W skrócie
- Historycznie dolar pełnił rolę ”bezpiecznej przystani” w czasach kryzysów. Dziś jednak część ryzyka geopolitycznego dotyczy samych Stanów Zjednoczonych i ich pozycji w globalnym układzie sił.
- Widoczna coraz bardziej erozja systemu dolarowego przejawia w stopniowym ograniczaniu udziału waluty Amerykanów w rezerwach wielu banków centralnych. Dolar jest w tym układzie zastępowany przez złoto.
- Goldman Sachs podniósł docelową cenę uncji złota na 2026 rok do 5 400 dolarów, a Bank of America przewiduje wzrost notowań srebra do 170 dolarów za uncję w ciągu dwóch lat.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Tydzień, którego najważniejszym wydarzeniem było Światowe Forum Ekonomiczne w Davos zakończył się pokazem słabości waluty Amerykanów. Dolara tak niedowartościowanego jak 23 stycznia, bo kosztującego zaledwie 3,56 zł nie widzieliśmy od 2018 roku. Z kolei eurodolar przedostatni tydzień stycznia skończył na poziomie 1,183, choć zaledwie 7 dni wcześniej za wspólną walutę płacono mniej niż 1,16 dolara.
USA, czyli mocarstwo nieprzewidywalne
W Davos rozmawiano głównie o amerykańskim zamiarze opanowania Grenlandii. Niektórzy komentatorzy oczekiwali, że "zielony" ruszy w górę, po tym jak prezydent USA Donald Trump początkowo wojowniczo nastawiony wobec swoich sojuszników z NATO nagle "wycofał się na z góry upatrzone pozycje" i przyczynił do wyraźnego spadku napięcia. Reakcja rynków walutowego i surowcowego była jednak odwrotna od oczekiwanej.
Wygląda na to, że inwestorzy uznali, że zmienność wywołana przez politykę przekroczyła dopuszczalne granice. Najpierw Trump przy okazji kłótni o Grenlandię zapowiedział nałożenie "karnych" 10-procentowych ceł na Europę. Szybko się z nich wycofał po rozmowach z sekretarzem generalnym NATO. Globalni inwestorzy nie mają jednak pewności, czy Biały Dom nie uzna za jakiś czas, że kwestia Grenlandii nie została wyjaśniona. Duże są także obawy, że Stany Zjednoczone wkrótce zdecydują się na działania militarne przeciwko reżimowi ajatollahów w Iranie.
Dla uczestników rynków przewidywalność polityczna jest równie istotna jak dane gospodarcze, a tej pierwszej wyraźnie brakuje. Inwestorzy zapewne jeszcze długo będą pod wrażeniem sytuacji, gdy prezydent USA bliski był rozpętania konfliktu wewnątrz NATO i wywołania kolejnej wojny celnej. Nie wiadomo czy istnieje jeszcze zaufanie do Ameryki jako przewidywalnego mocarstwa.
Biały Dom kontra Fed
Konfrontacyjna retoryka Donalda Trumpa i odejście od klasycznej dyplomacji na rzecz polityki transakcyjnej podkopują wiarę w stabilność USA. Ryzyko polityczne zaczęło dominować nad fundamentami makroekonomicznymi, a rynek dochodzi do wniosku, że erozja systemu dolarowego jest coraz szybsza.
Historycznie dolar pełnił rolę "bezpiecznej przystani" w czasach kryzysów. Dziś jednak część ryzyka geopolitycznego dotyczy samych Stanów Zjednoczonych i ich pozycji w globalnym układzie sił. Inwestorzy wydają się być coraz bardziej pewni, że nieprzewidywalność polityki USA osłabia wiarygodność dolara jako światowej waluty rezerwowej.
Dolarowi w najbliższych miesiącach mogą zaszkodzić także napięcia na linii Biały Dom - Rezerwa Federalna. Prezydent Donald Trump podejmuje liczne próby wywierania nacisku na Fed, by ten często i mocno obniżał stopy procentowe. Niezależność banku centralnego od polityków była przez dekady jednym z fundamentów siły dolara. Rynki finansowe są w tej chwili przekonane, że w drugiej połowie 2026 roku, czyli po zmianie kierownictwa Fed, nastąpi poważne poluzowanie monetarne.
Złoty mocny nie tylko do dolara
Polska waluta w ostatnich dniach stycznia zyskiwała na wartości nie tylko do dolara. Dobrze wypada także w konfrontacji z euro. Kurs wspólnej waluty spada ostatnio w okolice 4,20 zł, co oznacza, że jest najniższy od kwietnia 2025 roku. Najnowszy powód wzrostu notowań złotego to doniesienia o kolejnej rundzie negocjacji pomiędzy wysłannikami Białego Domu, Rosji i Ukrainy. Polska dla globalnych inwestorów jest krajem przyfrontowym i każdy sygnał o możliwym pokoju czy rozejmie w wojnie rosyjsko-ukraińskiej natychmiast działa na korzyść złotego.
Dla uczestników rynków ważne są także najświeższe dane makroekonomiczne z polskiej gospodarki, wskazujące na dużą poprawę koniunktury. Grudniowy wzrost produkcji przemysłowej (7,3 proc. w skali rok do roku), produkcji budowlano-montażowej (4,5 proc.) i dynamiki wynagrodzeń (8,6 proc.) czynią bardzo prawdopodobnym scenariusz wstrzymywania się przez Radę Polityki Pieniężnej z kolejną obniżką stóp procentowych. Jednak nawet jeśli NBP znów wejdzie na ścieżkę luzowania monetarnego, to - jak podkreślają liczni analitycy - nie będzie osamotniony, bo podobne decyzje będą podejmowane w wielu innych krajach.
Jak trwoga, to do złota
Słaby dolar to niepowtarzalna okazja dla metali szlachetnych. W piątek, 23 stycznia, tuż przed zamknięciem notowań na rynkach surowcowych, uncja złota kosztowała rekordowe 4 990 dolarów i była o 80 proc. droższa niż rok temu. Powodów skoku ceny "królewskiego metalu" jest wiele.
Oczekiwane obniżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych bardzo zwiększają atrakcyjność kruszcu względem amerykańskich obligacji skarbowych. Gdy realne stopy procentowe maleją, alternatywny koszt trzymania złota spada, a to napędza popyt inwestycyjny. To właśnie ten mechanizm sprawia, że kapitał szerokim strumieniem płynie na rynek złota. W tym wypadku sygnałem alarmowym dla inwestorów nie jest nawet fakt, że metal raz z razem wspina się na historyczne szczyty cenowe, co może skończyć się bolesną korektą.
Widoczna coraz bardziej erozja systemu dolarowego przejawia się w stopniowym ograniczaniu udziału waluty Amerykanów w rezerwach wielu banków centralnych. Dolar jest w tym układzie zastępowany przez złoto. Duża grupa krajów konsekwentnie dywersyfikuje rezerwy, ograniczając ekspozycję na dolara amerykańskiego.
Dolar wciąż pozostaje walutą dominującą w handlu surowcami, ale jego pozycja nie jest już bezdyskusyjna. Z kolei złoto bijące kolejne rekordy pokazuje, że rynek zabezpiecza się przed scenariuszem utraty zaufania do pieniądza fiducjarnego (tradycyjnego). Zachodnie fundusze ETF zwiększyły w 2025 roku swoje zasoby złota o około 500 ton. To dużo więcej niż można by wytłumaczyć samymi obniżkami stóp procentowych w USA.
Inwestorzy kupują złoto nie dlatego, że liczą na szybki wzrost cen, ale dlatego, że obawiają się długoterminowej deprecjacji pieniądza. Rosnące deficyty budżetowe, ekspansywna polityka fiskalna, niepewność co do przyszłości głównych walut - to wszystko składa się na obraz, w którym złoto przestaje być alternatywą, a staje się koniecznością. Nie dziwi więc fakt, że Goldman Sachs podniósł docelową cenę złota na 2026 rok do 5 400 dolarów za uncję, wobec kwoty 4 900 dolarów, którą przewidywał poprzednio.
Srebro nie ma sobie równych
Styczniowa hossa na wyjątkowo wysokie poziomy wywindowała cenę srebra. Uncja przekroczyła pułap 103 dolarów. Tylko od początku tego roku - czyli przez niecały miesiąc - metal podrożał o 40 proc. Natomiast w skali ostatniego roku cena wzrosła ponad trzykrotnie. O takiej dynamice decyduje silny popyt detaliczny oraz chroniczne niedobory podaży. Srebro jest nie tylko metalem szlachetnym, ale także przemysłowym. Zapotrzebowanie na ten surowiec ze strony producentów jest dużo większe niż jego dostawy z kopalń rud metali.
Bank of America (BofA) przewiduje wzrost ceny uncji srebra do 170 dolarów w ciągu dwóch lat. Analitycy posługują się argumentem, że inwestorzy detaliczni masowo alokują kapitał w ten kruszec, a mennica US Mint w krótkim czasie niemal podwoiła ceny srebrnych monet. BofA przypomina, że w Chinach notowania uncji są kilka, a nawet kilkanaście dolarów wyższe niż w USA, właśnie z powodu wielkiego popytu ze strony nabywców indywidualnych.
Co ciekawe, eksperci Bank of America stoją na stanowisku, że fundamentalnie uzasadniona cena uncji srebra to w tej chwili tylko 60 dolarów. Uważają jednak, że deprecjacja walut fiducjarnych (w tym dolara), deficyty fiskalne i rosnąca frustracja inwestorów indywidualnych przesądzają o nadzwyczajnej popularności srebra i innych "twardych aktywów". Dodają, że ten popyt może być trwały i mieć charakter strategiczny.
Pytanie tylko, czy rynek metali szlachetnych nie jest już na etapie FOMO (fear of missing out), czyli strachu przed przegapieniem okazji. Jest to zjawisko znane z psychologii tłumu. Ludzie kupują aktywa, bo widzą, że robią to inni. Jednocześnie umacniają się w przekonaniu, że jeśli będą zwlekać, to zmarnują szansę na osiągnięcie wysokich stóp zwrotu. Trzeba pamiętać, że FOMO może prowadzić do podejmowania impulsywnych, nieprzemyślanych decyzji. Efektem takich działań mogą być znaczne straty poniesione w momencie, gdy na przykład pęka bańka spekulacyjna.
Jacek Brzeski














