Reklama

Kursy walut: Wybory ryzykiem dla rynków?

​Do niedawna na rynkach panowało przekonanie, że listopadowe wybory w USA są niemal gwarancją hossy. Zakładano, że Donaldowi Trupowi będzie bardzo zależeć na utrzymaniu koniunktury, co zwiększyłoby jego szanse na reelekcję. Może się jednak okazać, że będzie całkiem inaczej.

Wczoraj notowania SP500 zamknęły się najniżej od końca lipca. Nadal oczywiście są to dość wysokie poziomy w kontekście dołków z marca, ale mamy już największą korektę całej hossy. Dodatkowo obserwujemy wyraźne umocnienie dolara amerykańskiego. Na ten ostatni czynnik wskazywałem w poprzednich komentarzach, zwracając uwagę na ekstremalne wartości pozycjonowania kapitału spekulacyjnego. Do tego dochodzą pogarszające się statystyki pandemii i ryzyko nowych restrykcji, a także tracące nieco impet dane makroekonomiczne. Wątek wyborczy jednak nie był jak dotychczas mocno rozgrywany przez rynki. Panowało założenie, że Trump zrobi wszystko, aby atmosfera do tego czasu była dobra i potwierdziło się to po części w braku konkretnych działań wymierzonych w Chiny. Jednak inwestorów może martwić co innego - chaos, który może zapanować po 3 listopada. Donald Trump wczoraj ponownie zasygnalizował, że może nie oddać władzy, ponieważ jego zdaniem głosowanie listowne oznacza ryzyko nadużyć. Głosowanie listowne nie jest w USA niczym nowym, ale w tym roku ze względu na pandemię Demokraci namawiają wyborców do tej formy, a to może mieć wpływ na wynik. Sondaże dają przewagę Joe Bidenowi, ale nie jest ona wielka i jeśli Trump przegrałby nieznacznie, mógłby kontestować wynik, a sprawa skończyłaby się w Sądzie Najwyższym. Dla rynków to chyba najgorszy scenariusz.

Reklama

Wobec takiego obrotu spraw sytuacja rynkowa robi się napięta. Warto zwrócić uwagę, że tracą nie tylko akcje, ale także złoto oraz (szczególnie) srebro. Wynika to z faktu, iż wcześniej większość kapitału spekulacyjnego grała w ten sam sposób - krótkie pozycje w dolarze, długie w akcjach (szczególnie spółek technologicznych) oraz metalach szlachetnych. Na ten moment wygląda to jak techniczna korekta wywołana redukcją tego skrajnego pozycjonowania. Nie wydaje się, aby mogło dojść do powtórki sytuacji z marca, kiedy były problemy z dostępnością finansowania w USD. Nie musi być to jednak koniec problemów - jesień dopiero się zaczyna, a wraz z nią ryzyko pogorszenia sytuacji pandemicznej i wytracenie tempa ożywienia przez gospodarki.

Złoty nie znosi tej sytuacji dobrze. O 9:50 euro kosztuje 4,5209 złotego, dolar 3,8741 złotego, frank 4,1936 złotego, zaś funt 4,9322 złotego.

dr Przemysław Kwiecień CFA, główny ekonomista XTB

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »