Polak na zakupach wszech czasów

Średnie krajowe wynagrodzenie pozwala dzisiaj kupić o jedną trzecią więcej większości towarów i usług niż sześć lat temu.

Nieliczne dobra zdrożały, ale nie na tyle, by spowodować wyrwę w przeciętnym domowym budżecie. Wzrost ceny chleba, ziemniaków, cukru oraz energii, gazu i benzyny spowodował zwiększenie wydatków przeciętnej rodziny o 200-300 zł miesięcznie. To o trzy, cztery razy mniej, niż wzrosła siła nabywcza Polaków!

"Stara bieda", "Coraz gorzej" - odpowiadają tradycyjnie Kowalscy na pytanie "Jak leci?". Po czym spieszą... na zakupy. Największe w dziejach! Żeby poprawić sobie humor...

Pobierz: program do rozliczeń PIT

Reklama

Ta odpowiedź jako pierwsza nasuwa się naukowcom próbującym wyjaśnić niebywały w świecie rozziew między nastrojami społecznymi a zachowaniami ludzi. Opublikowane w zeszłym tygodniu przez GUS aktualne wskaźniki zaufania konsumenckiego Polaków świadczą o największym nasileniu pesymizmu od czasów nastania światowego kryzysu jesienią 2008 roku. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej - tak można by streścić nasze opinie o stanie gospodarki i prognozy na przyszłość.

Przewidujemy, że firmy będą zwalniać, nasili się bezrobocie. Boimy się o nasze dochody i domowe budżety. Tak przynajmniej wynika z polskich odpowiedzi na słynne: "jak leci". Amerykanie, nawet bezdomni z pourywanymi kończynami, odpowiadają niezmiennie: "świetnie". My, mimo pokoleniowej i cywilizacyjnej rewolucji oraz - zdawałoby się - dogłębnego przeorania mentalności, mimo doświadczenia "zielonej wyspy", mamy swoją "starą bidę".

Swoją, ale coraz bardziej oderwaną od rzeczywistości. To jeden z naszych mitów, który codziennie sami obalamy - nie za pomocą stwierdzeń i deklaracji, lecz - czynów.

Przez większość minionego roku wydawaliśmy na zakupy o 6, a nawet 8 procent więcej niż w tym samym okresie roku poprzedniego. Teraz, w padole pesymistycznych nastrojów i wizji, ów wzrost poszybował wg GUS o ponad 12 procent. Część polityków próbuje to tłumaczyć "przerażającą drożyzną": ceny poszły w górę, więc Polacy muszą wydawać więcej i dlatego są zdołowani. Ta odpowiedź jest jednak na bakier z elementarzem ekonomii. Żeby móc wydawać więcej - trzeba po prostu więcej mieć. I twarde liczby mówią wyraźnie, że Polacy mają. A jak nie mają, to trochę pożyczają. Ale bez przesady: należymy do najmniej zadłużonych obywateli na świecie. Na zakupy wybieramy się głównie z tym, co sami zarobiliśmy lub odłożyliśmy.

W lutym kupiliśmy o ok. jedną trzecią więcej towarów w marketach, sklepach RTV i AGD oraz salonach meblowych niż rok wcześniej. Według ostrożnych szacunków, na zakupy w handlu detalicznym wydamy w tym roku około 700 miliardów złotych, czyli ponad dwa razy więcej, niż wyniosą wydatki budżetu państwa. Wyjdzie blisko 18,5 tys. złotych na jednego Polaka, wliczając niemowlęta i stulatków.

Przedsiębiorcy (którzy naszym zdaniem będą zwalniać) zarabiają rekordowe sumy w dziejach: w zeszłym roku w ich kieszeniach zostało prawie 90 mld zł netto, czyli niemal dwa razy więcej niż siedem lat temu, przed naszym wejściem do Unii. Najistotniejsze jest jednak, że to głównie nasza konsumpcja pobudza gospodarkę, dzięki czemu rząd Donalda Tuska może się pochwalić ponad 4-procentowym wzrostem PKB, jednym z największych w Europie. Narzekamy zatem, lecz...

Wydajemy dwa razy więcej niż siedem lat temu. Niektórzy krzykną: ale wszystko jest dużo droższe! To jednak kolejna nieprawda. Jeden z mitów, z którymi spróbujemy się zmierzyć.

Mit pierwszy: drożyzna

Zakupy Jarosława Kaczyńskiego w "zwykłym sklepie" miały dowieść, że wszystko jest dziś dwa razy droższe niż w czasach, gdy on rządził. Błyskawiczne "kontrzakupy" reporterów TVN24 w centrum handlowym miały nas przekonać, że jest "tylko o 19 proc. drożej". Tymczasem całe zamieszanie to efekt grubego nieporozumienia lub manipulacji. Prezes PiS (a za nim TVN) posłużył się bowiem mocno niereprezentatywnym koszykiem towarów. Wie to każdy, kto na co dzień robi zakupy.

Sześć lat temu, 9 miesięcy po naszym wejściu do UE, tygodnik "Polityka" opublikował "Eurokoszyk", w którym porównał, ile towarów można kupić za przeciętną pensję netto w Polsce, Czechach, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Rosji i na Węgrzech. Zarabialiśmy wówczas brutto 2371 zł, co dawało na rękę 1631 zł. Po ówczesnym kursie było to dokładnie 393 euro.

Ogłoszona przez GUS średnia pensja w lutym 2011 wyniosła 3422 zł brutto, czyli 2451 zł na rękę. To 613 euro, czyli o przeszło połowę więcej niż 6 lat temu. I o tyle wzrosła nasza siła nabywcza, bo - jak się okazuje - ceny niemal wszystkich umieszczonych w "eurokoszyku" towarów prawie się nie zmieniły!

Co dzisiaj można kupić za 50 zł? Dołącz do dyskusji

Litr mleka w kartonie kosztował nieco ponad 2 złote i za niewiele więcej można go kupić dzisiaj. Cena jajek oscylowała wokół 40 groszy za sztukę - i za tyle można je kupić teraz. To samo dotyczy żółtego sera, wieprzowiny i wołowiny, a nawet kurczaków (które przez pięć lat taniały, a zdrożały dopiero ostatnio z powodu wysokich cen pasz opartych na zbożu). Nieznacznie zdrożały jabłka, ale pozostałe owoce możemy kupić w podobnych cenach, jak dawniej, a niektóre nawet taniej (i asortyment stale się poszerza).

Zdrożał umieszczony w koszyku "Polityki" szampon (Head and Shoulders), ale za jego ówczesną cenę (8 zł) można nadal kupić inne, równie dobre. Podobnie jest z kawą czy alkoholem. Cena dżinsów "Levis 501" ani drgnęła. Podobnie - cena aspiryny Bayera, piwa "Heineken", biletu do kina, dwutygodniowych wczasów na Majorce i Fiata "Panda"; w tym ostatnim wypadku zamiast łysej wersji podstawowej za 30 tys. zł dostaniemy dziś o wiele bardziej wypasioną.

Drastycznie (o jedną trzecią i więcej) staniały lodówki, pralki, kuchenki, wieże hi-fi, telewizory; w koszyku "Polityka" umieściła lampowego 21-calowca za 900 zł, dziś za tyle kupimy płaskiego LCD z ekranem o przekątnej 32 cali. Tańsze są płyty CD i DVD. Staniał dolar.

Co naprawdę zdrożało? Wizyta u lekarza (o 40 proc.), niektóre usługi (fryzjer damski), energia elektryczna i gaz (o 70 proc.), wywóz śmieci (nawet o 500 proc.), wynajęcie mieszkania (w dużych miastach akademickich o 20 proc.), papierosy. I oczywiście - cukier. W 2005 roku kosztował 3,09 zł za kg, teraz 5 zł. Za przeciętną pensję kupimy go dziś 490 kg. Było 531 kg, więc wzrost jest odczuwalny. Jak bardzo? Przeciętna polska rodzina zużywa 2 kg cukru miesięcznie. Drożyzna uszczupliła więc rodzinny budżet o 48 zł rocznie...

O tym, co jeszcze podrożało, kto wydaje najwięcej i gdzie Polacy najchętniej robią zakupy czytaj na następnej stronie

O wiele silniej uderzyły w nas podwyżki cen chleba i mąki oraz ziemniaków. Kartofle są w tym roku 2,5 razy droższe niż 6 lat temu. Przeciętna polska rodzina zjada co miesiąc 25 kg, więc traci w tym wypadku przez wysokie ceny 30 zł miesięcznie.

Droga mąka i ziemniaki to efekt niekorzystnych zjawisk w świecie - i u nas. Cukru zabrakło w Europie z powodu polityki rolnej UE, w myśl której najbardziej opłacało się go... nie produkować; rzekomo opłacalny miał być import (tańszego w produkcji) cukru trzcinowego, ale tam, gdzie rośnie trzcina, doszło do klęsk żywiołowych. I wytwarzany z niej cukier jest trzy razy droższy niż przed rokiem.

Z powodu fatalnej aury zabrakło też w świecie pszenicy, więc mamy drogi chleb, mąkę - a także drób (przez wspomniane pasze). Czemu ziemniaki kosztują tyle, co pomarańcze, wiemy dobrze z własnego podwórka, a właściwie - pola. Regularnie zalewanego w zeszłym roku przez powodzie.

Droższy niż sześć lat temu jest również Big Mac - kosztował 6,5 zł, a teraz - 8,70 zł. Pamiętajmy jednak, że zarabiamy więcej, w efekcie czego możemy dziś kupić za przeciętną pensję o 31 megakanapek więcej niż 6 lat temu.

Na koniec - benzyna. Płacimy za nią rekordowe 5 zł z groszami, w czym swój udział mają nie tylko wyspekulowane do granic przyzwoitości ceny ropy, ale - i to głównie - podatki (3,5 zł w cenie litra!), a także najwyższe w dziejach marże producentów i dystrybutorów. Sześć lat temu popularna "95" kosztowała 3,68, mogliśmy więc za średnią pensję kupić 442 litry. Dzisiaj, przy cenie 5,05 zł, wychodzi... 480 litrów. Benzyna jest więc - o dziwo - relatywnie tańsza!

Podsumowując ten wątek: średnie krajowe wynagrodzenie pozwala dzisiaj kupić o jedną trzecią większości towarów i usług więcej niż sześć lat temu. Nieliczne dobra zdrożały, ale nie na tyle, by spowodować jakąś wielką wyrwę w przeciętnym domowym budżecie. Wzrost ceny chleba, ziemniaków, cukru oraz energii, gazu i benzyny spowodował zwiększenie wydatków przeciętnej rodziny o 200-300 zł miesięcznie. To o trzy-cztery razy mniej, niż wzrosła siła nabywcza Polaków w ostatnich latach. Wniosek: zostaje jeszcze sporo na zakupowe szaleństwa. Mimo fatalnych nastrojów i wiecznego narzekania.

Mit drugi: dominacja hipermarketów

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to wszystko tylko statystyka, a ta - jak rzekł słynny lord - jest najwyższą formą kłamstwa. Bo jedni Polacy mają dużo więcej, a inni nie odczuli wzrostu dochodów wcale albo nawet zbiednieli. Jednak zapełnione parkingi centrów handlowych i stale rosnące przychody sieci sklepów są faktem, któremu trudno zaprzeczyć. Ktoś kupuje te wszystkie ubrania, meble, lodówki, telewizory. I nie robią tego sami bogacze; w końcu ile taki potrzebuje plazm, ciuchów, kanap - i kanapek?

Dla porządku - a przede wszystkim prawdy - trzeba jednak wspomnieć o pewnej istotnej okoliczności. Otóż owe 18,5 tys. zł na głowę, jakie w tym roku wydamy w sklepach detalicznych, to w istocie średnia, która - podobnie jak przeciętna płaca krajowa (dostaje ją mniej niż jedna trzecia z nas; reszta zarabia mniej) - zakłamuje rzeczywistość.

Przed rokiem GUS (w raporcie o rynku wewnętrznym) przedstawił dane, z których wynikało, że przeciętny Polak wydał na zakupy przez cały rok 2009 niecałe 15,4 tys. zł, ale mieszkaniec Mazowsza - 35,1 tys. zł, czyli ponad dwa razy więcej. Jak łatwo się domyślić, wynik stołecznego regionu wyśrubowali warszawiacy, a także płocczanie (rafineria). Na drugim miejscu w Polsce znaleźli się Wielkopolanie (22 tys.), a na trzecim - Małopolanie (16,5 tys. zł). Tak, tak - my... I to już wszystko powyżej ogólnopolskiej średniej.

Czwarte w tym rankingu - Łódzkie - było pod kreską (15 tys. zł), zaś w Zachodniopomorskiem i na Śląsku (połowa stawki) wydatki przeciętnego mieszkańca były dokładnie trzy razy mniejsze niż na Mazowszu. W przypadku ostatniej w zestawieniu Opolszczyzny - prawie pięć razy niższe. W Świętokrzyskiem i na Podkarpaciu było (i jest) niewiele lepiej.

Na to wszystko nakładają się gigantyczne różnice między wydatkami mieszkańców dużych aglomeracji i mniejszych miast oraz wsi. Wrocławianie są tylko o 20 proc. biedniejsi od warszawiaków, krakowianie o 25 proc. A ludzie z mazowieckiej prowincji wydawali w zeszłym roku... pięć razy mniej od mieszkańców stolicy! I byli biedniejsi od znacznej części Małopolan.

Na co wydajesz najwięcej pieniędzy? Podyskutuj na Forum

Silne zróżnicowanie dochodów i wydatków na zakupy w połączeniu z konserwatywnymi przekonaniami i nawykami części Polaków sprawia, że nasz handel mocno różni się od zachodniego. Przede wszystkim - mamy rekordową liczbę placówek handlowych: 150 tysięcy, trzy razy więcej niż równie ludna Hiszpania. Wprawdzie podobna liczba sklepów działa we Włoszech, ale po pierwsze kraj ten ma 60 mln mieszkańców, a po drugie - tamtejsze sieci super- i hipermarketów osiągnęły już 60-procentowy udział w rynku. W Polsce takie sieci mają ok. 30 proc. rynku. Nadal mocno trzymają się tradycyjne osiedlowe i wiejskie sklepiki (blisko 40 proc. placówek w Polsce ma mniej niż 40 m kw.), a także targowiska.

W Polsce jest mniej niż 300 hipermarketów - w przeliczeniu na liczbę mieszkańców to niewiele. We Francji, Belgii, Holandii, a także Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, czy Skandynawii, gdzie kilka wielkich sieci ma 80-procentowy (a nawet ponad 90-procentowy) udział w przychodach handlu detalicznego, są tysiące megasklepów. U nas ich liczba stale rośnie (średnio o 5 proc. rocznie), ale niekoniecznie przekłada się to na udział w całkowitych obrotach handlu. W kryzysowym roku 2009 udział ten nawet zmalał.

Polskim fenomenem są dyskonty, które w ostatnich latach zaczęły pełnić zupełnie inną rolę niż w chwili startu w latach 90. (patrz niżej). Mamy ich już prawie 2 tysiące, a przybywa ich o ponad 10 proc. rocznie. Może nawet dogonią supermarkety, których jest 2,5 tys.

Najbardziej od Zachodu odróżnia nas jednak niebywała konkurencja między sieciami. W starych krajach Unii dominują zazwyczaj na rynku dwa-trzy koncerny, których przychody idą w dziesiątki miliardów euro. U nas wprawdzie doszło już do kilku konsolidacji (przez co parę sieci znikło, np. Geant i Ahold z Hipernovą), ale rozdrobnienie jest ciągle niebywałe.

Liderująca handlowej stawce "Biedronka", należąca do portugalskiego Jeronimo Martins, posiada ponad 1500 sklepów i zatrudnia 25 tys. ludzi. Jej roczne przychody sięgają dziś 20 mld zł i jest to dwa razy więcej, niż wyciąga u nas potężne brytyjskie Tesco. Numer trzy, francuski Carrefour, zarabia ponad 8 mld zł, a niemiecki Real - ponad 6 mld; po piętach depcze mu francuski Auchan. Dalsze pozycje zajmują Lidl (ponad 3 mld), E. Leclerc, Intermarche (Grupa Muszkieterów), Kaufland i Żabka.

Nieco inaczej wygląda rzecz, jeśli porównamy przychody największych koncernów i grup handlowych. Trzecie miejsce za portugalskim Jeronimo i niemieckim Metro Group (Real, Praktiker, Media Markt...) zajmuje notowana na warszawskiej giełdzie grupa Eurocash (hurt), piąte - Lewiatan (zrzeszający liczne sklepy prywatne), a szóste Emperia posiadająca prawie 200 marketów Stokrotka i Delima.

Dyskont, sklepik osiedlowy czy hipermarket - o tym, co jest "cool" a co "passe" czytaj na następnej stronie

- Polscy handlowcy odkryli, że w jedności siła i skutecznie bronią się przed ekspansją zagranicznych kolosów - komentuje prof. Andrzej Szromnik, szef Katedry Handlu i Instytucji Rynkowych krakowskiego Uniwersytetu Ekonomicznego.

Mocno trzymają się również targowiska - na stałe działa ich w całej Polsce ponad 2,2 tys. Króluje tam drobna sprzedaż detaliczna, którą zajmuje się ponad sto tysięcy handlowców. Dochodzi do tego ok. 7 tys. bazarów sezonowych.

W przypadku targowisk widać jednak najsilniej pokoleniowe trendy. Zakupy robią tam raczej osoby starsze, słabiej wykształcone, z mniejszych miast oraz wiosek. Ta sama klientela dominuje w tradycyjnych sklepach z obsługą zza lady. W centrach handlowych dominują młodzi, lepiej wykształceni, z dużych miast. Te podziały nie są jednak całkiem sztywne.

Młody, zamożny i wykształcony krakowianin kupuje na bazarze, bo tam są dobre polskie jabłka czy ziemniaki. Bo lubi. Bo nie znosi owczego pędu i zgiełku w marketach. Albo chce być oryginalny. Chętnie wpada też do osiedlowego sklepiku - po bułki, mleko, masło. Spieszy się i nie będzie jeździł po parę drobiazgów do marketu.

A niezamożni z prowincji jeżdżą do centrów handlowych. - To dzisiaj nie problem. Każdy ma samochód - mówi prof. Szromnik.

Mit trzeci: "biedni" z "Biedronki"

Niezręczna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że w "Biedronce" kupują "raczej biedni" i populistyczna riposta premiera, że on i jego bliscy kupują właśnie tam, skupiły uwagę na portugalskiej sieci. Zdaniem fachowców owa dziwaczna polemika, która odbiła się szerokim echem w polskich domach i w internecie, przyczyni się do wzrostu przychodów Jeronimo w Polsce o kilka procent. To setki milionów złotych. Ale warto zwrócić uwagę na tę sieć z ważniejszych powodów.

Wielkie centra handlowe powstają niemal wyłącznie w dużych miastach, powyżej 100 tys. mieszkańców. Żyje tam mniejszość Polaków, większość zamieszkuje Polskę powiatową i gminną. I wszędzie tam są Biedronki. A jeśli nie ma, to wkrótce powstaną. W Oświęcimiu buduje się trzecia. Dwie poprzednie przejęły rolę marketów osiedlowych. Dla wszystkich.

- W "Biedronce" można dziś spotkać i kloszarda i bogacza. To absolutna rewolucja. I symbol naszych czasów - mówi prof. Andrzej Szromnik.

Podkreśla, że dzisiejsze dyskonty znacznie różnią się od pierwotnych obiektów dla ubogich, jakie pojawiły się u nas kilkanaście lat temu. - Owszem, nadal obowiązuje reżim kosztów, więc jest prosta architektura i wystrój, obsługa ogranicza się do kas, ale zmienił się asortyment i gatunek towarów, także opakowania i promocje - mówi profesor.

Dyskonty starają się najwyraźniej nadążyć za potrzebami Polaków, którzy 20 lat temu marzyli o kupieniu czegokolwiek, dziesięć lat temu chcieli kupować jak najtaniej, a teraz szukają towarów w dobrej cenie i zarazem wysokiej jakości.

- Poza tym jesteśmy niebywałymi patriotami gospodarczymi, więc zyskują sieci oferujące nam dużo rodzimych produktów. A "Biedronka" ostatnio akcentuje w kampanii tę "polskość". Przychody Lidla, który nie ma tylu polskich towarów, są kilkakrotnie niższe - dodaje Andrzej Szromnik.

Portugalczycy wykonali tytaniczną pracę, by nas przekonać, że "Biedronka" to sklep najbardziej polski i w dodatku najsympatyczniejszy na świecie. A start mieli fatalny: jeszcze parę lat temu media rozpisywały się o tym, jak Jeronimo wykorzystuje pracowników, cytowano dostawców twierdzących, że zostali przez Portugalczyków okradzeni z zapłaty...

Zmiany zostały wymuszone przez głośne sądowe procesy, ale też właściciele "Biedronek" zrozumieli chyba w końcu, że z Polakami nie można walczyć. Trzeba ich zrozumieć - i dać to, czego chcą. Znanych polskich producentów (mogą być pod marką własną "Biedronki") w konkurencyjnej cenie. Oto klucz do sukcesu. W odmienionym dyskoncie zaczyna się pojawiać klasa średnia, a nawet średnia wyższa. W dużych miastach rzadziej - tu są centra handlowe i markety z wyższej półki, jak Bomi, czy Piotr i Paweł. Ale w Polsce powiatowej i gminnej takich sklepów prawie nie ma. "Biedronka" postanowiła to wykorzystać i przyciągnąć nową klientelę. Do znanych polskich marek dorzuciła sery Grand Padana po 9 zł za 200 gram, czy wino Barolo po 29,90. Okazało się, że po takie produkty zaczęli również sięgać dotychczasowi klienci, którzy - jako się rzekło - stali się dziś sporo zamożniejsi niż sześć lat temu. I bardziej wymagający.

- Rewolucja dyskontowa, najbardziej widoczna właśnie w Polsce, ma też źródło w silnych przemianach obyczajowych - tłumaczy prof. Szromnik - Kiedyś wiadomo było, że u Armaniego ujrzymy milionerów, a w Aldiku biedotę. Dziś żyjemy w czasach, w których popularny gwiazdor na gali oscarowej paraduje w dżinsach założonych do tradycyjnego fraka, a miliarderzy pokroju twórcy Facebooka preferują trampki i T-shirty. Armani i Versace usadowili się w centrach handlowych, między Saturnem a Carrefourem. Ich sklepy mija i średniak i biedny. Czasem tam nawet zajrzy. A bogacz nie waha się wpaść do dyskontu. Ujmy mu to nie przyniesie. Raczej uczyni bardziej - jak to mówią młodzi - "cool".

A jak jeszcze premier mówi, że tam chodzi!

Zbigniew Bartuś

Czytaj również:

Drogie hotele, luksusowe auta

Oprawca, złodziej i podpalacz

Zwolnienia są nieuchronne

dziennikpolski24.pl
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »