Reklama

Od nudnego poniedziałku do nerwowego piątku

Poniedziałek nie był zbyt interesującym dniem, jeśli chodzi o sytuację na wykresie eurodolara. Wczesnym rankiem notowano jeszcze kurs w okolicach 1,25, później euro nieco podrożało, ale przez większą część dnia kurs oscylował pomiędzy 1,2510 a 1,2530. W Anglii trwało święto bankowe, zaś kalendarium makroekonomiczne zawierało jedynie odczyt indeksu niemieckiego instytutu Ifo. Wynik 102,3 pkt był gorszy od poprzedniego (103,3 pkt), ale nie zrobiło to większego wrażenia na rynku. W polityce również było cicho. Ostatecznie po południu rozpoczęła się jednak sprzedaż euro, która późną nocą doprowadziła notowania nawet do poziomu 1,2464.

Poniedziałek nie był zbyt interesującym dniem, jeśli chodzi o sytuację na wykresie eurodolara. Wczesnym rankiem notowano jeszcze kurs w okolicach 1,25, później euro nieco podrożało, ale przez większą część dnia kurs oscylował pomiędzy 1,2510 a 1,2530. W Anglii trwało święto bankowe, zaś kalendarium makroekonomiczne zawierało jedynie odczyt indeksu niemieckiego instytutu Ifo. Wynik 102,3 pkt był gorszy od poprzedniego (103,3 pkt), ale nie zrobiło to większego wrażenia na rynku. W polityce również było cicho. Ostatecznie po południu rozpoczęła się jednak sprzedaż euro, która późną nocą doprowadziła notowania nawet do poziomu 1,2464.

We wtorek okazało się, że dynamika PKB Hiszpanii za ostatni kwartał jest gorsza od prognoz (-1,3 proc. r/r zamiast -1 proc. r/r), indeks cen domów w USA zaskoczył pozytywnie, a indeks zaufania konsumentów Conference Board - negatywnie (spadek z poziomu 65,4 pkt do 60,6 pkt). Kurs wzrósł do poziomu 1,2560. Być może nie miało to szczególnego potwierdzenia w fundamentach, ale spodziewaliśmy się, że okres oczekiwania na piątkowe seminarium w Jackson Hole będzie wykorzystywany do rozmaitych spekulacji bez wyraźnego kierunku.

Wtorkowy wieczór i noc z wtorku na środę upłynęły spokojnie pomiędzy poziomami 1,2560 a 1,2575. Kolejny dzień (tj. środa) był dniem spotkania Merkel-Monti oraz publikacji danych nt. dynamiki PKB Stanów Zjednoczonych. Odczyt ten potwierdził prognozę (1,7 proc. r/r), co nie zmienia faktu, że jest dość słaby (choć na tle mizernej kondycji większości krajów Strefy Euro to i tak wysoka wartość). O 20:00 w USA opublikowano Beżową Księgę, której wymowa nie była jednoznaczna. Owszem, sprzedaż detaliczna w Stanach rośnie, ceny nieruchomości rosną - ale np. produkcja spada, zaś wzrost gospodarczy jest dość powolny. Ekonomiści na całym świecie wysuwali rozmaite hipotezy (od "Ben ogłosi w piątek QE3" poprzez "ogłosi, ale nie w piątek" aż po "nie będzie QE3"), a tymczasem kurs EUR/USD wahał się pomiędzy 1,2530 a 1,2570. Po południu podaż zwyciężyła, kilkanaście godzin wieczornych, nocnych i porannych okazało się czasem niewielkiej zmienności nieco poniżej 1,2530, ale w czwartek rano nastroje się odmieniły. Eurodolar rozpoczął dzień w okolicach 1,2550, aż do godziny 15:00 odchylenia zasadniczo nie przekraczały 10 pipsów. Po godzinie 15:00 zeszliśmy do 1,25.

Reklama

W piątek rano wykres z początku snuł się nieco poniżej wspomnianego wsparcia na 1,25, dane dotyczące sprzedaży detalicznej w Niemczech rozczarowały, dane ze Strefy Euro nie były porywające, a jednak po 11:00 nastąpił gwałtowny skok do góry, który wyprowadził notowania aż do poziomu 1,26 (w szczycie nawet 1,2625). Jedna z hipotez mówi, że to skutek wypowiedzi Benoit Coeure z EBC, który podczas jednego ze spotkań biznesowych potwierdził, że EBC pracuje nad kolejnym programem skupu obligacji (krótkoterminowych), do czego mają być zaangażowane także fundusze ratunkowe. No cóż, to akurat nic nowego.

Ben Bernanke przemawia tymczasem w Jackson Hole, a na wykresach zaczyna się małe szaleństwo, co nie jest zaskakujące. Wykres eurodolara osunął się do 1,2564, potem podskoczył do 1,26. Bernanke w ogólności jednak rozczarowuje, a ci, którzy podłączyli się do dzisiejszej wspinaczki, muszą spieszyć się ze sprzedażą. Należy jednak powtórzyć, że fakt, iż dziś QE3 nie zostanie ogłoszone, nie przesądza jeszcze sprawy. Rankiem cytowaliśmy amerykańskiego inwestora Douga Caseya, który nie ma złudzeń co do tego, że to sam Fed jest źródłem kłopotów. Oddajmy raz jeszcze głos temu sceptykowi: "W ciągu ostatnich paru lat, poprzez dodrukowanie bilionów jednostek waluty, rządy - dotychczas z powodzeniem - zatuszowały sprawę. Zamiast umożliwić rynkom likwidację, drukowanie pieniędzy sprawiło, że ludzie nadal mogą pozwolić sobie na życie ponad stan. Jest tylko kwestią czasu, kiedy sprawy zaczną naprawdę się sypać, ale nie da się określić dokładnie, kiedy to nastąpi". Być może to ostatnie zdanie jest kluczowe: rynek walutowy w tych czasach jest polem silnych spekulacji, wrażliwym na wszelkiego rodzaju plotki. Zauważmy, że polityka unijnych decydentów również sprowadza się do koncepcji finansowania bankrutów sztucznie wykreowanym pieniądzem. Cóż, nawet jeśli na dłuższą metę nie ma to przyszłości, to i tak każda perspektywa "stymulowania gospodarki" w krótkim terminie rozbudza ambicje graczy. Skutkiem tego są takie nagłe wzrosty, jak ten dzisiejszy. Oraz tak samo nagłe spadki.

Mijający tydzień okazał się przełomowy dla par złotowych. Od dłuższego czasu na EUR/PLN nie działo się prawie nic, trwała konsolidacja pomiędzy 4,05 a 4,10 - okresami nawet znacznie węższa. W piątek 24 sierpnia euro podrożało do 4,1132, ale okazało się to jedynie preludium do tego, co nastąpiło w środę 29 sierpnia. Po weekendzie znajdowaliśmy się zresztą dużo niżej (4,0735 to poniedziałkowe minimum). Owszem, wykres zaczął znów wspinaczkę, ale tylko nieznacznie przekroczyła ona (we wtorek) poziom 4,1150. W środę natomiast złoty znacznie się osłabił. Stało się to na fali kiepskich danych na temat polskiego PKB i wypowiedzi Marka Belki (który przyznał, choć oczywiście używając przy tym oględnych sformułowań bankierów centralnych, że będzie trzeba myśleć o obniżce stóp procentowych). Analogiczną sytuację mogliśmy oglądać na USD/PLN - z 3,2750 jeszcze w środę doszliśmy prawie do 3,3350, natomiast w czwartek po południu do 3,3650. Piątkowy skok na eurodolarze sprowadził kurs nawet do 3,31. Podobnie działo się na EUR/PLN - w piątek zeszliśmy z okolic 4,20 niemal do 4,17. O 16:00 jednak w dalekiej Ameryce zaczął przemawiać Ben Bernanke - i wszystko wróciło do "normy", innymi słowy do tendencji wzrostowej na parach złotowych. Wraz ze spadkiem na eurodolarze, złoty potaniał wobec każdej z tych walut. Kwadrans po 16:00 za jedno euro płaci się już ponad 4,19 zł, za jednego dolara 3,3360. Cały czas trwają jednak nagłe wahania, ale czynniki działające na rzecz osłabienia naszej waluty w dłuższej perspektywie zapewne okażą się ważniejsze od chwilowych skoków na głównej parze.

Adam Witczak

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »