Reklama

Emerytury stażowe. Ten problem można załatwić inaczej

- Polskich finansów nie stać na emerytury stażowe - uważają eksperci. Prace nad projektem takich świadczeń zapowiedział prezydent Andrzej Duda. Związki zawodowe z dużą ostrożnością przyjmują tę deklarację głowy państwa, która ma doprowadzić do realizacji jednej z obietnic z kampanii prezydenckiej.

Jak Interia pisała już w czwartek, prezydent Andrzej Duda na pierwszym posiedzeniu Rady ds. Społecznych zapowiedział prace nad projektem tzw. emerytur stażowych. Poinformował, że konsultuje ten temat z prof. Gertrudą Uścińską, prezes ZUS. Zaznaczył, że efektem ma być takie rozwiązanie, które z jednej strony uwzględni oczekiwania społeczne, ale z drugiej zmieści się w możliwościach, które ma i będzie mieć w przyszłości system emerytalny.

OPZZ się przypomina, NSZZ "Solidarność" wchodzi do gry

Związki zawodowe, które upominały się o ten projekt na razie bardzo ostrożnie podchodzą do tej zapowiedzi.

Reklama

- Cieszę się, że prezydent złożył deklarację w tej sprawie, ale nie wiem czy możemy w nią wierzyć, skoro to dość ogólna zapowiedź, że w ciągu najbliższych lat taka propozycja ma powstać. A przypominam, że prezydent obiecuje to od dawna, bo już w 2015 deklarował nam wprowadzenie tego rozwiązania. W poniedziałek zwrócimy się do Kancelarii Prezydenta, że chcielibyśmy uczestniczyć w posiedzeniach Rady ds. Społecznych, a przede wszystkich w tych, które dotyczących emerytur stażowych, bo to jest inicjatywa OPZZ.  Kiedy we wrześniu ubiegłego roku wręczaliśmy prezydentowi naszą petycję w sprawie emerytur stażowych i ekspertyzy dotyczące tego rozwiązania, deklarowaliśmy, że chcemy uczestniczyć w pracach nad projektem - mówi Interii Sebastian Koćwin, wiceprzewodniczący OPZZ.

-  Na razie nie wiemy w jakim kierunku pójdzie propozycja prezydenta, bo może mieć ona wiele różnych form. Liczę, że to projekt ustawy, który my przedstawiliśmy będzie podstawą do wypracowania tego rozwiązania - dodaje Koćwin.

OPZZ proponował, żeby wymagany staż wynosił 35 lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn. W przypadku gdyby środki zgromadzone na koncie ubezpieczonego nie wystarczały na minimalną emeryturę, państwo dopłacałoby różnicę. Jednak Sebastian Koćwin zaznacza, że w sytuacji gdy  ktoś ma 35 czy 40 lat stażu pracy, to zgromadzony kapitał emerytalny "raczej zapewni emeryturę w co najmniej tzw. ustawowej minimalnej wysokości".

Z kolei przewodniczący NSZZ Solidarność Piotr Duda zapowiedział w piątek przygotowanie obywatelskiego projektu emerytur stażowych (również przysługujących po przepracowaniu 35 lat w przypadku kobiet i 40 w przypadku mężczyzn).

Wysokie koszty

Jednak takie systemowe rozwiązanie jest przez wielu ekspertów uznawane za drogie.

- Przeciwko wprowadzeniu emerytur stażowych przemawiają olbrzymie koszty wypłat tych świadczeń. Postulujący ich wprowadzenie twierdzą, że skoro wcześniejsze pobieranie emerytury oznacza mniejszą emeryturę, to na końcu suma wypłat z systemu będzie taka sama. Ze względu na dopłacanie do najniższych emerytur, utrwalenie praktyki kilkukrotnego przechodzenia na różne ich rodzaje czy dodatkowe jednorazowe roczne wypłaty, ten mechanizm nie zadziała - ocenia Tomasz Lasocki, specjalista w zakresie zabezpieczenia społecznego na Wydziale Prawa i Administracji UW.

Jak zaznacza, z drugiej strony problemu nie załatwiłoby "oczyszczenie" emerytur stażowych z wymienionych elementów, ponieważ w takiej sytuacji skrajnie stratni byliby sami beneficjenci.

- Odłożenie w czasie przejścia na emeryturę to większe świadczenie. Wcześniejsza emerytura to przede wszystkim przedwczesne skonsumowanie prawa do waloryzacji zgromadzonych aktywów, które odpowiada za połowę przyrostu emerytury w czasie. Mówiąc po ludzku: na etapie późniejszej starości, kiedy emeryt rzeczywiście nie będzie w stanie pracować, jego emerytura będzie o kilkadziesiąt procent niższa niż osoby, która zarabiała przez całe życie tyle samo, ale przeszła na emeryturę dużo później. W świadomości zbiorowej ten fakt się jeszcze nie utrwalił, ponieważ wciąż żywe są wspomnienia małych różnic w wysokości emerytur, lecz były one obliczane w zupełnie inny sposób - podkreśla Tomasz Lasocki.

Prezes ZUS Gertruda Uścińska w rozmowie z Interią w styczniu, odpowiadając na pytanie o koszty emerytur stażowych mówiła, że byłyby to kosztowne rozwiązania. Wariant stażu 35 lat dla kobiet i 40 dla mężczyzn uprawniającego do takiej emerytury (zakładając, że korzysta każdy, kto może) to około 16 mld zł kosztów w pierwszych dwóch latach po reformie. Do tego w tym samym okresie doszłoby zmniejszenie wpływów składkowych o ok. 7 mld zł (z rynku pracy zniknęłoby w krótkim czasie 340 tys. osób i kolejne w latach następnych).

Jednak zdaniem wiceprzewodniczącego OPZZ, nie można szacować skutków finansowych tego rozwiązania zakładając, że 100 proc. uprawnionych z tego skorzysta. Jego zdaniem, przede wszystkim dlatego, że emerytury stażowe byłyby relatywnie niskie, ale "chodzi o to, żeby była możliwość przejścia na emeryturę stażową po określonym czasie pracy".

- Emerytury stażowe to tylko możliwość. Tworzone są przede wszystkim z myślą o osobach, które wykonują ciężką fizyczną pracę, a którą podjęły ją w bardzo młodym wieku i nie mają sił na jej kontynuowanie,  bo 40 lat ciężkiej pracy od najmłodszych lat to jest bardzo duże obciążenie organizmu i niektórzy mogą po prostu nie dożyć wieku emerytalnego. Dlatego warto stworzyć możliwość przejścia na emeryturę stażową - uzasadnia Sebastian Koćwin.

Można to załatwić inaczej

Tomasz Lasocki, zwraca uwagę,  że koszt wypłat to ważny, ale niestety niejedyny i może nawet nie główny powód sceptycyzmu wobec wcześniejszego wysyłania ludzi na emerytury.

- Ostatnio w debacie publicznej słusznie więcej uwagi poświęca się demografii. Starzenie społeczeństwa nie jest ani złe ani dobre samo w sobie, lecz złe są jego skutki w postaci zmniejszania podaży pracy oraz zwiększania zapotrzebowania na transfery z systemu zabezpieczenia społecznego. Rozwiązania takie jak emerytury stażowe jeszcze bardziej ten proces przyspieszają. Na kontynuowanie takiej polityki nie jesteśmy w stanie sobie pozwolić - wyjaśnia Lasocki.

Jednocześnie zaznacza, że wymienione argumenty nie mogą jednak prowadzić do niewsłuchiwania się w racje osób wyczerpanych wieloletnią pracą.

- Od dwóch dekad trendy w polityce europejskiej prowadzą jednak do lepszego adresowania pomocy dla nich. Polski rynek pracy jest pełen grzechów nadmiernego wykorzystywania słabszej pozycji pracujących, presji i innych czynników przemawiających za udzielaniem pomocy bardzo dużej grupie takich osób. O wiele bardziej efektywnymi instrumentami dla realizacji takiego celu są jednak świadczenia przedemerytalne adresowane do osób, które wskutek wyczerpania wieloletnią pracą nie mogą znaleźć kolejnej pracy czy rent z tytułu niezdolności do pracy. Zanim zaczniemy powszechnie dezaktywować całe roczniki, należy wykorzystać wszystkie możliwości instrumentów bardziej precyzyjnych i spójnych z dzisiejszym systemem emerytalnym - mówi Lasocki.

Jego zdaniem naprawa obecnej sytuacji powinna polegać na sprawniejszej realizacji praw pracowniczych obecnych często tylko na papierze, stworzeniu systemu kształcenia przez całe życie czy wreszcie prewencyjnym dbaniu o zdrowy tryb życia i dostępność służby zdrowia. - Racjonalna polityka powinna zatem dążyć do zmniejszania skali występowania niekorzystnych skutków, w drugiej kolejności do niwelowania tych skutków za pomocą precyzyjnych instrumentów.

- O powszechnych emeryturach stażowych z tej perspektywy powinniśmy zapomnieć, jednak ze względu na nośność takiego hasła tego się nie spodziewam - podsumowuje Tomasz Lasocki.

Monika Krześniak-Sajewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »