Jest bardzo prawdopodobne, że przedstawiony właśnie przez rząd Italii plan to początek końca systemu ETS w Europie. Co konkretnie zawiera? Chodzi o inicjatywę przejęcia przez włoski budżet zobowiązań wynikających z ETS dla włoskich elektrowni. Tak, by nie przerzucały go na swoich klientów, czyli na obywateli oraz na biznes. Nie będzie to tanie. Ale może okazać się bardzo skuteczne.
Włosi mają sposób na ETS. Nawet połowa rachunków za prąd wynika właśnie z niego
Dziś jest bowiem tak, że we wszystkich krajach UE poddanych reżimowi ETS-u nawet połowa rachunków za prąd wynika właśnie z tego, że dostawcy energii zobowiązani są do kupowania tzw. uprawnień do emisji CO2. Mechanizm ów stanowi - jak wiadomo - sedno unijnej polityki dekarbonizacji, która ruszyła na dobre w latach 2005-2008. I od tamtej pory jest stale zaostrzana w rytm kolejnych "ambitnych" celów klimatycznych ogłaszanych przez Komisję czy Parlament Europejski.
Trzeba bowiem pamiętać, że za każdym razem, gdy unijni politycy forsowali w minionych latach kolejną inicjatywę w stylu "FitFor55" albo innej "neutralności klimatycznej" do roku 2050 to realną konsekwencją tych aktów strzelistych było podkręcanie tempa dekarbonizacji. Zwykle poprzez obniżanie podaży certyfikatów emisyjnych. To z kolei nieuchronnie - bo takie są prawa ekonomii - prowadziło do wzrostu ich ceny. Z 20 euro za tonę dekadę temu do ponad 100 w momencie kryzysu energetycznego i dzisiejszych 70 euro.
Oczywiście włoska inicjatywa nie jest ani całkowitym odejściem od ETS, ani nawet jego fundamentalną rewizją. Dlaczego więc reforma zaproponowana przez Meloni jest taka ważna? Przede wszystkim dlatego, że w fundamentalny sposób rozbija mechanizm fiskalnych zachęt w samym sercu ETS. Oto włoski rząd bierze na siebie całkowite koszty fukcjonowania ETS w zakresie produkcji energii. Likwiduje to pułapkę, którą w ETSie zaszyli lata temu jego twórcy.
Zwolennicy radykalnej dekarbonizacji chcieli bowiem stworzyć wrażenie, że istnienie systemu ETS jest w interesie rządów narodowych. To bowiem do budżetów Włoch, Polski, Niemiec i innych krajów UE miały płynąć zyski ze sprzedaży uprawnień emisyjnych producentom energii. Pułapka była perfidna dlatego, że czyniła rządy wspólnikami w procesie łupienia ich własnych obywateli oraz przemysłu zielonym parapodatkiem. A który rząd łatwo zrezygnuje z szerokiego strumienia zasilającego budżet?
Koszty ETS zaczęły przewyższać możliwości. "Droga energia stała się realnym hamulcem"
I tak faktycznie przez lata było. Przemysł i obywatele gotowani byli niczym żaba - płacili coraz droższe rachunki za prąd. Bruksela umywała ręce twierdząc, że ona korzyści z żadnych zielonych podatków nie czerpie. Z kolei zdezorientowane rządy używały uzyskane w ten sposób pieniądze do… rozmasowywania obywatelom i biznesowi siniaków wynikających z takiej właśnie polityki dekarbonizacji. Było więc jak z tym koniem z dowcipu, co pomaga rolnikowi obrabiać małe poletko, a zysków z tego jest akurat tyle, by… było na owies na konia.
Dopóki tak było to się wszystko jeszcze jakoś kręciło. Ale przestało. Bo na pewnym etapie tej chorej zabawy koszty społeczne i ekonomiczne systemu ETS zaczęły przewyższać możliwości płatnicze europejskich rządów. Zaś droga energia stała się już nie tylko dolegliwością, ale realnym hamulcem ręcznym spowalniającym unijne gospodarki, co prowadziło do utraty ich konkurencyjności, nowej fali dezindustrializacji i spadku popytu wewnętrznego.
Akurat Polska była jednym z pierwszych krajów, które podnosiły alarm. Od roku 2019 na każdym w zasadzie szczycie UE rząd Morawieckiego wracał z postulatem zawieszenia/przebudowy/likwidacji całego systemu ETS. Wysiłki te były jednak blokowane i zamilczane przez dominujący wówczas w unijnej polityce liberalny establiszment. W końcu prawica (z wydatną pomocą wspomnianego liberalnego establiszmentu) władzę w Polsce straciła. Nasiona buntu zostały jednak zasadzone i zaczęły kiełkować w innych miejscach.
Włochy Meloni są właśnie takim miejscem, gdzie gotowość do konfrontacji z klimatycznym konsensem w ramach unijnego establishmentu spotyka się z większą niż w przypadku Polski siłą przełożenia tego 60-milionowego kraju "starej UE". Nie bez znaczenia jest oczywiście strach liberalnej władzy we Francji i Niemczech, gdzie rządzący wiedzą, że muszą jakoś zaadresować problem zbyt drogiej energii przed wyborami szykowanymi w tych krajach na lata 2027 i 2029. Mówią już o tym i kanclerz Merz w Niemczech, i prezydent Francji Macron.
Bez dwóch zdań warto więc obserwować, co się będzie teraz działo z włoską legislacją dotyczącą ETS. Ja stawiam, że będzie ona strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze przyniesie spadek rachunków za prąd dla ludzi. Po drugie da ulgę przemysłowi, który uginał się pod kosztami dekarbonizacji. Po trzecie zniknie argument, że rządom opłaca się ETS, bo na nim zarabiają. Od teraz Włosi do ETS-u będą dokładać - i to sporo, bo nawet 3 mld euro. A to oznacza, że będą mieli zachęty do tego, by walczyć o rewizję, a może nawet o wyrzucenie całego ETS do kosza.
Jeśli w ich ślady pójdą kolejne kraje, to możemy mieć - proszę państwa - prawdziwy efekt domina.
I bardzo dobrze. Czas najwyższy na rozprawę z zielonym Draculą.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji















