Reklama

A jednak złoty zaczyna tracić

O 14:30 zaprezentowano odczyt dynamiki PKB Stanów Zjednoczonych za II kwartał - tj. rewizję wyniku wstępnego. Deflator PKB i PCE Core wpisały się w prognozy (+2,3 proc. k/k oraz +1,8 proc. k/k), ale wynik annualizowany przebił założenia. Miało być +1,3 proc., było +1,4 proc.

Druga wiadomość to wnioski o zasiłek - w minionym tygodniu było 254 tys., a spodziewano się 260 tys. Tak więc obraz był korzystny dla dolara - i rzeczywiście, krótko po 14:30 para zeszła na południe, nawet do 1,12. Z drugiej strony, zaraz potem nastąpiło odbicie i mamy obecnie 1,1230-35. Na razie to dzienne maksima. Ogólna sytuacja na wykresie pozostaje konsolidacyjna.

Reklama

Ropa WTI była w minimach po 46,6 dolara za baryłkę, obecnie mamy 47,2 dolara. Generalnie cena wzrosła po wczorajszej decyzji OPEC o ograniczeniu produkcji do 32,5 mln baryłek dziennie.

Z Fed napłynął głos Dennisa Lockharta - który rzekł m.in., że jeśli tylko nadchodzące dane makro potwierdzą jego ogląd sytuacji, to pytaniem nie będzie, czy - ale kiedy Fed powinien podwyższyć stopy. Co więcej, nie powinno się z tym ruchem czekać zbyt długo. Dobrze byłoby, gdyby wykonano go na którymś z nadchodzących spotkań.

Co ze złotym?

USD/PLN generalnie idzie w górę, dziś był już przy 3,8480, jakkolwiek po zwyżce eurodolara w ostatnich godzinach złoty odrobił część strat, ale tylko część. Mamy aktualnie 3,8370-80.

Na EUR/PLN widzieliśmy wyjścia nawet do 4,3130. W naszej opinii wstępnie potwierdza to długoterminową tendencję, podobnie zresztą na USD/PLN, tj. tendencję wszczętą jeszcze głęboko w roku 2015. Minima są stopniowo coraz wyżej. Z drugiej strony, trend ów ma swoje słabe strony, jak choćby to, że maksima już tak ochoczo nie przyrastają, a wręcz przeciwnie.

W kraju istotną informacją jest swoisty awans Mateusza Morawieckiego. Przejął on kompetencje ministra finansów, zastępując Pawła Szałamachę. Co to może oznaczać? Cóż, ogólna koncepcja Morawieckiego w jakiejś mierze nawiązywać ma chyba do historii "azjatyckich tygrysów", a więc do protekcjonizmu i interwencjonizmu w generalnie kapitalistycznych realiach - po to, by państwo wspierało wielkie przedsięwzięcia, mające przeciągnąć gospodarkę na wyższy poziom rozwoju. Plan jest ambitny, ale gdy dwóch robi to samo, to nie musi być to samo. Na razie mamy dużo słów, a skutki są mało widoczne. Co więcej, tego rodzaju polityka z natury rzeczy kusi do podejmowania inwestycji nieopłacalnych, ale propagandowo skutecznych, a to w dłuższej perspektywie źle się odbija na gospodarce. Nie trzeba zresztą wcale być jakimś ultrasem wolnego rynku, by zdobyć się na taką refleksję.

Tomasz Witczak

FMC Management

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »