Reklama

Miało być uderzenie w szarą strefę, wyszła katastrofa. Operacja rupia wstrząsnęła Indiami

Premier Indii Narendra Modi postanowił uderzyć w szarą strefę błyskawiczną wymianą banknotów. Operacja była jednak przygotowana tak fatalnie, że wyhamowała wzrost gospodarczy kraju.

Korekta prognozy na szczęście nie oznacza, że siódma co do wielkości gospodarka świata pogrążyła się w zapaści. Zamiast urosnąć o 7,6 proc., Indie zwiększą swój PKB o 7 proc. Takie tempo rozwoju i tak plasuje kraj przed Chinami, o rachitycznie rozwijających się krajach rozwiniętych nie wspominając. Ekonomiści z Banku Światowego, którzy obcięli prognozę, nie mają jednak wątpliwości: dynamikę przydusiła akcja wymiany banknotów ogłoszona przez rząd na początku listopada ub.r.

Reklama

Premier Narendra Modi niespodziewanie zarządził wtedy wymianę banknotów o nominałach 500 i 1000 rupii (ok. 30 i 60 zł) na nowe o wartości 500 i 2000 rupii, na co dał 1,3 mld mieszkańców kraju zaledwie 50 dni. Szef rządu argumentował, że uderzy to w oszustów i przestępców, którzy trzymają w materacach gotówkę z nielegalnej działalności. Nie było to pozbawione sensu: firma doradcza McKinsey szacowała w 2013 r. wartość szarej strefy w Indiach na 26 proc. PKB, czyli trochę więcej, niż wynosi cały produkt krajowy brutto Polski!

Przeciętni obywatele, zmęczeni korupcją, początkowo przyklasnęli planowi premiera. Szybko jednak okazało się, że operacja nie została porządnie przygotowana. Przede wszystkim bank centralny nie wydrukował wystarczająco dużo nowych pieniędzy na czas. Żeby opisać skalę wymiany, wystarczy powiedzieć, że banknoty o nominałach 500 i 1000 rupii stanowiły 86,4 proc. wartości pieniądza w obiegu, a łącznie wycofano z obiegu 14,6 bln rupii, czyli ok. 880 mld zł. Lokalne oddziały banków, zamiast otrzymywać miliardy nowych rupii, dostawały po kilkaset milionów. Operacji nie pomógł bank centralny - Reserve Bank of India, kilkunastokrotnie zmieniając w ciągu tych 50 dni zasady wymiany pieniądza, przez co został przez złośliwych nazwany Reverse Bank of India.

Początkowy entuzjazm obywateli przerodził się w gniew. Ludzie ugrzęźli w wielogodzinnych kolejkach, często nie mogąc wymienić pieniędzy, odchodzili z kwitkiem. Gotówki brakowało też w bankomatach. Wiele osób zatrudnionych w produkcji i rolnictwie nie mogło z braku banknotów otrzymać wynagrodzenia. Problemy te nieproporcjonalnie mocniej uderzyły w biednych. Według danych ze spisu powszechnego z 2011 r. zaledwie 53 proc. populacji miało konta w bankach, zaś 68 proc. nie miało dostępu do usług bankowych. Wycieczka do bankowego oddziału niejednokrotnie wymaga przebycia wielu kilometrów, a bankowość mobilna - przez wzgląd na słabą dostępność internetu - to dla prowincji wciąż przyszłość. Nie wspominając o tym, że jedna piąta Hindusów nie ma stałego dostępu do elektryczności.

Ta złość może odbić się na wynikach zbliżających się wyborów lokalnych. To pierwszy poważny test wyborczy dla Ludowej Partii Indii (BJP), z której wywodzi się premier Narendra Modi, od zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 2014 r. Głosowania w tym kwartale odbędą się w pięciu z 29 stanów, ale najbardziej prestiżowa walka odbędzie się w Uttar Pradesh - największym pod względem ludności stanie w Indiach, zamieszkałym przez ponad 200 mln ludzi.

Według Banku Światowego, prawie jedną trzecią tej liczby stanowią biedni. Jeśli wymiana banknotów mocno ich dotknęła, mogą okazać niezadowolenie i zagłosować przeciw partii Modiego. Z drugiej strony jednak gospodarka stanu, trzecia co do wartości w Indiach, nie rozwija się w takim tempie jak reszta kraju, a redukcja ubóstwa idzie opornie. To może sprawić, że mieszkańcy pokażą czerwoną kartkę rządzącej obecnie Partii Socjalistycznej (SP), dla której Uttar Pradesh jest najważniejszym bastionem. W wyborach parlamentarnych w 2012 r. BJP znalazła się w stanie dopiero na trzecim miejscu, chociaż w 2014 r. w wyborach do parlamentu krajowego zdobyła 71 z 80 przypadających na stan mandatów.

Według części specjalistów, operacja zarządzona przez premiera Modiego nie przyniesie oczekiwanych rezultatów, bowiem najwięksi beneficjenci szarej strefy już dawno zainwestowali swoje, nielegalne pieniądze. Nieliczni mieli przy okienkach bankowych problem z zadeklarowaniem źródła dochodów, co było wymagane, jeśli chciało się wpłacić stare banknoty. Ubocznym efektem programu może za to być zwiększenie odsetka Hindusów posiadających konto bankowe, co jednak może być dla nich problemem, biorąc pod uwagę wspomniane już niedostatki infrastruktury.

Narendra Modi nie ma innego wyjścia, jak walczyć z szarą strefą; jeśli chce dogonić w szybkim tempie Chiny, będzie potrzebował każdej rupii, przede wszystkim na olbrzymie wyzwania infrastrukturalne, kluczowe zwłaszcza z punktu rozwoju gospodarczego stanów położonych w głębi lądu, jak Uttar Pradesh. Indie są bowiem jeszcze przed budową kompleksowej sieci dróg szybkiego ruchu i kolei, a kluczowe inwestycje czeka jeszcze sektor energetyczny. Władze w New Delhi nie mogą więc zmarnować ani jednego pkt proc. w PKB, jeśli chcą stanowić realną przeciwwagę dla Państwa Środka.

Jakub Kapiszewski

23.1.2017

Dowiedz się więcej na temat: operacja | wzrost gospodarczy | Narendra Modi | Indie | strefy | uderzenie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »