Reklama

Problem jest wtedy, kiedy się zaczyna o nim mówić

Największa od dwóch miesięcy wyprzedaż na Wall Street najbardziej przebija się w mediach, ale to gwałtowny wzrost rentowności obligacji skarbowych odegrał główną rolę w piątkowej zawierusze. Wciąż brak jednoznacznego winnego, ale konkluzją jest koniec wakacyjnego spokoju i martwej zmienności. Awersja do ryzyka przypomina o sobie, co m.in. nie pozwoli złotemu nacieszyć się neutralną decyzją Moody's o ratingu Polski.

Indeks S&P500 stracił w piątek 2,45 proc., najwięcej od czasu szoku po wynikach referendum ws. Brexitu. Ale co łatwiej przekuć w chwytliwy artykuł prasowy, odciąga uwagę od źródła paniki, czyli wyprzedaży na globalnym rynku obligacji. Rentowności 10-letnich obligacji Niemiec w dwa dni skoczyły o 14 pb. i pierwszy raz od czerwca znalazły się powyżej zera (0,03 proc.). W USA oprocentowanie 10-latek wzrosło o 13 pb. do 1,67 proc., najwyżej od 2,5 miesiąca.

Reklama

Wśród powodów tak dramatycznej reakcji rynku wymienia się brak wydłużenia QE przez EBC, potencjalną szarżę członków FOMC do przygotowania rynku na wrześniową podwyżkę stóp procentowych, albo też przestrogę jednego z guru obligacji, że rynki są na krawędzi chaosu. Szczególnie ten ostatni argument, który stał się popularny pod koniec piątkowych notowań, skłania do wniosków, że rynki dotarły do punktu przegięcia, w którym potrzeba niewiele, by zaburzyć równowagę.

Wakacyjny marazm uśpił czujność inwestorów. Debaty wokół decyzji banków centralnych ostatnio głównie odbywają się pod kątem, czy luzowanie monetarne jest w stanie cokolwiek jeszcze zmienić. Nie jest to nowy temat, ale zwykle takie coś zaczyna więcej znaczyć, dopiero kiedy zacznie się o tym mówić. Czy EBC dał pierwszy sygnał, że w to wątpi?

Czy Bank Japonii za tydzień potwierdzi swoją niemoc? Czy coraz bardziej paląca jest potrzeba ekspansji fiskalnej dla wsparcia globalnego ożywienia? Wspólną konkluzją dla wszystkich pytań jest wzrost rentowności obligacji. Dla rynku akcji sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż co do zasady wzrost rentowności jest negatywny, ale jeśli wynika z oczekiwań ekspansji fiskalnej, to finalnie będziemy mieli do czynienia ze wsparciem wzrostu gospodarki i indeksów. Jednak na teraz więcej jest domysłów niż faktów do podarcia hipotez, co będzie generować ucieczkę z rynku.

Na FX USD był zwycięzcą w piątek, ale dziś sentyment jest mieszany. Pod presją są dalej waluty surowcowe. USD/JPY przed weekendem szedł na północ (przy wsparciu prasowych spekulacji o potencjalnych ruchach BoJ na posiedzeniu 20-21 września), ale dziś presja ze spadającego Nikkei umacnia jena. W przypadku EUR/USD także panuje ryzyko, że gromadzący w ostatnim czasie krótkie pozycje rynek uzna, że na pewien czas lepiej zrealizować zyski i złamanie 1,12 może nie być takie proste. Dodatkowym ryzykiem są dzisiejsze wystąpienia przedstawicieli FOMC, ostatnie przed okresem zakazu wystąpień (tzw. "blackout") przed posiedzeniem FOMC 20-21 września.

W poniedziałek usłyszymy komentarze od Lockharta, Kashkariego i Brainard z największą uwagą na tej ostatniej. Lael Brainard jest członkiem zarządu Fed z permanentnym prawem głosu i gołębim nastawieniem. Jej zapowiedziane dopiero w czwartek wystąpienie zrodziło spekulacje o potencjalnym jastrzębim zwrocie, ale osobiście trudno mi w to uwierzyć. Brainard słynie z gołębiego nastawienia i jeżeli już, to prędzej wykorzysta ona swoje wystąpienie do zakomunikowania racji gołębiego skrzydła. Przyda się to w obliczu, kiedy rynek jest pod naporem jastrzębich wzmianek innych członków FOMC (nawet Yellen). Dla USD oznacza to wyższe ryzyko osłabienia.

Późnym wieczorem w piątek agencja Moody's podała, że rating Polski nie został zaktualizowany. Dalej wynosi A2 z negatywną perspektywą. Brak aktualizacji oznacza równocześnie brak uzasadnienia dla podtrzymania ratingu, co jest dobrą informacją, gdyż agencja najwyraźniej nie widziała podstaw do głębszej analizy przypadku. Start handlu w Europie może potencjalnie przynieść mini-rajd ulgi złotego, choć globalna wyprzedaż aktywów ryzykownych, jaka trwa od piątku, będzie istotną przeszkodą. Po wstępnym osuwaniu się EUR/PLN w stronę 4,33 nie ma już śladu, a awersja do ryzyka z rynku zewnętrznego będzie miała większe znaczenie.

Konrad Białas

Dowiedz się więcej na temat: waluty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »