Reklama

CovidTax! W dobie pandemii za usługi zapłacimy więcej?

Gabinety stomatologiczne, niektóre żłobki, spółdzielnie mieszkaniowe, salony fryzjerskie i kosmetyczne, a w przyszłości kluby fitness - epidemia koronawirusa zmusza do ponoszenia dodatkowych kosztów sanitarnych. A to może oznaczać wzrost cen wielu usług, bo część przedsiębiorców przerzuci koszty na klientów. Czy to nowa "danina", którą od wirusa zapłacimy wszyscy?

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2019

Reklama

- Mamy do czynienia z sytuacją, w której pojawia się czynnik zewnętrzny, kiedy do normalnych kosztów ponoszonych przez właścicieli biznesów dochodzą koszty dodatkowe, wymuszone okolicznościami. To może wpłynąć na cenę, bo być może firma będzie chciała zrzucić na klientów część  kosztów, które poniesie - mówi Interii Paweł Budrewicz z Kongresu Polskiego Biznesu.

Pierwsze sygnały przenoszenia kosztów na klienta są już widoczne.

Opłata sanitarna

W większości gabinetów stomatologicznych do każdej wizyty doliczana jest tzw. opłata sanitarna, która wiążę się z koniecznością zapewnienia bezpiecznych warunków pracownikom i pacjentom poradni dentystycznych. Środki ochrony osobistej i ograniczenia w przyjmowaniu osób kosztują, a wyższy rachunek płaci klient. Wyższy o ok. 50-150 złotych, a bywa, że więcej.

Sprawie przygląda się Polskie Towarzystwo Stomatologiczne. Jak wyjaśnia nam Łukasz Sowa, PTS jest towarzystwem naukowym i nie zajmuje się regulacją cen. - Rozumiejąc w pełni sytuację lekarzy dentystów i emocje pacjentów, możemy jedynie apelować do właścicieli praktyk o pewną formę rozsądku, ale nie mamy mandatu, tym bardziej w przypadku prywatnych przedsiębiorstw, które działają na wolnym rynku, żeby ustalać stawki opłaty sanitarnej - wskazuje.

W Towarzystwie pojawił się pomysł na rozwiązanie problemu. - Obecnie jest dyskutowana koncepcja, która zakłada próbę zaapelowania do lekarzy stomatologów, aby te ceny nie były większe niż X, albo procent z X. To trzeba jednak połączyć innymi projektami. PTS stara się stworzyć platformę zakupową środków ochrony osobistej na preferencyjnych warunkach. Jeżeli lekarze stomatolodzy będą mieli możliwość zakupu takich środków po cenach niższych niż te rynkowe, bo np. PTS otrzyma zgodę na import środków ochrony osobistej bezpośrednio z zagranicy, to wtedy można spróbować dialogu - wyjaśnia Sowa.

Jak podkreśla przedstawiciel PTS, to na razie pomysł w fazie wewnętrznych konsultacji, ale prowadzone są negocjacje z Ministerstwem Zdrowia, które może zezwolić na prowadzenie takiego importu bezpośredniego. - Odebraliśmy pozytywne sygnały dotyczące tego pomysłu, ale nic nie jest jeszcze potwierdzone - mówi Interii Sowa.

"Wygłodzony rynek"?

Paragony z gabinetów stomatologicznych bulwersują część obywateli, ale takie podwyżki mogą stać się nową normalnością w przypadku większości usług. Nie każda branża będzie też w stanie wynegocjować możliwość bezpośredniego importu środków ochrony osobistej i dystrybucję bez dodatkowej marży.
- Skutkiem działań regulacyjnych dotyczących procedur sanitarnych są nowe koszty, które obciążają wszystkich. Tu nie ma znaczenia to, czy rynek jest zmonopolizowany czy konkurencyjny. Wszyscy producenci i usługodawcy muszą wliczyć to w koszty, i pytanie czy są skłonni obniżyć marże, czy zwiększyć cenę - mówi prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Jak wyjaśnia, problem polega na tym, że popyt jest słaby. - Doszliśmy do momentu, w którym efekty osłabionego popytu są silniejsze dla poszczególnych sektorów, niż efekty lockdownu. Mowa tu oczywiście o tych, którzy operują na rynku. Pojawia się pytanie, czy są oni w stanie utrzymać marże czy też nie, a to zależy od sytuacji w poszczególnych sektorach - mówi prof. Orłowski. Jak dodaje, w niektórych miejscach mamy "wygłodzony" rynek, tak jak w przypadku usług fryzjerskich. Na dłuższą metę może pojawić się jednak presja na obniżkę marż, bo podnoszenie ich nie wchodzi w grę. Im większe koszty, tym bardziej marża powinna ulec obniżce.

"Wygłodzone" salony fryzjerskie i kosmetyczne oraz restauracje od poniedziałku otwierają się na klientów w nowym reżimie sanitarnym. Wzrost kosztów jest znaczny. I nie chodzi tu tylko o koszty bezpośrednie, takie jak zakup maseczek czy rękawiczek dla pracowników, ale i o koszty zaostrzonych procedur sanitarnych, które zmniejszają liczbę klientów, którzy jednocześnie mogą przebywać w lokalu usługowym. - Narzut kosztów stałych rośnie na jednego klienta. Na przykład salony fryzjerskie mogą przyjąć ograniczoną liczbę osób, a w takich sytuacjach rośnie koszt stały przypadający na klienta. Wiele zależy od specyfiki branży. Kiedy ruszą restauracje i będą duże obostrzenia dotyczące ilości obsługiwanych klientów, to restauracje są klasycznym przykładem znacznego wzrostu kosztów stałych - wyjaśnia prof. Orłowski.

Pytanie czy straci na tym klient? - Przy problemie popytowym prawie każdy sektor straci klientów. Podniesienie cen może spowodować, że spadek popytu będzie jeszcze większy, ale firmy nie mają wyboru i raczej dodatkowe koszty zostaną wrzucone w ceny - wskazuje ekonomista.

Spirala odmrażania

Oprócz branż, które powoli się odmrażają, są też takie, które zamykają kolejkę oczekujących na odwilż. Kina, teatry, siłownie. Niewykluczone, że tam też zapłacimy więcej, bo koszt stały w przeliczeniu na jednego klienta również wzrośnie.

- Na ten moment branża fitness dokonuje obliczeń, jakie będą koszty utrzymania reżimu sanitarnego w obiektach. Szacujemy, że koszt maseczek, rękawiczek i środków ochrony osobistej dla samych pracowników w większych klubach fitness to miesięcznie wydatek rzędu co najmniej 10 tys. złotych - mówi Interii Tomasz Napiórkowski, założyciel Polskiej Federacji Fitness.

Jak dodaje: - Podejrzewamy, że większość klubów podniesie ceny zarówno ze względu na koszty sanitarne, ale też ze względu na fakt, że zapewne ograniczona zostanie liczba osób, które będą mogły jednocześnie przebywać w obiekcie. A z mniejszą ilością osób, trzeba będzie zrobić taki sam lub zbliżony przychód.
Napiórkowski wskazuje, że rynek klubów fitness oczekiwałby solidarności w pokrywaniu kosztów przez operatorów kart sportowych. - W sytuacji wzrostu kosztów powinni oni solidarnie podnieść ceny dla firm, którym sprzedają takie karty. Taka solidarność jest pożądana, żeby cały koszt nie spadł na kluby fitness - mówi. Czy operatorzy podniosą ceny dla firm i czy firmy, w dobie szukania cięć, nadal będą oferować takie benefity swoim pracownikom?

Co na to klient?

Każdy kij ma dwa końce, także przerzucanie rosnących kosztów usługi na jej odbiorcę. Klient może przyjąć podwyżki cen usług, albo z nich zrezygnować lub je ograniczyć. Zwłaszcza w dobie rosnącej niepewności finansowej. Jak może zareagować?

- Odpowiedź, jest bardziej psychologiczna niż ekonomiczna. Jeżeli w odczuciu przeciętnego obywatela, wprowadzone ograniczenia nie będą utrudniać korzystania z usługi np. w restauracji, i nie będą nadmiernie uciążliwie, a jednocześnie - w odczuciu odbiorcy - będą one potrzebne dla zapewnienia poczucia bezpieczeństwa, to większość osób może zaakceptować wyższe ceny, ale oczywiście czasowo - mówi Paweł Budrewicz.

Z drugiej strony wskazuje, że możemy śledzić informacje o liczbie zachorowań i zgonów, ale na co dzień korzystamy z doświadczenia życiowego i jeżeli nie mamy w rodzinie lub wśród znajomych żadnego przypadku koronawirusa, a odczuwamy ograniczenia na każdym kroku, to naturalny jest wtedy odruch odrzucenia. - Pomijając kwestie czysto inflacyjne, może powstać mechanizm w którym, ceny wzrosną, bo firmy nie będą chciały aż tak dokładać do kosztów, zwłaszcza, że w wielu przypadkach mają za sobą kilkanaście tygodni na minusie i będą chciały teraz odbić sobie straty. W tym mechanizmie podwyższenie cen może wyeliminować część popytu. Jeżeli spadnie liczba klientów, to można zakładać, że te wyższe ceny zostaną - kontynuuje ekspert.

Jak podkreśla Budrewicz, wiele zależy od tego jakie podejście zaprezentuje rząd.

- Jeżeli rząd przedstawiłby plan likwidowania obostrzeń, który da się przewidzieć, umiejscowić i zastosować w czasie, na przykład poinformowałby, że wszelkie ograniczenia automatycznie przestają być stosowane wraz z końcem pandemii, to pozostawienie całej reszty grze rynkowej, załatwi temat. Jeżeli wskutek obostrzeń firmy podniosą ceny, a po zakończeniu pandemii ceny te zostaną utrzymane, to pojawi się grupa klientów, którzy nie będą chcieli lub nie będą mieli pieniędzy na to, żeby z tych usług korzystać. A wtedy pojawią się przedsiębiorcy, którzy będą chcieli zainwestować pieniądze i obniżyć ceny z myślą o tych klientach, bo tak działa rynek. To sytuacja, w której z wyższych cen możemy wyjść bardzo szybko. Im więcej swobody zostawimy decyzjom ludzi, tym lepiej, taniej i szybciej z tego wyjdziemy - podsumowuje.

Dominika Pietrzyk

Dowiedz się więcej na temat: podatek COVID | podatek koronawirus | fryzjerka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama