Reklama

Felieton Gwiazdowskiego: W Excelu wszystko wygląda inaczej

Usłyszeć można od uznanych ekonomistów, że "stopy procentowe rosną, bo rośnie inflacja". A dlaczego rośnie inflacja? Głównym powodem jest oczywiście Putin. Ujemne stopy procentowe nie mają z tym nic wspólnego, więc jakieś nawoływania do strajków kredytobiorców nie mają sensu. Oczywiście, że nie mają, ale inflacja wynosi 14 proc., a raty kredytów hipotecznych wzrosły niektórym o 100 proc. Wiadomo jednak, że w Excelu używanym przez ekonomistów i analityków wszystko wygląda inaczej.

Pomagajmy Ukrainie - Ty też możesz pomóc

Poważniejszy od zapowiadanego "strajku kredytobiorców" jest problem przedsiębiorców. Bo taki Orlen może mieć zysk netto 10 mld zł przy zadłużeniu 12 mld zł. Przecież banki, które mu pożyczają, doskonale wiedzą, że podniesie ceny paliw i będzie miał z czego oddać (Ale to wina Putina). Państwo też podniesie podatki i też będzie miało z czego oddać. A taki mały prywaciarz, który chce pożyczyć nie na zakup ropy, tylko pietruszki, też musi wziąć więcej za pietruszkę, bo więcej musi oddać bankowi, choć pożyczył na jej zakup tyle samo co wcześniej, ale kupił za to mniej pietruszki, bo ona wcześniej podrożała.

Reklama

W teorii ekonomii jest pojęcie polityki monetarnej (czyli pieniężnej) i fiskalnej. One obie zgodnie z tym co piszą w podręcznikach - "wspierają" gospodarkę! Przecież nie mogą utrudniać. "Obie stanowią ważne narzędzia do utrzymywania gospodarki w dobrej kondycji". W "dobrej". Same pozytywy. Z definicji.

Polityka monetarna to - jak sama nazwa wskazuje - "bicie monet". Polityka fiskalna natomiast to zabieranie ludziom "monet". Też jak sama nazwa wskazuje. Słowo fiscus oznaczało przecież koszyk na monety, do którego Rzymianie wrzucali podatki. Ale we współczesnej ekonomii polityka fiskalna to nie tylko podatki. To także wydatki państwa. Bo polityka "fiskalna" to nie tylko "wspieranie" gospodarki, ale także "zmniejszanie nierówności". Niektórym się zabierze, niektórym da i nierówności się zmniejszą.

Jakby państwo 25 milionom podatników zabrało łącznie 25 miliardów złotych, to byłoby mniej "monet" na rynku. Ale przecież państwo nie po to zabiera te "monety" podatnikom, żeby je gdzieś schować, tylko po to, żeby je komuś "dać".

Ale tu jest pierwsze "ale"... Państwo daje znacznie więcej, niż zabiera, bo ci, co chcą dostać, chcą dostać więcej, niż da się innym zabrać. Skąd państwo na to ma? Ano państwo pożycza. Po co jednak pożycza, żeby potem oddać i pożyczyć, żeby mieć z czego oddać? Prościej przecież byłoby zabrać.

Ale tu jest drugie "ale"... Państwo pożycza więcej, niż ludzie w ogóle mają. Bo jak państwo pożycza, to się robi od tego pożyczania więcej pieniędzy. Przyjmijmy przez chwilkę, że ten absurd nie jest żadnym absurdem tylko "specjalną operacją militarną" - to znaczy "monetarną" oczywiście. Ta operacja polegająca na wydawaniu "pożyczonych" pieniędzy, których nikt nie mógł pożyczyć, bo ich nie miał, zanim państwo ich nie pożyczyło, to jest przecież nic innego tylko polityka... monetarna. Bo się pojawia więcej "monet".

Nieprawdziwe są więc podręcznikowe zapewnienia, że "polityka monetarna i polityka fiskalna działają w różny sposób". Te instrumenty polityki fiskalnej, które polegają na pożyczaniu przez państwo od banków pieniędzy, których banki wcześniej nie miały, na inflację działają dokładnie tak samo jak polityka monetarna państwa - tylko wolniej.

Ale tu jest trzecie "ale"... Jak 25 mln podatników wyda 25 mld złotych, to efekt ma być zupełnie inny, niż jak państwo wyda te 25 mld złotych. Tu się pojawia bowiem "efekt mnożnikowy". Jak państwo wyda 25 mld złotych, to jakby wydało 30 mld złotych. Albo więcej. To zależy, czy w Excelu wpiszemy, że ten mnożnik wynosi 1,2, czy więcej. Co się wpisuje, to zależy, od tego, co się chce wykazać. Jak to w Excelu. 

Ale chyba jednak ten Excel coś się psuje. Bo w tym samym czasie nie tylko Elon Musk i Nouriel Roubini, ale nawet ekonomiści z Goldman Sachs ogłosili, że "recesja jest w pewnym momencie nieunikniona". "Goldmaniątka" widzą nawet 30-procentowe prawdopodobieństwo wejścia w recesję w ciągu najbliższego roku. Ale jeśli uda się uniknąć recesji w tym roku, to prawdopodobieństwo recesji w następnym prognozują na 25 procent. Daje im to 48 procent skumulowanego prawdopodobieństwa recesji w ciągu najbliższych dwóch lat. Czyżby nie wykonywali już w Excelu swojej "Bożej roboty" ("God’s work") - jak zapewniał po kryzysie 2008 roku ich ówczesny prezes Lloyd Blankfein, uzasadniając premie, jakie sobie wypłacili z dolarów, które dodrukował wówczas Fed, żeby nie zbankrutowali po wykonaniu tej roboty?

Taki jeden felietonista Interii ciągle pisze, że cykle koniunkturalne to normalka. Bo jak mawiał Lejzorek Rojsztwanec - bohater powieści Ilii Erenburga - "jak zwalniają, to znaczy, że będą zatrudniać". Tylko na odwrót. Jak jest hossa, to będzie bessa. Nieustanny, szybki wzrost gospodarczy jest niemożliwy, bo produkcja różnych dóbr nie jest tak łatwa jak produkcja monet.

W warunkach rynkowych kryzys rzadko dotyka wszystkich jednocześnie. Jedni popełniają błędy, a inni je wykorzystują. Taka kumulacja drobnych błędów przez wszystkich w tym samym czasie, by doszło do globalnego kryzysu, jest statystycznie mało prawdopodobna. Chyba, że są popełniane wielkie błędy przez twórców "makroekonomii".

To pieniężna interwencja państwa i banków działających na licencji państwa wpływa na naturalny cykl gospodarczy. W gospodarce rynkowej stosunek pomiędzy konsumpcją a inwestycjami i oszczędnościami zależy od preferencji czasowych - czyli tego, jak bardzo człowiek preferuje bieżącą konsumpcję ponad przyszłą. Jak się ludziom obiecało, że będą mogli w przyszłości konsumować jak w teraźniejszości, dzięki polityce "fiskalnej" państwa, to konsumpcja teraźniejsza się zwiększa, kosztem oszczędności. I to się kończy kryzysem. Ale przecież Keynes nie tylko "obalił" prawo rynków Saya, ale wygrał też debatę z Hayekiem - jak onegdaj Oskar De La Hoya z Felixem Sturmem, albo Nikołaj Wałujew z Evanderem Holyfieldem. Jak skomentował jeden z sędziów "smród po tej walce nie zniknie nawet z mocnym wiatrem". Człowiek potrafi jednak przezwyciężyć siły natury. Smród po ogłoszeniu zwycięstwa Keynesa nad Hayekiem się co prawda nie rozwiał, ale został uznany w podręcznikach ekonomii za zapach. Teraz niektórzy zaczynają jednak chyba coś czuć w nosie.

Robert Gwiazdowski

Adwokat, prof. Uczelni Łazarskiego

Autor felietonu prezentuje własne poglądy i opinie

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia Messengerem o kolejnych felietonach Roberta Gwiazdowskiego kliknij tutaj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »