Reklama

Test "szóstki" na głównej parze

Idą, idą - mowa o tych, którzy grają tak, by podbijać wartość dolara kosztem euro. Tym sposobem na EUR/USD mamy dziś (wczesnym rankiem) poziom 1,06. Ba, notowano już chwilami nawet wartości typu 1,0585.

Innymi słowy, w całej rozciągłości potwierdza się nasza stara hipoteza o tym, że od stycznia czy też lutego 2015 mamy szeroką konsolidację w zakresie 1,05 - 1,17 - zaś od początku maja 2016 zmierzamy z północnych jej krańców do południowych. Proces ten w ostatnich tygodniach nabrał rozpędu. Najpierw były liczne wypowiedzi przedstawicieli Fed, sugerujące, że w grudniu prawdopodobnie dojdzie do zacieśnienia polityki monetarnej, a później przyszło zwycięstwo Trumpa. Zanim zostało ostatecznie potwierdzone, rynek podbijał parę do 1,13 - ponieważ generowano obłędną panikę pod hasłami takimi, że Trump to katastrofa, populizm itd. Ale oczywiście ktoś na tym nieźle zarobił, bo ten ruch pod 1,13 rozpoczął się w rejonach bliskich 1,10. Zyski zrealizowano - ale rynek nie zatrzymał się, poszedł dalej.

Reklama

Można się tu (poza spekulacją i lawiną) doszukiwać pewnych uzasadnień fundamentalnych. Raz - kwestia grudnia. Dwa - wzrost podejrzeń, że i w 2017 roku dojdzie do podwyżki, a może nawet do dwóch ruchów, choć niektórzy analitycy są w tej kwestii sceptyczni i zakładają, że oficjele z Fed zadowolą się ruchem grudniowym. Trzy - rośnie inflacja, a gracze wyprzedają dług amerykański, podbijając jego rentowności. Tu sprawa nie jest tak oczywista, bo np. rentowności polskich obligacji też rosną, a złoty przecież traci, ale można rzecz tłumaczyć sobie tak, że w Polsce to po prostu ucieczka kapitału, zaś w USA oczekiwanie na wyższe stopy i nowe, wyżej oprocentowane papiery, przy pomocy których administracja Trumpa zechce sfinansować obietnice wyborcze, nie podnosząc podatków.

W każdym razie mamy 1,06 i mocny test 1,05 w ogóle nas nie zaskoczy (jakkolwiek zejście jeszcze niżej nie jest takie oczywiste, szczególnie że znów wypadałoby dokonać poważniejszej korekty - a sprzedaż faktów po grudniowym zacieśnieniu będzie dobrą okazją). Dziś poznamy indeks Conference Board (wyprzedzający), a poza tym wypowiedzą się publicznie: Mario Draghi, szef EBC (o 9:30) oraz członkowie szefostwa Rezerwy Federalnej: Bullard (11:30), George (15:30), Dudley (15:30), Evans (15:45) i Kaplan (19:30). Poza tym w programie m.in. inflacja PPI z Niemiec (o 8:00) oraz bilans płatniczy Eurolandu (o 10:00). Poznamy też (o 14:00) polski dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniu za październik.

Na wykresie EUR/PLN notujemy 4,44. To niewątpliwie wysoki kurs, acz w tym tygodniu notowano wartości jeszcze wyższe, grubo ponad 4,45. Z tej perspektywy można mieć cichą nadzieję, że ta faza osłabienia złotego trochę przycichła. Inna rzecz, że szanse na grubszą korektę dostrzegamy raczej w grudniu, po ostatecznej decyzji Fed.

Druga para, którą badamy, USD/PLN, pozycjonuje się przy 4,1865. Tutaj sprawa jest o tyle kiepska, że złoty właściwie musi tracić, gdy eurodolar idzie na południe, podczas gdy na euro-złotym temat jest nieco bardziej zniuansowany. W każdym razie mamy wieloletnie maksima i trudno tutaj szukać sensownych oporów. Nadzieja dla liczących na umocnienie PLN tkwi raczej w tym, że eurodolar dojdzie w rejony bliskie 1,05 i zawróci korekcyjnie. Z kolei na GBP/PN notujemy prawie 5,20. Taki okrągły poziom to opór, ale gdyby pękł, to szybko możemy ruszyć na 5,30 - 5,31.

Tomasz Witczak

FMC Management

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »