Reklama

Rynek znieczulony na inflację

Przed dwoma miesiącami publikacja danych o kwietniowej inflacji w USA spowodowała sporą nerwowość na rynku. Miesiąc temu inflacja wzrosła do 5 proc., ale dane te zostały już zignorowane. Dzisiejszy odczyt może być już tylko formalnością.

Inflacja była tematem przewodnim drugiego kwartału, szczególnie w USA. Ogromna stymulacja fiskalna, otwarcie gospodarki, wzrost cen surowców - to wszystko napędza wzrost cen. W maju wyniósł on już 5 proc. w skali roku, zaś inflacja bazowa (3,8 proc.) była najwyższa od niemal 30 lat. Oczywiście wzrost ten jest częściowo przejściowy (rok temu ceny paliw były bardzo niskie), ale ponieważ jest dużo wyższy niż zakładano (jeszcze kilka miesięcy temu konsensus Bloomberga zakładał czerwcową inflację nieznacznie powyżej 3 proc.), rynki obawiały się, że doprowadzi to do wcześniejszego zacieśnienia pieniężnego w USA. Już wiemy, że tak się nie stało. Fed wyjątkowo nonszalancko podszedł do inflacji uznając, że jest ona w całości przejściowa. Odmienne głosy były w mniejszości i zostały skutecznie stłumione przez głównodowodzących w Rezerwie Federalnej. Inwestorzy wyczuli to i doszli do wniosku, że skoro Fed zamierza aktywnie kreować bańkę spekulacyjną, to należy z tego korzystać tak długo, jak tylko będzie można. Dlatego też trudno oczekiwać, aby dzisiejsze dane miały wiele zmienić, szczególnie, że powoli zbliżamy się do szczytu inflacji. Konsensus zakłada nawet spadek inflacji rocznej z 5 do 4,9 proc. i niewielki wzrost inflacji bazowej. Gdyby inflacja faktycznie nieco spadła, mogłoby to wręcz zostać przyjęte z euforią. Oczywiście sam temat inflacji nie jest zamknięty - chodzi nie o to, czy wkrótce zacznie spadać (będzie), ale czy wróci w okolice 2 proc., czy też pozostanie wyższa - to jest jednak temat na dłuższy okres i inwestorzy na razie się tym nie przejmują. Dane o 14:30.

Reklama

Co więcej, rosnąca popularność tematu "czwartej fali" i związanych z nią możliwych restrykcji pomaga koniunkturze rynkowej (o wątpliwym podłożu moralnym takich reakcji wykreowanym przez banki centralne pisałem kilka dni temu). Inwestorzy wychodzą z założenia, że restrykcje nie będą bardzo dotkliwe, a staną się pretekstem dla jeszcze większego interwencjonizmu. Efekt to kolejne rekordy na Wall Street i odbicie na europejskich rynkach, gdzie przecież te restrykcje mogą dać się bardziej we znaki.

Szampańskie nastroje zwykle pomagają złotemu, ale tak się nie dzieje, w dużej mierze poprzez postawę EBC (o której pisałem wczoraj) oraz RPP. Złoty jest wręcz coraz słabszy. O 8:00 euro kosztuje 4,5558 złotego, dolar 3,8417 złotego, frank 4,1988 złotego, zaś funt 5,3354 złotego.

dr Przemysław Kwiecień CFA, główny ekonomista XTB


Dowiedz się więcej na temat: waluty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »