczonych, niezależnie od ich indywidualnego wkładu.
Czyli problem polega na tym, że system nie różnicuje wystarczająco wysokości świadczeń?
- Tak. Mamy moment, w którym dalsza praca i odprowadzanie składek nie przekładają się na wyższe świadczenie, bo działa gwarancja minimalnej emerytury. Powstaje taki "płaskowyż" - można pracować dłużej, odkładać więcej, a efekt jest niewielki. To podważa podstawową zasadę: im więcej włożysz do systemu, tym więcej powinieneś z niego otrzymać. Jeżeli ta zależność przestaje działać, to system przestaje motywować do aktywności zawodowej.
Jak można to zmienić?
- Jednym z rozwiązań byłoby wprowadzenie tzw. filaru bazowego. Chodzi o to, żeby zagwarantować minimalne świadczenie po odpowiednio długim okresie składkowym, ale jednocześnie umożliwić jego wyraźne przekroczenie przy dalszej pracy. Czyli żeby nie było momentu, w którym system "zamyka się" na dalsze różnicowanie. Wtedy odzyskujemy podstawową logikę - każdy dodatkowy rok pracy i każda dodatkowa składka realnie zwiększa przyszłe świadczenie.
A co z osobami, które pracują, ale nie odprowadzają składek?
- To jest kolejny poważny problem. Mamy dużą grupę osób, które pracują poza systemem albo na minimalnych obciążeniach, a później i tak trafiają do systemu świadczeń i często korzystają z różnych form wsparcia. W praktyce oznacza to, że ciężar ich zabezpieczenia przenosi się na osoby, które składki odprowadzały.
- Dlatego kluczowe jest, żeby rozszerzyć system składkowy tak, aby obejmował możliwie szeroko wszystkich aktywnych zawodowo. Dziś mamy sytuację, w której część osób realnie pracuje, uzyskuje dochody, ale nie odprowadza składek albo robi to w bardzo ograniczonym zakresie. W krótkim okresie może to być dla nich korzystne, ale z punktu widzenia całego systemu oznacza to narastanie problemu, który i tak wraca na końcu - w momencie przejścia na emeryturę.
- Nie chodzi przy tym o maksymalne podnoszenie obciążeń. W pewnych przypadkach można wręcz rozważyć niewielkie obniżenie części składek, jeśli w zamian większa liczba osób będzie w systemie uczestniczyć. Z punktu widzenia stabilności ważniejsze jest bowiem to, ilu jest uczestników systemu i jak powszechny on jest niż sama wysokość jednostkowej składki.
- Taki kierunek zmian miałby też znaczenie z punktu widzenia logiki całego systemu. Jeżeli obejmujemy składkami większą liczbę pracujących, to łatwiej utrzymać zasadę, że świadczenie wynika ze składki. Zmniejsza się skala sytuacji, w których ktoś przez lata pozostaje poza systemem, a następnie jest do niego "dopisywany" na etapie wypłaty świadczeń.
- Warto też podkreślić, że celem takich zmian nie powinna być fiskalizacja, czyli zwiększanie wpływów do systemu za wszelką cenę. System zabezpieczenia społecznego nie jest narzędziem do maksymalizowania dochodów państwa, tylko do zapewnienia bezpieczeństwa na wypadek utraty zdolności do pracy. Chodzi o to, żeby był on powszechny, przewidywalny i oparty na jasnych zasadach.
- Jeżeli większa liczba osób uczestniczy w systemie, to łatwiej jest rozłożyć ryzyko i zapewnić stabilność w dłuższym okresie. W przeciwnym razie mamy sytuację, w której część pracujących pozostaje poza systemem składkowym, a ciężar finansowania świadczeń koncentruje się na węższej grupie ubezpieczonych. To prowadzi do napięć i podważa zaufanie do całej konstrukcji.
Podsumowując, gdyby miał pan wskazać trzy najpilniejsze zmiany w systemie emerytalnym…?
- W pierwszej kolejności zmieniłbym sposób działania emerytury minimalnej, tak żeby przywrócić zależność między składką a świadczeniem. Po drugie - stopniowo podnosiłbym wiek emerytalny kobiet. Po trzecie - rozszerzyłbym system składkowy na osoby, które dziś z różnych powodów do niego nie trafiają. Te trzy elementy są ze sobą powiązane i dopiero razem przywracają spójność systemu.
Jak powinno wyglądać podnoszenie wieku emerytalnego?
- Kluczowe jest, żeby robić to z wyprzedzeniem i stopniowo. Nie można zmieniać zasad wobec osób, które są tuż przed przejściem na emeryturę. Natomiast w stosunku do młodszych roczników można wprowadzić jasny harmonogram. Jeżeli ktoś wie, że za kilka lat jego wiek emerytalny będzie wyższy o rok czy dwa, to jest w stanie się do tego przygotować - zawodowo i życiowo.
- I to jest właśnie sens takich reform - nie wprowadzać szoku, tylko dać systemowi i ludziom czas na dostosowanie.
Rozmawiała Monika Krześniak-Sajewicz















