Reklama

Wahadło odbiło w drugą stronę

Dawniej, gdy nie było mowy o Brexicie, wieści z Wielkiej Brytanii miały relatywnie niewielki wpływ na eurodolara, oddziaływując po prostu na pary powiązane z funtem. Ostatnio jednak prawdopodobieństwo Brexitu stało się mocnym miernikiem ogólnego ryzyka rynkowego.

Eurodolar, jesli można to tak nazwać, zaszalał przez weekend. W czwartek 16 czerwca notowano jeszcze ok. 1,1135 - czyli niski kurs, świadczący o sile waluty amerykańskiej, o rynkowej niepewności oraz o słabości euro. Euro mogło zyskiwać do funta, ale jednak na tle dolara było słabe. W piątek jednak wykres był wyżej, wahając się między 1,1225 a 1,1290.

Ciekawy jest jednak dzień dzisiejszy - poniedziałek. Notowania otwierają się z poważną luką i otwierają się wysoko, przy 1,1375. Skąd ten nagły przypływ optymizmu? Czyżby chodziło o informacje z weekendu o tym, iż najnowsze sondaże sugerują jednak równowagę zwolenników i przeciwników UE lub nawet lekką przewagę euroentuzjastów? Czy może w grę wchodzi wiedza o tym, że referenda na Wyspach nie są wiążące prawnie, a poza tym ostatecznie zwolennicy UE mogą je powtórzyć, aż uzyskają pożądany przez siebie wynik? Tak przecież było np. w Irlandii w odniesieniu do konstytucji unijnej.

Reklama

Może wreszcie być to wyraz spekulacyjnego ustawiania się wysoko, by w razie czego mieć w czwartek skąd schodzić na południe. No właśnie - czwartek, 23 czerwca. To już ten dzień, wypada o tym pamiętać i przyglądać się wtedy wykresom.

Na razie po jednej stronie mamy maksima z 9 czerwca (1,1415), a po drugiej minima z 30 maja (nieco mniej niż 1,11). Niemal od początku grudnia 2015 generalny trend jest wzrostowy - i odbicie od minimów w ostatni czwartek potwierdziło ten obraz. Trend ów jednak rozgrywa się w obrębie trwającej półtora roku konsolidacji, ograniczonej u góry przez zakres 1,15 - 1,17 (np. 3 maja testowano 1,1612). Zauważmy, że trochę podobnie rzecz się miała od połowy marca 2015 do 22 października. Wtedy też, mimo wszelkich korekt, wykres gremialnie parł na północ, choć wspomnianego wyżej zakresu przebić nie potrafił. Jeszcze 14 i 15 października notowano podejścia prawie do 1,15 - ale tydzień później Mario Draghi przedstawił stanowisko, które uznano za gołębie i notowania runęły, przebijając linię wzrostową.

Teraz też czeka nas taka data. Mamy raptem kilka dni. Jeśli w referendum przewagę będą mieli euroentuzjaści, to bardzo możliwe, że ów scenariusz - mówiąc brutalnie i potocznie - weźmie w łeb. Chociaż - czy do końca? Mimo wszystko można sobie wyobrazić, że ewentualna euforia sięgnie na eurodolarze tylko 1,15, może 1,17 - a potem zacznie wracać myślenie o stopach procentowych w USA, które jednak mają być w przyszłości podniesione. Istnieje więc pewne prawdopodobieństwo, że owa szeroka i długoterminowa konsolidacja wytrzyma nawet przy pro-europejskim rozwoju wypadków w Wielkiej Brytanii.

Mówimy o długofalowych wizjach, a co czeka nas dziś? O 8:00 inflacja PPI z Niemiec, o 9:50 wypowie się publicznie Haruhiko Kuroda, szef Bank of Japan. O 16:30 poznamy wyprzedzający pakiet Conference Board, ale dla Australii, tak więc można to pominąć. O 18:15 wypowie się Neel Kashkari z Rezerwy Federalnej. Jutro w programie indeks ZEW z Niemiec oraz wystąpienie Janet Yellen przed Senatem USA.

Eurodolarowy skok oczywiście odbił się na USD/PLN - w sposób arcy-pozytywny dla naszej waluty. Złoty polski, miotany spekulacją i wahaniami ryzyka, tym razem nieoczekiwanie zyskał. Na wykresie jest luka, budzimy się przy 3,8670. Na razie zaskoczeniem nie byłoby zejście do 3,86 czy nawet 3,8430-40. Niżej za wsparcie można uznać okolice 3,83, a wreszcie 3,7820-35 - choć na ten ostatni poziom na razie nie liczymy. Bądź co bądź angielskie ryzyko wciąż jest w mocy, nawet jeśli ktoś na eurodolarze próbuje rozgrywać euforyczny scenariusz.

Na EUR/PLN zmiany nie są tak dramatyczne, ale i tu złoty zarobił swoje do euro. Mamy chwilami mniej niż 4,40. Mimo wzrostu siły euro na głównej parze, wspólna waluta straciła do złotego - to jedna z tych chwil, gdy mamy do czynienia ze wzrostem chęci ryzykowania, z optymizmem rynkowym. Wiemy jednak, że często jest on ulotny. W każdym razie spadła też rentowność polskich obligacji - z 3,3280 proc. (szczyt z 16 czerwca) do 3,2070 proc. Oczywiście nie przecina to jeszcze generalnej, wzrostowej tendencji na tym wykresie.

Tomasz Witczak

Dowiedz się więcej na temat: drugi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »