Reklama

Reforma emerytalna: Czy rzeczywiście będzie to nas kosztować 400 mld złotych?

Proponowane przez Prezydenta przywrócenie z początkiem przyszłego roku wieku emerytalnego obowiązującego w naszym kraju przed 2013 rokiem, czyli 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn, ma, zdaniem oponentów, spowodować natychmiastowe i zabójcze skutki dla finansów publicznych.

Zwłaszcza - nie wiadomo dlaczego - dla budżetu państwa, mimo że tylko niewielka część emerytur (np. sędziów) jest finansowana bezpośrednio z tego źródła. Ma to jakoby kosztować budżet gigantyczne kwoty, choć tu krytycy bardzo się różnią: w ciągu najbliższych czterech lub pięciu lat (w zależności od szacunku) "straty budżetu" mają wynosić albo 60 mld zł, albo 90 mld zł, albo 120 mld zł. Wszystkich przelicytował rzecznik prasowy obecnego rządu, który podał kwotę 400 mld zł i tu był już bezkonkurencyjny. Nikt nie podbije już tej stawki.

Reklama

Warto próbować dociec, skąd biorą się te kwoty. Dobrze wiemy, że jak dotąd wiek emerytalny jest wydłużony tylko o ok. 10 miesięcy. Różnica między liczbą osób, które w 2016 roku przeszłyby na emeryturę w dotychczasowym, czyli trochę wydłużonym, oraz już w nowym, czyli skróconym wieku emerytalnym, jest na tyle mała, że ogólna liczba emerytów będzie - podobnie jak w poprzednich latach - na zbliżonym poziomie. Do końca obecnego dziesięciolecia ta różnica tylko nieznacznie zwiększy się, co potwierdzają nawet oficjalne dokumenty i prognozy z 2012 roku.

Jeżeli więc ilość emerytów nie ulegnie zasadniczej zmianie, to dlaczego budżet państwa ma ponieść takie ogromne straty? Inaczej mówiąc, czy operacja polegająca na w sumie niewielkim skróceniu wieku emerytalnego może powodować aż tak gigantyczne skutki fiskalne ("dewastacja finansów publicznych"), w dodatku liczonych w dziesiątkach a nawet setkach miliardów złotych? Przecież wiek emerytalny skróci się w stosunku do stanu na dzień 31 grudnia 2015 r. tylko o niecały rok: czyli ci, którzy mieli pójść na emeryturę np. w grudniu 2016 r., pójdą (jak będą chcieli) w styczniu przyszłego roku.

Ilu więcej byłoby nowych emerytów, gdyby przywrócono od początku przyszłego roku wiek 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn? Według pesymistycznych prognoz ma ich być w całym okresie 2016-2019 więcej o 400 tys. choć nawet tu są rozbieżne prognozy. Oficjalna prognoza wzrostu aktywności zawodowej w wyniku wydłużenia wieku emerytalnego do końca 2020 roku jest bardziej optymistyczna, podając ów wzrost o prawie 250 tys. osób. Inaczej mówiąc powrót w przyszłym roku do poprzedniego - krótszego wieku emerytalnego zmniejszyłby tę aktywność prawdopodobnie o zbliżoną wielkość. Bądźmy jednak pesymistami: przyjmijmy że oficjalne prognozy są obciążone (jak to często bywa) błędem i powrót do poprzedniego wieku emerytalnego zwiększy do końca dziesięciolecia ilość emerytów o prawie 400 tys. osób. I oni mają - rzekomo - kosztować budżet państwa albo 60 mld zł albo 90 mld zł albo 120 mld zł albo nawet 400 mld zł. Czyli każdy odpowiednio "skrócony emeryt" otrzymałby w tym czasie z budżetu państwa 150 tys. zł albo 250 tys. zł albo 300 tys. zł albo nawet 1 mln zł. W tym ostatnim przypadku jego emerytura wynosiłaby rocznie aż 250 tys. zł. Ciekawe kto dostawałby te pieniądze i jak odbywałyby się ich wypłaty?

Po co męczę Czytelników tymi liczbami? Tylko po to, aby unaocznić sposób argumentacji reprezentowany przez politycznych przeciwników programu wyborczego obecnej głowy państwa. Rozumiem, że gdy jakieś nonsensy mówią politycy, a zwłaszcza tzw. liberałowie, to nie ma się co dziwić. Ale najbardziej agresywnym gronem przeciwników głowy państwa są dziś - o paradoksie - ludzie pozornie dalecy od polityków np. główni ekonomiści kilku banków, którzy do ostatniej chwili jawnie popierali reelekcję Bronisława Komorowskiego, zresztą walnie przyczyniając się do jego porażki. Do podręczników politologii wejdzie prawdopodobnie recepta, jak stuprocentowy pewniak może przegrać wybory - wystarczy, że ostentacyjnie poprą cię banki, Balcerowicz i czołowa gazeta codzienna. Ale to tak na marginesie.

Musimy więc zadać pytanie, czy przeciwnicy głowy państwa, ubrani w togi fachowców od wszystkiego, mają - oględnie mówiąc - pewne braki w wiedzy na temat, ile wyniosą emerytury i kto je finansuje, czy też świadomie wprowadzają w błąd opinię publiczną, bo z jakichś powodów niezbyt lubią obecnego prezydenta i tęsknią za jego poprzednikiem? Jeżeli to pierwsze, to biada nam deponentom, którzy trzymają pieniądze w firmach zatrudniających takich fachowców, chyba że dużo lepiej (co bardzo możliwe) znają się na bankowości niż na finansach publicznych. Ale gdy prawdziwa jest hipoteza druga, to skąd owa ostentacyjna niechęć do osoby reprezentującej z woli Narodu - mówiąc zupełnie serio - majestat naszej Ojczyzny? Czy w krajach, w których są centrale tych banków, odważyliby się opowiadać tego rodzaju nonsensy, w dodatku w tak agresywnym tonie, atakując "tameczną" głowę państwa? Czy jakiś główny ekonomista banku położonego w Niemczech czy we Francji wygadywałby coś podobnego pod adresem Joachima Gaucka czy Francoisa Hollanda?

Jakoś nie chce mi się wierzyć, że idzie tu tylko o osobiste niechęci, czy też złość lub zawiedzione sympatie polityczne. Tak ostentacyjne zaangażowanie polityczne powinno chyba mieć przysłowiowy placet szefów tych instytucji, którzy wiedzą co robią (?). Czy KNF lub inny organ nadzoru nie powinien zwrócić uwagi tym podmiotom, że ich dziwne zaangażowanie w walce politycznej podczas kampanii wyborczej jest czymś co najmniej niestosownym? Czy my, zwykli i nieważni wyborcy, niezależnie od tego, na kogo głosowaliśmy w ostatnich wyborach, nie powinniśmy raczej podziękować za usługi tym, którzy dawno przekroczyli dopuszczalne granice obiektywizmu i bezstronności w debacie publicznej?

Jedno jest pewne: tak dziwna próba wpływu na wynik wyborów ze strony osób zatrudnionych w niektórych bankach zostawiła już ślad i to na długo. A dobrze wiem, że politycy bywają pamiętliwi (sam nie raz doświadczyłem ich niechęci). A co to będzie oznaczać w przyszłości? Zobaczymy, lecz realizm polityczny zwycięża tam, gdzie każdy robi swoje i nie zajmuje się politycznymi awanturami; to jest domeną polityków i komentatorów oraz części publicystów. Oni mogą się mylić, jeśli działają w dobrej wierze.

Witold Modzelewski, Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »