W skrócie
- Prawdopodobieństwo wrześniowej podwyżki stóp Rezerwy Federalnej spadło poniżej 31 proc., choć jeszcze 10 dni temu było wyceniane na ponad 50 proc. Z kolei szansa, że ECB zaostrzy politykę monetarną, wynosi około 83 proc.
- Niektórzy eksperci są zdania, że na dłuższą metę dolar jest skazany na osłabienie z powodu szybko rosnącego zadłużenia Stanów Zjednoczonych. Właśnie dlatego waluta Amerykanów może stracić status ”bezpiecznej przystani”.
- W Polsce Rada Polityki Pieniężnej raczej nie zdecyduje się na powakacyjne obniżenie stóp procentowych. Taka powinna być konsekwencja wzrostu polskiej inflacji konsumenckiej w skali rok do roku z 2,5 proc. w czerwcu do 3,0 proc. w lipcu.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Na początku tego tygodnia indeks dolara (DXY) spadł w okolice 99,5 punktu. Wcześniej przez dwa miesiące niemal nieprzerwanie utrzymywał się powyżej linii 100 punktów. DXY pokazuje relację dolara do zestawu kilku innych kluczowych walut światowych.
Osłabienie waluty Amerykanów widać także na polskim rynku. Zaraz po minionym weekendzie za dolara płacono nawet mniej niż 3,71 zł. Pod koniec lipca notowania "zielonego" były o 10 groszy wyższe. W tym samym czasie euro podrożało z 1,135 do ponad 1,16 dolara.
Fed podejrzewany o "gołębie" nastawienie
Odpowiedź na pytanie dlaczego dolar osłabł ociera się o sferę gier losowych. Stało się tak, gdyż inwestorzy ograniczyli zakłady na dalsze podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Mamy bowiem do czynienia z poważnymi spekulacjami rynku co do kierunku obranego w polityce pieniężnej przez Rezerwę Federalną, a przy okazji także przez Europejski Bank Centralny.
Prawdopodobieństwo wrześniowej podwyżki stóp Fed spadło poniżej 31 proc., choć jeszcze 10 dni temu było wyceniane na ponad 50 proc. Z kolei szansa, że ECB zaostrzy politykę monetarną wynosi około 83 proc. W dodatku, rentowność 2-letnich amerykańskich obligacji skarbowych zmalała w ciągu tygodnia z 4,26 do 4,17 proc., co zmniejszyło wsparcie dla dolara.
Rachuby, że amerykański bank centralny stanie się bardziej "gołębi" są oparte na mocnych przesłankach. Impulsem są tu liczne dane napływające ostatnio z amerykańskiej gospodarki, których wymowa jest jednoznaczna - zmalała pilna potrzeba dalszego zacieśniania monetarnego w USA.
W Stanach Zjednoczonych zanotowano zaskakujący i pierwszy od 9 miesięcy spadek sprzedaży detalicznej (o 0,6 proc. w skali miesiąc do miesiąca). Co szczególnie niepokojące, wskaźnik jest pod kreską nawet po odliczeniu sprzedaży aut i paliw na stacjach benzynowych. W dodatku, pogorszył się indeks nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan, a na rynku zatrudnienia zmalała liczba stanowisk pracy, choć spodziewano się jej wzrostu. Jednocześnie spadła inflacja konsumencka (jednak ciągle jest za wysoka w porównaniu z celem Fed).
Prezes Kevin Warsh nie jest "jastrzębiem"
Ekonomiści przypominają teraz, jak bardzo uciążliwe dla konsumentów mogą być wysokie stopy procentowe. Ich konsekwencją są wyższe raty kredytów, te zaś uderzają w budżety domowe, pozostawiając mniej środków na bieżące zakupy. Wysokie oprocentowanie zniechęca także do zaciągania nowych pożyczek i promuje odkładanie pieniędzy na lepiej płatnych lokatach.
Rynek nie spodziewa się rychłych podwyżek stóp w USA z jeszcze jednego powodu - bardziej personalnego niż merytorycznego. Wraca argument, że ponad rok temu obecny szef Rezerwy Federalnej Kevin Warsh otwarcie stanął po stronie prezydenta Donalda Trumpa niezadowolonego ze sposobu prowadzenia polityki monetarnej przez Jerome Powella, ówczesnego przewodniczącego Fed.
Warsh krytykował bank centralny za zbyt powolne obniżanie stóp procentowych i nadmierne przywiązanie do wstecznych danych gospodarczych. Inwestorzy czekają teraz na zaplanowane w dniach 27-29 sierpnia sympozjum w Jackson Hole i liczą, że podczas tej imprezy Kevin Warsh ujawni kierunki polityki monetarnej Fed na jesień 2026 roku.
Droga ropa i wysoki dług publiczny
Analitycy podkreślają, że choć inflacja konsumencka w USA spadła z 3,5 do 3,4 proc., to cel Fed, czyli wskaźnik 2-procentowy, pozostaje wielkim wyzwaniem i to już od 65 miesięcy. W dodatku, gdy znów wzrasta napięcie na Bliskim Wschodzie, a Cieśnina Ormuz pozostaje zablokowana, to inflację mogą podsycić wysokie ceny ropy naftowej. Za baryłkę surowca brent trzeba płacić w tej chwili około 90 dolarów.
Warto pamiętać, że w maju tego roku amerykańska inflacja wystrzeliła do 4,2 proc. i była najwyższa od ponad 3 lat. Taki był wtedy rezultat wzrostu napięcia w regionie Zatoki Perskiej i skoku cen ropy brent (nawet do 111 dolarów za baryłkę). Ponowne przyspieszenie inflacyjne w USA przywróciłoby dyskusję o podwyższaniu stóp procentowych przez Fed i jednocześnie wzmocniło dolara.
Niektórzy eksperci są jednak zdania, że na dłuższą metę dolar jest skazany na osłabienie z powodu szybko rosnącego zadłużenia Stanów Zjednoczonych. Właśnie dlatego waluta Amerykanów może stracić status "bezpiecznej przystani" (safe-haven). Założyciel Bridgewater Associates, miliarder Ray Dalio, w poście na platformie X napisał, że jego kraj przekroczył już punkt, z którego nie ma odwrotu w narastającym kryzysie zadłużenia.
Dalio podkreśla, że szybko rosnące płatności z tytułu obsługi długu coraz mocniej ograniczają elastyczność finansową rządu. Przypomina, że zwiększa się luka między rocznymi wydatkami federalnymi, sięgającymi około 7 bilionów dolarów, a dochodami na poziomie około 5 bilionów. Różnica ta zmusza rząd do potężnej emisji obligacji. Inwestorzy żądają wyższych rentowności, co tworzy spiralę rosnących kosztów finansowania - idą w górę ceny pożyczek i zwiększa się obciążenie rządu odsetkami.
Ray Dalio dodaje, że rząd w Waszyngtonie pożycza kolejne środki wyłącznie po to, by pokryć rosnące koszty odsetkowe. W sytuacji, gdy dług rośnie szybciej niż gospodarka USA, zwiększa się negatywna presja na dolara i na stabilność ekonomiczną kraju.
Polskie dane dobre, ale spodziewane
Polscy analitycy są zdania, że złoty w pierwszej połowie sierpnia byłby bardziej ofensywny (zwłaszcza wobec euro), gdyby dane z naszej gospodarki były nadspodziewanie dobre. Tymczasem mieściły się w granicach prognoz. Dotyczy to zarówno wzrostu PKB o 3,8 proc. jak i wskaźnika inflacji bazowej (bez cen energii i żywności), który zgodnie z oczekiwaniami poszedł w górę z 3,0 do 3,1 proc.
Polskie tempo wzrostu PKB jest wyraźnie wyższe od 1-procentowej poprawy, jaką odnotowano w strefie euro. To nie do końca jest dobra wiadomość. Z jednej strony odrabiamy dystans dzielących nas od Europy Zachodniej. Z drugiej, strefa euro to nasz główny partner handlowy, więc słabość tamtejszych gospodarek powoduje, że nasza nie rozwija się tak szybko, jakby mogła.
Z punktu widzenia możliwej poprawy notowań złotego ważne jest oczekiwanie rynku, że Rada Polityki Pieniężnej raczej nie zdecyduje się na powakacyjne obniżenie stóp procentowych, choć było ono wstępnie zapowiadane przez prezesa NBP. Taka powinna być konsekwencja wzrostu polskiej inflacji konsumenckiej w skali rok do roku z 2,5 proc. w czerwcu do 3,0 proc. w lipcu. Ponowny wzrost dynamiki cen to efekt wydarzeń na Bliskim Wschodzie i ich wpływu na notowania ropy naftowej. Pojawiają się nawet opinie, że w skali 12 miesięcy w Polsce należy się spodziewać jednej lub dwóch podwyżek stóp o 25 punktów bazowych.
Jacek Brzeski













