Reklama

Biden przywitany euforią

Niemal 2 proc. zyskał wczoraj indeks spółek technologicznych, tych samych, które mają stać się przedmiotem zwiększonych regulacji ze strony administracji Bidena. Dzień inauguracji z pewnością nie był dniem zmartwień na Wall Street.

W środę wszystkie ważniejsze amerykańskie indeksy odnotowały nowe historyczne maksima. Rynek reagował tak, jakby pożegnał właśnie najbardziej anty-rynkowego prezydenta. Tymczasem za kadencji Trumpa mieliśmy jedną z najmocniejszych hoss i to pomimo tegorocznego załamania (choć złośliwi powiedzieliby może, że bardziej dzięki temu). Trump z giełd uczynił miernik swojego sukcesu, najpierw notowania wsparł ogromnym cięciem podatków dla korporacji, zaś następnie jego (powiązani z Wall Street) doradcy upewniali się, aby komunikacja zawsze była dla rynków przyjazna. Jedynym "problemem", były relacje z Chinami, jednak początkowo niebezpieczny konflikt handlowy został rozwodniony, a rynki non-stop mamione były nadziejami na "świetne porozumienie". Jak na tym tle wygląda Biden? To jest cały czas dobre pytanie. Szereg jego pierwszych decyzji niekoniecznie jest rynkom przyjaznych. Nominacje dla zwolenników zwiększenia regulacji i twardej polityki wobec Chin, zablokowanie rurociągu z Kanady, twardsze podejście w kwestii restrykcji związanych z pandemią. To wszystko nie robi na razie na inwestorach wrażenia. To co widzą przed oczyma to owe 2000 dolarów wypłat dla gospodarstw domowych, które mają w dużej mierze trafić na giełdę. Gwarantem przyjaźni z Wall Street ma być też Janet Yellen, która ma tworzyć zgrany duet z obecnym szefem Fed.

Reklama

O ile amerykańskie rynki rosną jak na drożdżach, rynek walut nie jest zdecydowany. Do tej pory dolar tracił wobec tego, że kapitał szukał bardziej atrakcyjnych przystani i tendencję tę obserwujemy jeszcze na wybranych rynkach wschodzących (głównie spoza Europy). Z drugiej strony, kolejny duży pakiet fiskalny (ok 9% PKB) mógłby pobudzić inflację i już wpłynęło to na wzrost rentowności długu w USA, co zaczęło dolara umacniać (indeks dolara minimum osiągnął 6 stycznia), ale na razie proces ten został powstrzymany. Oznacza to też, że złoty znalazł się w pewnego rodzaju potrzasku, co nie jest dla niego najlepszą wiadomością, bo skoro jest stabilny w okresie rynkowej euforii, to przy zmianie sentymentu narażony będzie na sporą przecenę.

Po spokojnym początku tygodnia czwartek przynosi bardzo intensywny kalendarz. W teorii głównym wydarzeniem jest posiedzenie EBC, ale po wydłużeniu swoich programów na koniec 2020 roku (do wczesnego 2022) Bank nie ma ani środków, ani motywów do dalszego działania. Dlatego konferencja EBC (14:30) będzie testem wytrwałości dla uszu analityków i inwestorów, wyszukujących prawdopodobnie głównie komentarzy na temat kursu waluty (w przeszłości Lagarde nieco niefortunnymi wypowiedziami napędzała umocnienie euro). Wcześniej decyzję ogłosi Bank Turcji (12:00), gdzie główna stopa wynosi - uwaga - 17 proc. (!), zaś o 14:30 czeka nas paczka danych z USA, m.in. nowi bezrobotni, rynek nieruchomości oraz indeks z Filadelfii. W Polsce o 10:00 dane z rynku pracy. O 8:50 euro kosztuje 4,5348 złotego, dolar 3,7377 złotego, frank 4,2055 złotego, zaś funt 5,1227 złotego.

dr Przemysław Kwiecień CFA, główny ekonomista XTB

Dowiedz się więcej na temat: waluty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »