Reklama

Polityczny rachunek za drogą energię

Pierwszy raz w historii cena uprawnień do emisji CO2 przekroczyła 50 euro za tonę, co jest koszmarem polskich energetyków, przedsiębiorców i gospodarstw domowych, bo przekłada się na coraz droższy prąd. Jednak odpowiedzialność za to, że nadal aż 70 proc. energii wytwarzane jest z węgla, ponoszą przede wszystkim krajowi politycy, którzy krótkowzrocznie hamowali rozwój odnawialnych źródeł energii (OZE) i lekceważyli przez lata globalne trendy klimatyczne.

W ciągu zaledwie ostatnich dwunastu miesięcy ceny CO2 poszybowały w górę aż o 160 proc. Jednak pochód cen rozpoczął się już w połowie 2018 roku, gdy wystartowały z poziomu 5-6 euro. Wcześniej, przez wiele lat notowania pozostawały w letargu, który był na rękę lobby węglowemu w Polsce i wspierającym go politykom - wytwarzanie energii z węgla nie groziło szokiem cenowym. Myślenie o ostrym zwrocie w wytwórczym miksie energetycznym, który skutkowałby odstawieniem węgla i postawieniem na energetykę zero- i niskoemisyjną było niewygodne polityczne - wszak w 2015 roku górniczy liderzy związkowi otwarcie poparli ówczesną opozycję. Niemniej, do szeregu zaniechań w przyszłościowym myśleniu o energetyce doszło także za rządów PO-PSL, gdy była silna presja polityczna na budowę wielkich bloków węglowych, bo najbardziej przestarzałe - i zarazem trujące - trzeba było wyłączać z eksploatacji z powodów ekologicznych. Jeśli któryś z prezesów państwowych spółek się stawiał, bo przewidywał ryzyko nieopłacalności nowych "węglówek", był po prostu odwoływany.

Reklama

Respekt przed siłą

Generalnie, niezależnie od opcji politycznej u władzy, panował respekt przed siłą branży górniczej, która nie raz w przeszłości udowodniła, że potrafi walczyć o swoje interesy, miejsca pracy i pensje, nie zważając na rachunek ekonomiczny. Dlatego, tak naprawdę w ostatniej dekadzie nikomu nie śpieszyło się ani z rozpoczęciem budowy elektrowni atomowej, ani zwiększeniem liczby i mocy nowych elektrowni opalanych gazem (dają z grubsza o połowę niższe emisje CO2 niż węglowe), ani dynamicznym rozwojem farm wiatrowych na lądzie i na morzu, ani tym bardziej wspieraniu energetyki prosumenckiej, czyli mikroinstalacji przy domach i gospodarstwach. Pomysły dużych przedsięwzięć spoza węgla owszem były, np. według planu rządu Donalda Tuska pierwszy prąd z atomówki miał popłynąć już w 2024 roku, niemniej na tym się kończyło. 

Totalne zahamowanie rozwoju lądowych farm wiatrowych nastąpiło w 2016 roku w wyniku tzw. ustawy odległościowej, ochrzczonej mianem "ustawy 10 H", która uniemożliwiała budowę wiatraków w odległości od najbliższych zabudowań mniejszej niż dziesięciokrotność ich wysokości. W praktyce - biorąc pod uwagę rozproszoną zabudowę w Polsce - zamykało to prawie całą powierzchnię kraju dla nowych wiatraków, pomimo że coraz bardziej były doskonalsze technologie wiatrowe i spadały ich ceny.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Taka polityczna gra na podtrzymywanie wydobycia węgla i zapewnienia jego zbytu w krajowych elektrowniach pewnie mogłaby trwać jeszcze długo, gdyby nie dwa wydarzenia. Po pierwsze, Unia Europejska obrała - szczególnie po ostatnich eurowyborach - bardzo ostry kurs na ochronę klimatu i postawiła sobie za cel osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku, co spowodowało zarówno podniesienie celów redukcji emisji CO2, jak i skierowanie na transformację energetyczną dodatkowych miliardów euro. To żadna niespodzianka, tylko konsekwencja wieloletniej polityki klimatycznej, w której Unia chce być w światowej awangardzie nawet ponosząc wysokie koszty - w tym celu stworzono właśnie system handlu emisjami CO2 (ETS). 

Negatywne perspektywy

Zatem już wchodząc do Unii trzeba było liczyć się z poważnymi konsekwencjami spraw klimatycznych dla Polski. Gdy kilkanaście lat temu w Unii projektowano rynek handlu emisjami CO2 zakładano, że cena będzie wynosić ok. 40 euro za tonę, czyli zaledwie 10 euro mniej niż teraz, więc już wtedy perspektywy dla polskiej energetyki węglowej była jednoznacznie negatywne. 

Polska mogłaby oczywiście tradycyjnie nadal stawać okoniem w sprawach klimatycznych na forum unijnym, ale politycy wreszcie zrozumieli, że to droga donikąd, a przede wszystkim, że przestaje się to komukolwiek opłacać, poza oczywiście lobby węglowemu. Drugą przyczyną był szok związany z wystrzałem cen uprawnień do emisji CO2 w połowie 2018 roku, który wręcz wywołał panikę w rządzie i gorączkowe szukanie rozwiązań, które zahamowałyby wzrost cen prądu, przede wszystkim dla gospodarstw domowych. 

Ochrona motywowana polityką

Ochrona tych ostatnich była motywowana czysto politycznie, ponieważ rozpoczynał się jesienią 2018 roku dwuletni cykl wyborczy i wyborcy mogliby być niezadowoleni widząc rosnące rachunki za prąd. Efektem była uchwalona w pośpiechu ustawa zamrażająca ceny prądu. Jednak z góry było wiadomo, że to rozwiązanie doraźne i nie rozwiąże żadnego z problemów, przed jakimi stanęła polska energetyka, a które zafundowali nam politycy obawiający się odważnych decyzji.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Niestety, konsekwencje politycznych błędów i zaniechań w energetyce to długa lista. Po pierwsze ofiarami są polscy przedsiębiorcy, którzy muszą płacić za energię na rynku hurtowym najwyższe ceny w Europie. Podnosi to koszty działalności i obniża konkurencyjność polskich firm na innych rynkach. Owszem, z drugiej strony motywuje je do zwiększania efektywności energetycznej i przechodzenie na mniej energochłonne technologie, niemniej to kosztowne inwestycje i podejmowane pod presją czasu. Drugim wielkim przegranym są miliony naszych gospodarstw domowych, z których tylko część jest chroniona przez tzw. taryfę G, czyli ustalaną administracyjnie przez Urząd Regulacji Energetyki. 

Presja rosnących kosztów

Choć szef URE stara się mitygować zapędy koncernów energetycznych, które chętnie mocniej podniosłyby ceny, to presja rosnących kosztów w energetyce musi z biegiem czasu coraz mocniej przekładać się także na taryfę G. Stąd też coraz odważniejsze głosy, aby uwolnić ceny prądu i w zamian objąć większą ochroną socjalną grupy społeczne narażone na ubóstwo energetyczne. Kolejnymi przegranymi są same koncerny energetyczne: obciążone elektrowniami na węgiel kamienny i brunatny muszą wykładać ciężkie miliardy złotych na zakup uprawnień do emisji CO2, a jeśli nie mogą przerzucić tego na swoich klientów, to wpadają w tarapaty finansowe, ponieważ nie zarabiają na takiej energii. 

Do tego dochodzi problem z niechęcią rosnącej liczby banków do finansowania "brudnej" energetyki, a ubezpieczycieli - do jej ubezpieczania. Problem stał się tak bardzo palący, że powstał projekt wydzielenia z koncernów energetycznych aktywów węglowych, aby przestały być dla nich kamieniami młyńskimi ciągnącymi w finansową otchłań i mogły wykonać zwrot w kierunku wytwarzania zielonej energii, na co łatwo uzyskać finansowanie, czy to w postaci kredytów, czy "zielonych obligacji". W sumie politycy starają się teraz nadrobić stracony czas i szybko pomóc energetyce, którą sami zapędzili w ostatniej dekadzie w kozi róg. To samo dotyczy górnictwa, ponieważ szykowana jest ogromna pomoc publiczna w zamian za zgodę na likwidację kopalń węgla kamiennego do 2049 roku. A jeszcze niedawno można było usłyszeć propagandowe zapewnienia, że nie pozwolimy "zamordować polskiego górnictwa" czy "mamy węgla na 200  lat"...

"Mamy węgla na 200 lat"

Niestety, polityczny zwrot w sprawie energetyki i górnictwa następuje w Polsce zbyt późno, aby przynajmniej częściowo zneutralizować skutki rosnących cen uprawnień do emisji CO2. Politycy różnych opcji i lobby górnicze przez lata żyli w strefie komfortu, przy niskich cenach CO2, i pewnie z własnej woli by z niej nie wyszli. Dopiero eksplozja cen CO2 sprawiła, że wreszcie podjęto polityczne działania w celu rozwoju odnawialnych źródeł energii (projekt odblokowania budowy farm wiatrowych na lądzie, zielone światło dla energetyki morskiej, rozwój fotowoltaiki i energetyki prosumenckiej), postanowiono budować więcej bloków gazowych i jesteśmy blisko decyzji o budowie pierwszej atomówki. 

Tyle, że przez długie lata jeszcze niewiele to zmieni, jeśli chodzi o ceny energii w Polsce, więc trzeba się przyzwyczaić do rosnących rachunków za prąd. A symbolicznie wysłać je politykom, bo droga energia nie wzięła się z powietrza, tylko jest efektem lat zaniechań i fatalnych decyzji dotyczących rozwoju energetyki. Trendy w technologiach OZE i odwrót od węgla w Europie widoczne były od lat, tyle że nasi decydenci nie chcieli na to patrzeć, starając się przedłużyć życie węglowych elektrowni i dostarczających im surowiec kopalń.

Tomasz Prusek
Publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

Autor felietonu wyraża własne opinie.

- - - - -

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »