Reklama

Presja na Grecję

Wczoraj pojawiły się informacje, jakoby greckie władze zaleciły podległym instytucjom budżetowym lokowanie nadwyżek finansowych w banku centralnym - można to odebrać jako przygotowywanie środków pod spłatę sporych zobowiązań dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego w maju. Tymczasem dzisiaj agencja Bloomberg poinformowała, jakoby decydenci w Europejskim Banku Centralnym byli coraz mniej chętni finansować greckie banki specjalną linią płynnościową (ELA) w obliczu braku postępów w kwestii planu reform i rozważali jej poważne ograniczenie. Nie ma co ukrywać - byłby to mocny cios w Grecję, który miałby wymusić na Syrizie zgodę na porozumienie ws. reform już podczas piątkowego spotkania Eurogrupy.

Przede wszystkim to europejska polityka względem Grecji zaczyna być mniej spójna. Z jednej strony próbuje się wywierać różne naciski, z drugiej daje się do zrozumienia, że bankructwo nie będzie równoznaczne z wyjściem ze strefy euro - szef ECB powiedział w miniony weekend, że gra na rozpad strefy euro nie ma sensu i jest to proces nieodwracalny. W to wszystko miesza się też geopolityka, o której pisałem od lutego - do świadomości europejskich polityków (a także amerykańskich) zaczyna dochodzić fakt, że Grecja poza nawiasem europejskich instytucji szybko wejdzie w orbitę wpływów Rosji - ostatnie rozmowy nt. przeciągnięcia tureckiej nitki rosyjskiego gazociągu na teren Grecji, są tego początkiem. Powiedzmy sobie prawdę, Europa nie ma pomysłu co zrobić z Grekami, którzy uparcie tkwią przy swoim i liczą, że to druga strona "zmięknie" - zgodzi się na przeprowadzenie "uporządkowanego" bankructwa i gigantyczną redukcję długów. To jednak będzie zwycięstwem Syrizy i wodą na młyn dla eurosceptyków. Europejscy decydenci szukają, zatem sposobu, aby Grekom nie było zbyt łatwo i by mogli jakoś wyjść z twarzą z trudnej sytuacji.

Reklama

Problemy z Grecją przekładają się na umocnienie dolara na głównych układach - wzrost ryzyka zwyczajowo wspierał USD. Do tego dochodzi fakt, że inwestorzy wstrzymują się ze sprzedażą dolarów do czasu ważnych publikacji makro za kwiecień, co będzie mieć miejsce na początku maja. Wczoraj William Dudley z FED dał do zrozumienia, że obserwowane w gospodarce spowolnienie może być przejściowe. Tym samym dopiero rozczarowanie kwietniowymi odczytami pozwoli rozwinąć szerszą korektę na dolarze i tym samym wyraźniej "dostosować" się do scenariusza, który będzie zakładał tylko jedną podwyżkę stóp przez FED w tym roku i to raczej późną jesienią (czyli nie we wrześniu).

Na poniższym wykresie stóp zwrotu par z USD za ostatnie trzy dni widać, że amerykańska waluta najbardziej zyskuje w relacjach z koroną norweską i szwedzką, ale i też dolarem australijskim, oraz euro. Z kolei najsilniejszy w relacji z USD jest dolar nowozelandzki, który minimalnie zyskał.

W przypadku EUR/USD wsparciem nie stały się dane z Niemiec - indeks nastrojów analityków ZEW w kwietniu nieznacznie spadł do 53,3 pkt. z 54,8 pkt., chociaż ekonomiści instytutu zaznaczyli, że w opinii ankietowanych wpływ kryzysu w Grecji będzie ograniczony. Ważniejsze od ZEW dane poznamy w czwartek - wstępne PMI dla przemysłu za kwiecień - oraz w piątek - indeks nastrojów w biznesie Ifo.

Na wykresie tej pary widać, że doszło do złamania wsparcia na 1,0712, które wyznaczało minimum z 31 marca. Teraz ważny poziom to okolice 1,0635. Jeżeli "nie wytrzymają" to będzie to sygnał, że celujemy na marcowe minima 1,0461, a być może zrealizujemy zasięg z formacji RGR, czyli przetestujemy okolice 1,0420.

Marek Rogalski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »