Reklama

Podwyżka i co dalej?

Po miesiącach argumentacji o bezzasadności podwyżki stóp procentowych i wobec rynków, które wietrzyły ewentualny ruch najwcześniej w listopadzie, wczoraj RPP zdecydowała się podnieść stopy procentowe i to od razu o 40 punktów bazowych. Co dalej? Być może tego dowiemy się dziś o 15:00.

Rada wykonała ruch potrzebny, nawet jeśli był fatalnie skomunikowany z rynkami. A ta komunikacja - patrząc po ostatnich reakcjach, będzie kluczowa, aby proces zacieśnienia mógł przebiegać względnie łagodnie. Na pierwszy rzut oka pomimo wywołanego zdziwienia, wszystko jest jak należy. Reakcja rynków jest bardzo pozytywna - złoty wyraźnie zyskał, giełda zareagowała wzrostami, ekonomiści kiwnęli głowami w geście akceptacji. Jednak rodzi się pytanie - co dalej? To oczywiste, że choć ruch jest wcześniejszy i większy niż spodziewał się rynek (zdesperowany profesor Hardt namawiał kolegów na sygnalną podwyżkę o zaledwie 15 punktów bazowych), to stopy na poziomie 0,5% są i tak niewspółmierne do inflacji na poziomie 5,8%, czy nawet oczekiwanej na rok przyszły inflacji na poziomie średniorocznie przynajmniej 4%. Rynek to wie i ostrzy zęby na więcej - od danych o inflacji rentowność obligacji 2-letnich wzrosła o 60 punktów bazowych, czyli rynek zdyskontował już więcej niż zrobiła RPP. Co więcej, szybko rośnie rentowność obligacji 10-letnich (już blisko 2,4%), co zwykle nie jest dobrym symptomem (obawy o to, czy uda się relatywnie szybko poskromić inflację). Rada będzie musiała wybrać - wpisać się w te oczekiwania, co umocni złotego, ale jednocześnie będzie oznaczało ryzyko schłodzenia gospodarki w kontekście prawdopodobnego stopniowego globalnego spowolnienia, czy też uznać, że to wystarczy i ryzykować powrót do punktu wyjścia. Czy dowiemy się tego na dzisiejszej konferencji prezesa Glapińskiego? Inwestorzy na rynku walut mają nadzieję, że tak - start przewidziany jest na godzinę 15:00.
Na rynkach globalnych mamy zdecydowaną poprawę nastrojów wywołaną wczorajszym zwrotem cen gazu, szczególnie w Europie. W pewnym momencie ceny kontraktów w Wielkiej Brytanii rosły nawet o 40% (!), ale ostatecznie całe te wzrosty zostały wymazane, szczególnie po deklaracji prezydenta Rosji, iż jego kraj zapewni niezbędne dostawy. Na razie nie wiadomo do końca, co to oznacza i nie kończy to kryzysu energetycznego w wymiarze globalnym, ale inwestorzy ewidentnie wzięli to za dobrą monetę. Atomowe wzrosty na kontraktach na amerykańskie indeksy pokazują też, jak dużo nadal jest pieniądza na rynku (skala reverse repo w USA nadal jest bliska rekordom), co sprzyja chęci "kupowania dołków".
Czwartkowy kalendarz jednak zaczął się źle - mocne spadki produkcji w Niemczech i Czechach (sierpniowe dane) są przypomnieniem problemów strony podażowej nawet sprzed kryzysu energetycznego. Dziś z ważniejszych wydarzeń czeka nas jeszcze protokół EBC (13:30), dane o nowych bezrobotnych (14:30) i wystąpienie szefa nowojorskiego Fed (14:40). O 9:20 euro kosztuje 4,5463 złotego, dolar 3,9299 złotego, frank 4,2418 złotego, zaś funt 5,3441 złotego.   

Reklama

Przemysław Kwiecień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »