W skrócie
- Mimo najnowszej deprecjacji złotego wobec funta, pozycja naszej waluty nie jest dramatycznie zła. W marcu 2004 roku funt szterling kosztował ponad 7,35 zł, a krótko przed Brexitem, czyli w 2015 roku, więcej niż 6 zł.
- Na szkodę złotego działa w tej chwili silny dolar wzmacniany przez Rezerwę Federalną manifestującą niechęć do obniżania stóp procentowych. W dodatku, Narodowy Bank Polski szykuje się do łagodzenia polityki monetarnej w drugiej połowie tego roku.
- Wiele renomowanych instytucji finansowych w lutym tego roku przewidywało, że Bank Anglii będzie seryjnie obniżał stopy procentowe w marcu, czerwcu i wrześniu. Już wiadomo, że te prognozy były nietrafne.
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Miesiąc temu funt szterling kosztował 4,91 zł, a dziś około 5,09 zł - najwięcej od kilkunastu miesięcy. Zmiana jest duża, a przyczynia się do tego fakt, że o relacji funta do złotego decyduje kurs krzyżowy. W głównym obrocie funt nie wymienia się bezpośrednio na naszą walutę, lecz robi to za pośrednictwem dolara USA.
Los złotego zależy od "kabla"
Złoty osłabł ostatnio wobec dolara, który z kolei traci dystans do funta. Skumulowany efekt tych dwóch trendów jest wyjątkowo niekorzystny dla złotego. Na naszym rynku dolar kosztuje około 3,79 zł, czyli najwięcej od 14 miesięcy. W dodatku, funt spycha do defensywy walutę Amerykanów. Za funta pół miesiąca temu płacono 1,315 dolara, a dziś ponad 1,34.
Każdy kto próbuje przewidywać kondycję złotego wobec waluty Brytyjczyków powinien więc w pierwszej kolejności śledzić zmiany notowań "kabla". Tak właśnie nazywana jest para funt-dolar (GBP/USD) - od transatlantyckiego kabla telegraficznego, którym w XIX wieku przesyłano notowania między Londynem a Nowym Jorkiem.
Na naszym rynku finansowym dla funta szterlinga wyjątkowo krytyczny był 18 grudnia zeszłego roku. Wtedy za walutę Brytyjczyków płacono tylko 4,79 zł i był to jeden z najniższych poziomów w skali kilku lat. W tym samym czasie dolar też nie był drogi - kosztował około 3,60 zł.
Potem wektory się odwróciły, jednak mimo najnowszej deprecjacji złotego wobec funta, pozycja naszej waluty nie jest dramatycznie zła. W marcu 2004 roku funt szterling kosztował ponad 7,35 zł, a przed Brexitem, czyli w 2015 roku, więcej niż 6 zł. Referendum w czerwcu 2016 roku i proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej mocno osłabiły funta, a jego powrót w okolice 5 zł jest tylko częściowym odrabianiem dotkliwych strat.
Z kolei na szkodę złotego działa w tej chwili silny dolar wzmacniany przez Rezerwę Federalną manifestującą niechęć do obniżania stóp procentowych. W dodatku, nasz Narodowy Bank Polski szykuje się do łagodzenia polityki monetarnej w drugiej połowie tego roku. Trzeba też pamiętać, że złoty ciągle jest walutą rynku wschodzącego, co oznacza, że w niepewnych czasach nie jest uznawany za "bezpieczną przystań".
Bank Anglii pomaga funtowi
Jak wiadomo, zaostrzona polityka monetarna sprzyja walucie. Bank Anglii (BoE) wsparł funta utrzymując w czerwcu podstawową stopę na poziomie 3,75 proc. Decyzja zapadła stosunkiem głosów 7 do 2, a dwoje członków rady opowiedziało się za podwyżką do 4 proc.
Co prawda inflacja konsumencka na Wyspach spadła do 2,8 proc., ale BoE nie wyklucza, że znowu wzrośnie, gdyż Wielka Brytania jest importerem netto energii. Nad Tamizą dominuje pogląd, że nie należy liczyć na trwałe odprężenie polityczne na Bliskim Wschodzie i w związku z tym drożejące paliwa mogą znów przełożyć się na wszystkie inne ceny. Przypomnijmy, że najnowsza eskalacja konfliktu USA-Iran i utrzymująca się blokada Cieśniny Ormuz spowodowały skok ceny baryłki ropy brent z 72 do 80 dolarów w ciągu zaledwie 24 godzin.
Decydenci z brytyjskiego banku centralnego ostrzegają, że ryzyko wystąpienia inflacyjnych efektów drugiej rundy w wynagrodzeniach i cenach rośnie, im dłużej utrzymują się wysokie koszty energii. Inwestorzy przewidują, że BoE prędzej podniesie stopy, niż je zredukuje, choć z drugiej strony, rynek pracy i dynamika gospodarcza wydają się słabnąć, co może ograniczyć presję inflacyjną. Na razie jednak nie ma mowy o zbliżaniu się przez Bank Anglii do dawno temu wyznaczonego celu inflacyjnego na poziomie 2 proc.
Analitycy byli w błędzie
Warto tu przypomnieć niektóre prognozy ekspertów z lutego 2026 roku. Dziś wiemy, że nie były trafne. Ekonomiści Goldman Sachs zakładali, że słabsze dane z brytyjskiego rynku pracy skłonią BoE do cięcia stóp procentowych w marcu, czerwcu i wrześniu w sumie z 3,75 proc. do 3 proc. W dwóch pierwszych terminach obniżki stóp nie było, a wrześniowa też jest bardzo mało prawdopodobna.
Przy okazji Goldman Sachs przewidywał, że w relacji do funta wyraźnie wzmocni się wspólna waluta europejska. Stawiał prognozę, że na początku przyszłego roku funt będzie kosztował tylko 1,09 euro. Jak na razie trend jest odwrotny - od lutego do dziś para funt-euro podrożała z 1,15 do ponad 1,17. Z kolei singapurski bank UOB (United Overseas Bank) zakładał, że przed końcem 2026 roku kurs funta spadnie do poziomu 1,27 dolara. To oczywiście nie jest wykluczone, ale ostatnio waluta Brytyjczyków nabrała wigoru i cena "kabla" bardzo wyraźnie przekracza pułap 1,30.
Dodajmy, że w lutym analitycy ING Think całkowicie nietrafnie przewidywali dwie obniżki brytyjskich stóp o 25 punktów bazowych w marcu i czerwcu. Bardziej ostrożni byli eksperci BNP Paribas, którzy uważali, że bank centralny podejmie decyzję o kolejnym cięciu stóp procentowych w marcu, a cykl luzowania polityki pieniężnej będzie kontynuował w 2027 roku.
Usprawiedliwieniem dla "przestrzelonych" zimowych prognoz renomowanych instytucji finansowych jest niewątpliwie nagła zmiana sytuacji geopolitycznej. Wybuch konfliktu na Bliskim Wschodzie gwałtownie odwrócił trendy na wielu rynkach na przełomie lutego i marca.
Jacek Brzeski














