Reklama

Ewentualny kompromis w USA będzie miał krótkotrwały wpływ na rynki finansowe

Ci, którzy uważają, iż ewentualny kompromis pomiędzy Demokratami, a Republikanami, wystarczy do tego, aby na dłużej uspokoić nastroje mogą być w błędzie. Bo jest mało prawdopodobne, aby udało się zapisać cięcia w budżecie USA na kwotę 4 mld USD w ciągu najbliższych 10 lat. A dopiero taka kwota może zadowolić agencje ratingowe...

W piątek na chwilę pisania tego tekstu (godz. 17:20) nadal nie było porozumienia pomiędzy Republikanami, a Demokratami ws. podniesienia limitu zadłużenia USA i związanych z tym planów oszczędności budżetowych na kolejne lata. W nocy z czwartek na piątek okazało się, że sami Republikanie mają problem z wypracowaniem wspólnego zdania - kompromisowa propozycja Johnego Boehnera zakładająca podniesie limitu o 900 mld USD (w praktyce na nieco ponad pół roku) i podobne cięcia wydatków została mocno skrytykowana przez gospodarczych liberałów z frakcji Tea Party, którzy chcieliby znacznie wyraźniejszych oszczędności.

Reklama

Niektórzy republikańscy kongresmeni obawiali się, że plan Boehnera nie doprowadzi do żadnego kompromisu z Demokratami, którzy od razu zapowiedzieli jego odrzucenie w Senacie (tam mają większość, w przeciwieństwie do Izby Reprezentantów). Co ciekawe propozycja Demokraty Harry'ego Reida jest dość zbliżona do tego co oferuje Boehner (Demokraci zrezygnowali z podwyżek podatków), ale zakłada, iż limit zadłużenia zostanie podniesiony na tyle, aby zapewnić finansowanie do końca 2012 r., a więc poza termin wyborów prezydenckich - Demokraci chcą uniknąć kłopotliwej debaty w czasie kampanii.

Niemniej w obecnym sporze to właśnie oni, a nie Republikanie, mają poparcie amerykańskiego społeczeństwa. I to właśnie ten fakt, może skłonić Republikanów do szukania porozumienia. Zwłaszcza, że to właśnie oni mogliby zostać obarczeni za ewentualny kryzys gospodarczy, podczas kiedy fakty są takie, że gospodarka zaczyna znów spowalniać i to za rządów Baracka Obamy.

Niemniej trzeba sobie jasno powiedzieć, że każde kompromisowe rozwiązanie, zakładające niewielkie cięcia w budżecie na najbliższe 10 lat, nie zostanie zbyt dobrze przyjęte przez agencje ratingowe, które oczekują kwot rzędu 3,5-4,0 mld USD. Z drugiej jednak strony sprawa nie jest taka łatwa, jeżeli spojrzy się na ostatnie, coraz bardziej rozczarowujące dane makroekonomiczne - rewizja PKB za I kwartał w dół do +0,4 proc. i zaledwie 1,3 proc. wzrost w II kwartale.

Gospodarka USA zaczyna wchodzić w stagnacje i chyba nie ma za bardzo pomysłów, jak temu zaradzić. Kolejny program QE w wykonaniu FED nie będzie miał raczej racji bytu, zwłaszcza w sytuacji, kiedy agencje ratingowe spełniłyby swoje groźby i rzeczywiście obniżyły rating USA. Wtedy inwestorzy będą żądać większych premii za ryzyko i długoterminowe stopy procentowe pójdą raczej w górę.

Tak czy inaczej w średnim okresie to nadal strefa euro będzie mieć większe problemy, niż USA. Mimo determinacji francuskiego ministra finansów, nie będzie łatwo o polityczną zgodę na wdrożenie wszystkich pomysłów, które zostały zaprezentowane podczas ostatniego szczytu ws. Grecji. W efekcie inwestorzy nadal będą się obawiali, czy kryzys nie rozleje się na pozostałe kraje PIIGS.

W minionym tygodniu Włosi zostali zmuszeni do niekorzystnej sprzedaży własnych obligacji (rentowności 10-letnich papierów były najwyższe od 11 lat), a w piątek hiszpański premier zapowiedział wcześniejsze wybory parlamentarne na listopad (wcześniej agencja Moody's przestrzegła przed obniżką ratingu dla tego kraju).

Raport jest fragmentem tygodniowego opracowania DM BOŚ dla rynków zagranicznych.

Marek Rogalski , analityk DM BOŚ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »