Reklama

Ryzykowna gra

Prezydent USA Donald Trump ponownie użył swojego konta na Twitterze, by wprowadzić zamęt na rynkach finansowych i tym razem przywrócił groźby podwyższenia ceł na towary importowane z Chin. Po tygodniach zapewnień obu stron, że negocjacje handlowe idą w dobrym kierunku, teraz stoimy przed ryzykiem wyrzucenia wszystkiego do kosza. Wcale nie musi tak być, ale na razie szok oznacza skok awersji do ryzyka.

Jeszcze w piątek sam Trump twierdził, że widoczny jest postęp w rozmowach z Chinami. Ale do niedzieli coś musiało się zmienić, skoro wczoraj zagroził podwyższeniem cel z 10 proc. do 25 proc. na warte 200mld USD towary oraz dodatkowo objąć cłem pozostałe 325 mld USD dóbr sprowadzanych z Chin. Plotki prasowe sugerują, że zapalnikiem miała być chęć Chin, by odwołać część z wcześniej deklarowanych zobowiązań. Czy to tylko agresywna taktyka negocjacyjna, która ma na celu przyprzeć drugą stronę do muru, by uzyskać więcej? A może USA i Chiny poczuły się pewniejsze siebie, by żądać więcej? Ostatnie tygodnie to seria lepszych danych gospodarczych i odbicia na rynkach akcji, które mogły odsunąć ryzyko recesyjnego scenariusza i osłabić chęci do szybkiego zakończenia negocjacji. Problem w tym, że w pewnym stopniu odbicie rynku akcji i poprawa wskaźników oczekiwań przedsiębiorców nie miałaby miejsca bez przekonania, że nie dojdzie do rozpętania wojny handlowej. Teraz podnosząc ryzyko eskalacji sporu USA-Chiny, może dojść do podłamania sentymentu inwestorów i zwrotu np. we wskaźnikach PMI. Efekt jo-jo prowadzi donikąd. Groźby Trumpa mogą skończyć się na słowach, ale strona chińska jest postawiona w trudnej pozycji i jeśli będzie chciała wyjść z twarzą, będzie oznaczać to tylko zaostrzenie konfliktu. Z drugiej strony jednak stawka porozumienia jest wysoka, więc trudno powiedzieć, co faktycznie zrobi Pekin. Tam samo (jak zawsze zresztą) zagadką pozostają decyzje Trumpa, który nie trzyma się wytycznych zapisanych w podręcznikach do negocjacji.

Reklama

Niepewność podsyca awersję do ryzyka, a też i szokujący zwrot w nastawieniu Białego Domu jest jasnym impulsem pchającym kapitał w stronę bezpiecznych aktywów. Zyskują JPY, USD, CHF i złoto. Tracą waluty ryzykowne na czele z AUD i NZD, indeksy giełdowe, ropa naftowa. Częściowo jest to świeży kapitał, częściowo domykanie pozycji skrzętnie budowanych na przyjście lepszych czasów. Nie widać panicznej zmienności, co pośrednio może być tłumaczone zamkniętymi rynkami w Tokio i Londynie. Ale możliwe, że inwestorzy nie porzucają do końca nadziei, że sprawy ostatecznie się wyprostują. Na razie drogą po linii najmniejszego oporu jest ucieczka od ryzyka i w kolejnych godzinach taki kierunek powinien dominować. Jednocześnie jednak inwestorzy będą uważnie śledzić napływając informacje i komentarze z Pekinu i Waszyngtonu, które w każdym momencie mogą zachwiać rozkładem ryzyk.

Konrad Białas

Dowiedz się więcej na temat: waluty

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »