Reklama

Cóż to był za tydzień!

Tydzień, licząc dosłownie, jeszcze się nie zakończył, ale mamy za sobą tydzień roboczy, przynajmniej liczony czasem polskim, bo trwa jeszcze sesja amerykańska. W każdym razie nie trzeba mówić, co było głównym punktem tych pięciu dni. Oczywiście chodzi o podwyżkę stóp w USA.

Rezerwa Federalna od 9 lat prowadziła ultra-luźną politykę monetarną, znaczoną obniżkami stóp i kolejnymi seriami programu QE, który w uproszczeniu można nazwać dodrukiem pieniądza. Wszystko to służyło temu, by ratować sektor bankowy i podbijać notowania na rynkach finansowych, jak też i ekspandować akcję kredytową. W głównonurtowej ekonomii takie działania są naturalne w dobie kryzysów. Można im jednak zarzucić - i niektórzy to czynią, ale ich głosy są słabo słyszalne, zwłaszcza jeśli są zdecydowane - generowanie sporego zagrożenia dla gospodarki poprzez zachęcanie przedsiębiorców do podejmowania inwestycji, na które nie ma rynkowego zapotrzebowania. Skutkiem jest boom, bańka i następnie kolejny ostry kaszel, gdy rynek musi likwidować skutki zbędnych działań. Naturalnie niskie stopy są też problemem dla oszczędzających, ale wiadomo, że w ekonomii post-keynesowskiej nie przepada się za nimi.

Reklama

Ostatecznie jednak Fed musiał dokonać ruchu w górę, szczególnie że de facto był on od dawna zapowiadany. Co więcej, dane z rynku pracy i dane o inflacji skłaniały do tego, nawet jeśli Fed posługuje się wskaźnikami liczonymi w sposób dlań wygodny. Pijemy tu do faktu, że np. w bezrobociu nie uwzględnia się sporej grupy ludzi (choćby tych, którzy nie szukają już pracy), a inflacja liczona według starszej metodologii byłaby dużo wyższa niż jest (co prawda Fed akurat życzył sobie wysokiej inflacji, ale w pewnych granicach bezpieczeństwa). W zagadnienia shadow statistics nie mamy jednak zamiaru tu wchodzić. Dla rynków ważne jest to, jak działania Fed przekładają się na wykresy.

Otóż we wcześniejszym tygodniu Mario Draghi gwałtownie wywindował kurs EUR/USD z okolic 1,05 - 1,06 do 1,08 - 1,10. W tym tygodniu do końca nie było pewne jak wykres zachowa się po środowym wieczorze. Gracze starali się dyskontować możliwie najwięcej. I tak np. we wtorek wykres z jednej strony notował wyjścia grubo ponad 1,10, z drugiej zaś finiszował przy 1,0930. W środę po decyzji Fed i gołębim komunikacie gracze ponownie ruszyli na 1,10, ale ostatecznie ceny zbito w rejon 1,0850. W czwartek i dziś testowano już 1,08. Na razie bez powodzenia, co teoretycznie daje pewną szansę powrotu na północ, ale jest prawdopodobne, że gracze spróbują ataku jeszcze raz.

Euro, ostatecznie rzecz biorąc, jest teraz dodrukowywane w ramach QE (nawet jeśli skali operacji nie powiększono). Na dolarze polityka powinna się powoli zaostrzać - a jednocześnie przekonanie o tym nie jest tak całkowicie pewne, zatem nie następuje całkowite negowanie procesu umacniania dolara. Niewykluczone, że trwa i będzie trwać handel w stylu carry-trade, czyli pożyczanie np. nisko oprocentowanego euro, by zainwestować w dolary i ogólnie aktywa ryzykowniejsze.

Tak naprawdę jednak nie jest jeszcze pewne, jaki kierunek obierze rynek. Jeśli dziś czy u progu następnego tygodnia nie przebijemy 1,08 - to najbliższe dni mogą upłynąć w konsolidacji 1,08 - 1,10. A co później? Chyba jednak mocniejszy dolar, choć będzie to zależało od bieżących danych makro z USA.

Złoty jest w coraz lepszej formie, nabiera siły. Dzieje się tak na obu parach. Pomimo że na EUR/USD zdarzają się chwile mocniejszego dolara - i ogólnie obecne kursy rzędu 1,0850 to jednak poziomy dużo niższe niż 1,10, którą to linię też testowano w tym tygodniu - to jednak także na USD/PLN nie jest źle. Pod koniec dzisiejszej sesji notujemy 3,9250 - 3,93. Wykres sprawia wrażenie konsolidacji, ale jednak idącej powoli na południe. Wypustką uprawniającą do takiego kierunku jest 3,9050 z 16 grudnia.

Na EUR/PLN mamy 4,26 i nawet niższe poziomy. Przebito 4,28 po dwukrotnym testowaniu - a to już mocny ruch. Naturalnie przyszły tydzień może się zacząć jakąś korektą, ale akurat okolica 4,28 - 4,30 może teraz stać się dość wyraźnym oporem. Rynki idą w ryzykowniejsze aktywa, w Polsce uspokaja się sytuacja w kwestii budżetu czy podatku bankowego, spada rentowność polskich obligacji 10-letnich. Ten stan rzeczy nie musi jednak trwać wiecznie czy bardzo długo. Miejmy na uwadze, że np. wyższe stopy w USA, gdy ścieżka zacznie się rozwijać, mogą znów wysysać kapitał z rynków wschodzących. Obecna aprecjacja to raczej przejaw ulgi rynku oraz przekonania, że przed nami jeszcze parę miesięcy bez kolejnej podwyżki.

Tomasz Witczak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »