Franki biją w bankowe bilanse

To brzmi jak bajka z morałem. Nie dawałeś kilkanaście lat temu kredytów we frankach? To masz teraz - banku - spokój. Tak jest właśnie z ING Bankiem Śląskim, których ich wprawdzie udzielał, ale tylko trochę i dzięki temu teraz może się pochwalić bardzo wysoką rentownością wynoszącą 11,6 proc. Prawdopodobnie to najwięcej w całym polskim sektorze bankowym.

Po październikowym orzeczeniu Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej banki zaczęły poważnie podchodzić do sporów z klientami o kredyty we frankach. Poważnie - to znaczy tworzyć rezerwy na wypadek, gdyby sąd orzekł, że bank nie odzyska w całości pożyczonych klientowi pieniędzy. Bo na przykład zawarł z nim umowę niezgodną z prawem, a - jak wiemy - tak bywało. Kilka takich orzeczeń już było.

Na takie niekorzystne rozstrzygnięcia sądów banki powinny odłożyć rezerwy, żeby nie okazało się, że nagle maja stratę, co dla banku zawsze stwarza fatalną sytuację. Rezerwa to pieniądze, które odejmuje się od zysku. Im większa więc rezerwa, tym mniejszy zysk, a zatem i niższa rentowność.

Reklama

Kilka banków utworzyło na koniec zeszłego roku rezerwy na kredyty we frankach i z reguły to ok. 2 proc. wartości wszystkich frankowych kredytów, jakie mają jeszcze w swoich portfelach. Największe utworzył PKO BP - to aż 446 mln zł. mBank na ryzyko przegranych procesów odłożył 388 mln zł, a Millennium - 223 mln zł.

mBank także ujawnił w czwartek wyniki za zeszły rok. Okazało się, że wskutek rezerw na przegrane spory z frankowiczami (oraz z powodu podatku bankowego, co akurat dotyka wszystkie polskie banki) jego rentowność kapitałów (ROE) obniżyła się w zeszłym roku do 6,6 proc. Ale mBank, PKO, Millennium to banki, które mają jeszcze po kilkanaście miliardów złotych frankowych kredytów pozostałych do spłaty.

- Nie ma jednego odpowiedniego schematu pokrycia (rezerwami) portfela frankowego - powiedział na konferencji prasowej prezes ING Banku Śląskiego Brunon Bartkiewicz.

ING podszedł jednak do rezerwy inaczej. Jego portfel kredytów we frankach to zaledwie nieco ponad 900 mln zł. To najmniej wśród największych polskich banków. Rezerwa wyniosła więc zaledwie 45 mln zł, ale stanowi ona za to 4,8 proc. całego portfela.    

- Budowanie komfortu nie kosztuje nas tak wiele - powiedział Brunon Bartkiewicz.

- Dla innych banków koszt taki jak mamy (wysokość rezerwy w stosunku do całego portfela) jest nie do uniesienia - dodał.

Teraz wszystko zależy od rozwoju wydarzeń, liczby klientów, którzy pozwą banki do sądu i od orzeczeń sądów. Bankowcy mówią, że ten okres niepewności będzie trwał nawet kilka lat. Jak to wpłynie na banki?

- Wydaje mi się, że rezerwy będą rosnąć - mówi Interii wysoki przedstawiciel polskiego sektora bankowego.

A jeśli tak będzie, banki w kolejnych latach będą mieć coraz mniejsze zyski i coraz niższą rentowność.

- Rentowność polskiego sektora spada od dłuższego czasu jako całości i dziś należy do najniższych w naszym regionie. W ciągu 5-6 lat polski sektor z najwyższych rentowności zszedł do najniższych w regionie - powiedział Brunon Bartkiewicz.

Kiedy rentowność banku spada poniżej pewnego poziomu, oznacza to, że instytucja nie jest w stanie powiększać swoich kapitałów, a to jest konieczne, żeby bank mógł udzielać kredytów. Od ostatniego wielkiego kryzysu finansowego była to największa choroba banków w większości krajów Europy, a zwłaszcza strefy euro. Teraz Polska dołącza do grona tych krajów, w których bankom coraz trudniej będzie finansować potrzeby gospodarki.

Jacek Ramotowski

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: bankowość | kredyty walutowe | kredyty we frankach
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »