Reklama

Byle (jak) przekopać

Zajętym Polskim Ładem, pandemią i kolejnymi politycznymi awanturami umyka nam fakt, że w czerwcu ma się zakończyć pierwszy etap inwestycji o nazwie "Przekop Mierzei Wiślanej". Maszyny pracują, kolejne miliony trafiają z kieszeni podatników na konta prowadzących ją firm, ale sensu cała inwestycja nie nabiera przez to żadnego. Zwłaszcza że nigdy go nie było.

Pierwszy raz z tym pomysłem zetknąłem się przed laty jeszcze jako dziennikarz w rodzinnym Gdańsku - wysuwał go ówczesny poseł Ruchu dla Rzeczpospolitej Edmund Krasowski. Uzasadnieniem miało być utrudnianie przez Rosję żeglugi w Cieśninie Piławskiej i potrzeba ożywienia portu w Elblągu. Już wtedy zresztą lekceważono uwagi, że przed 1939 rokiem, gdy dzisiejszy Bałtijsk był niemieckim miastem o nazwie Pillau (Piława) i o żadnych ograniczeniach żeglugi nie mogło być mowy,  Elbląg portem morskim jakoś się nie stał.

Budowa trwa, emocje rosną i dziś przedstawiciele władz wprost oskarżają sceptyków o zdradę: "Wraz z postępem prac rośnie aktywność rosyjskich ośrodków propagandowych, które próbują podważyć lub ośmieszyć zasadność tej strategicznej z punktu widzenia bezpieczeństwa i interesów Polski inwestycji" - pisze na oficjalnej stronie  rządowej rzecznik prasowy Ministra Koordynatora Służb Specjalnych Stanisław Żaryn. A jednak zaryzykuję - w końcu z powodu miejsca urodzenia u "prawdziwych polskich patriotów" i tak mam przerąbane.

Reklama

Kanał żeglugowy przez Mierzeję Wiślaną będzie miał 1,3 kilometra długości i 5 metrów głębokości. Ma umożliwić wpływanie do portu w Elblągu jednostek o zanurzeniu do 4 metrów, długości 100 i szerokości 20 metrów. Skróci drogę wodną o ponad 90 kilometrów w jedną stronę, a czas transportu o 12 godzin. Miał kosztować 880 mln zł, ale pochłonie przynajmniej 2 miliardy. Sfinansowanie inwestycji ze sprzedaży pozyskanego przy jej okazji bursztynu od początku można było między bajki włożyć - latem 2020 roku Ministerstwo Aktywów Państwowych szacowało je na 7 ton, ostatnie dane (luty 2021) Ministerstwa Klimatu i Środowiska mówią o 17... kilogramach. Kolejne 200 mln złotych kosztować ma przebudowa samego portu. Trudne do oszacowania są koszty pogłębienia toru wodnego na rzece Elbląg - średnia głębokość Zalewu Wiślanego to 2,7 metra - zwłaszcza że co jakiś czas trzeba będzie te prace powtarzać. Co więcej - zdaniem prof. Włodzimierza Rydzkowskiego z Katedry Polityki Transportowej Uniwersytetu Gdańskiego (cytuję za "Rzeczpospolitą") brak jest ładunków, których przewożenie tą drogą byłoby racjonalne.

"W odległości 60 km leży gdański terminal kontenerowy, wyremontowana jest droga ekspresowa S7, więc kontener z Gdańska dotrze do Elbląga i okolic w ciągu godziny. Po co ktoś miałby transportować taki ładunek przez nowy kanał" - ostrzegał Rydzkowski jeszcze przed rozpoczęciem robót. Według niego nawet gdyby znalazły się ładunki, to przy 5 metrach głębokości kanału mogłyby się tam zmieścić jednostki o nośności najwyżej 3,5 tys. ton. Takie statki pływają po Renie oraz w Kanale La Manche, ale na Bałtyku ich brak.

2,2 mld złotych kosztów inwestycji - według bardzo konserwatywnych szacunków - to ponad 30 razy więcej niż wydano na niesławne prezydenckie "wybory kopertowe". I co? I nic, cisza. Żadnych dymisji, protestów, interpelacji, nawet raportu NIK z podpisem niezłomnego prezesa Banasia. Dlaczego? Wypada dodać, że specustawę, która pozwala na przekop poparła w 2017 roku Platforma Obywatelska. Owszem, potem zaczęła pomysł krytykować - rychło w czas...

To teraz - zgodnie z sugestią pana Żaryna - chyba pozostaje mi już wysłać numer mojego konta do ambasady Federacji Rosyjskiej?

Wojciech Szeląg

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »