Reklama

Kiedy będzie tańszy prąd? Już był...

Jeśli komuś w domowych rachunkach ceny prądu wydają się obecnie wygórowane, to za rok-dwa będzie je wspominał z łezką w oku. Energia będzie drożeć nie tylko z powodu rosnących cen CO2 i wdrażania "Zielonego Ładu" w Unii Europejskiej, ale także grzechów krajowej polityki energetycznej promującej węgiel wręcz do ostatniej chwili przed zieloną transformacją. Swoje zrobią też koszty związane z modernizacją i rozbudową sieci dystrybucji czy zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego. To wszystko będzie znakomitą pożywką dla inflacji. W tej sytuacji politycznym wyzwaniem stanie się ochrona części społeczeństwa przed ubóstwem energetycznym.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

W ponurym okresie PRL-u słynny był żart-zapytanie: "Kiedy będzie dobrze?" I dołująca odpowiedź: "Już było...". Tak samo można sparafrazować sytuację z cenami prądu trzy dekady po transformacji, bo tani prąd przechodzi do historii i będzie to zmiana bolesna. Szczególnie dla gospodarstw domowych, bo mają one jeszcze w większości (ok. 60 proc.) parasol ochronny w postaci regulowanych urzędowo cen w tzw. taryfie G.

Reklama

Natomiast przedsiębiorcy już "płaczą i płacą", bo hurtowe ceny rynkowe należą u nas do najwyższych w Europie. Powodów marszu cen prądu w górę jest wiele, warto się im przyjrzeć i wyjaśniać odbiorcom, aby przynajmniej wiedzieli, za co się płaci, skoro trzeba płacić coraz więcej. Prąd może nie stanie się dobrem luksusowym, ale naprawdę dwa razy się zastanowimy zanim zostawimy zapalony żyrandol w pokoju, do którego przez pół wieczoru nie będziemy wchodzić.

Na razie mamy jeszcze ciszę przed burzą, bo koncerny energetyczne dopiero kalkulują, ile zaproponować we wnioskach taryfowych na 2022 rok, aby prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE) nie spadł z krzesła. Wiele emocji wywołała już informacja jednego z czołowych państwowych koncernów energetycznych, który wypuścił balon próbny, sygnalizując, że może wnioskować o podwyżki taryfy dla gospodarstw domowych do 40 proc. Oczywiście, koncerny mogą sobie proponować ile chcą, bo jest to rodzaj gry z szefem URE, który może, ale nie musi zaakceptować te propozycje. Stoi bowiem na straży interesów milionów gospodarstw domowych i od jego oceny zależy czy uzna propozycje za zasadne, czy też nie. Niemniej na stole z hukiem pojawiło się hasło "40 proc.", co wywołało w przestrzeni publicznej ogromne poruszenie, gdyż to licytacja od bardzo wysokiego poziomu. W tym miejscu warto jednak przypomnieć, jak zbudowany jest nasz rachunek, powszechnie określany "rachunkiem za prąd". Otóż koszt samej energii elektrycznej stanowi z grubsza jedynie jego połowę, drugie tyle to opłata za dystrybucję, czyli jej dostarczenie do naszych domów. Zatem mrożące krew w żyłach hasło podwyżki o "40 proc." wcale nie oznacza, że o tyle mógłby urosnąć rachunek. Ale trudno też oczekiwać, że taryfy za dystrybucję pozostaną na niezmienionym poziomie, ponieważ energetyka wymaga coraz większych inwestycji w sieci przesyłowe. Związane jest to nie tylko z koniecznością modernizacji przestarzałej infrastruktury przesyłowej, ale także zmian wewnątrz systemu spowodowanych przez np. coraz większą liczbę przyłączy Odnawialnych Źródeł Energii (OZE), na czele z fotowoltaiką, która upowszechnia się masowo. Energetyka rozproszona w postaci paneli słonecznych, choć korzystna z punktu widzenia polityki klimatycznej (źródło zeroemisyjne), to dla systemu elektroenergetycznego nie lada wyzwanie, bo wszystko trzeba "spiąć" w całość, aby stabilnie działało. Także zmiany klimatyczne w postaci gwałtownych zjawisk pogodowych (wichury, trąby powietrzne) dają się we znaki sieci dystrybucji, bo mają niszczycielski wpływ na linie napowietrzne. Alternatywą jest schowanie - tam, gdzie to możliwe - kabli pod ziemię, ale to są znowu koszty. W sumie nie ma co liczyć, aby koszty dystrybucji (przypomnijmy stanowiące z grubsza połowę domowego rachunku) były stabilne, nie mówiąc już o możliwości obniżenia tej pozycji. Zatem pod tym względem również będzie drożej, tylko jeszcze nie wiemy o ile. Zatem nie będzie możliwości żadnego zneutralizowania rosnącej ceny energii elektrycznej przez drugi składnik naszego rachunku - dystrybucję.

Wiemy za to, że w naszych rachunkach zwiększy się opłata za tzw. rynek mocy. Opłata mocowa, w 2022 roku będziemy mieć drugi rok jej obowiązywania, ma w założeniu zagwarantować bezpieczeństwo energetyczne w kraju, czyli ciągłości i stabilność dostaw, aby nie doszło blackoutu, czyli - umownie - braku prądu w naszych gniazdkach (płaci się nie tylko za dostawy energii, ale także gotowość do dostaw). Jej wysokość uzależniona jest od wielkości zużycia prądu i choć miesięcznie nie są to jakieś horrendalne kwoty, to jak - w powiedzeniu "grosz do grosza" - to kolejny element przekładający się na wysokość naszych rachunków (w tym roku rachunki za prąd wzrosły o ok. 10 proc.)
 
Niemniej zagrożenie wzrostem kosztów dystrybucji blednie wobec perspektyw wzrostu cen samej energii elektrycznej. Na tym froncie odbywa się bowiem walka o neutralność klimatyczną Unii Europejskiej do 2050 roku i tempo dekarbonizacji gospodarki. Bronią na tym froncie jest cena uprawnień do emisji CO2. Mówiąc w uproszczeniu: im wyższa, tym droższa jest energia, jeśli do jej wytworzenia używa się "brudnych", czyli wysokoemisyjnych paliw, jak węgiel brunatny czy kamienny. Z gazem jest nieco lepiej, bo jego spalanie daje z grubsza o połowę niższe emisje CO2 od węgla. Krajowa energetyka stoi na z góry przegranej pozycji pod tym względem, bowiem nadal w ok. 70 proc. oparta jest o spalanie węgla kamiennego i brunatnego. W ciągu nieco ponad trzech lat ceny uprawnień do emisji CO2 podskoczyły z 5-6 euro za tonę do ponad 60 euro. Kurczowe trzymanie się u nas energetyki węglowej z powodów czysto politycznych w ostatniej dekadzie sprowadziło na naszą gospodarkę drogą energię. Z jednej strony zostaliśmy na węglu jako podstawie stabilność i pewności dostaw prądu, a z drugiej lobby węglowe skutecznie blokowało rozwój "zielonej energetyki". Trend zmienia się dopiero teraz, ale mamy ogromne zapóźnienie w rozwoju OZE, a rosnące notowania CO2 systematycznie podbijają koszty wytwarzania "brudnej" energii. Koncerny energetyczne nie mogą w nieskończoność "brać na klatę" wyższych kosztów produkcji energii z węgla i faktycznie prowadzić politykę dotowania gospodarstw domowych, nie przerzucając na nie wszystkich kosztów, bo same dojdą do ściany i staną się nierentowne. Stąd właśnie bierze się słynne hasło "40 proc.", które tak naprawdę jest wołaniem o urealnienie - na tyle, na ile się da - kosztów energii dla gospodarstw domowych.


Sytuacja, w jakiej znajdzie się w najbliższych miesiącach szef URE będzie nie do pozazdroszczenia, bo będzie musiał trochę pogodzić ogień z wodą. Z jednej strony - uwzględnić trudną sytuację firm energetycznych, z drugiej - interesy milionów gospodarstw domowych. Można zaryzykować pogląd, że zatwierdzenie taryf na 2022 rok będzie najtrudniejsze w historii URE i będzie wymagało iście salomonowego podejścia i roztropności. Tym bardziej, że ceny prądu w Polsce w ostatnich latach urosły do rangi politycznej, więc politycy też na pewno mają swoje oczekiwania, aby podwyżki dla milionów wyborców, skoro już muszą być, to były jak najmniej dotkliwe, aby nie stracić wśród nich poparcia. Eksperyment z zamrożeniem cen prądu w pierwszym roku po eksplozji notowań CO2 (2019) przyniósł więcej systemowej szkody niż pożytku, destabilizując zasady gry na dosyć efektywnie budowanym i działającym rynku energetycznym. Więc raczej trudno liczyć, aby politycznie zdecydowano się na system znanych z przeszłości rekompensat. Nie oznacza to jednak wcale, że mniej zamożne, zagrożone ubóstwem energetycznym, gospodarstwa domowe zostaną pozostawione same sobie (za takie uznaje się gospodarstwa przeznaczające na energię w dochodzie rozporządzalnym ok. 10 proc.). Dlatego prawdziwym wyzwaniem będzie opracowanie i szybkie wdrożenie kompleksowego systemu chroniącego najuboższych odbiorców przed rosnącymi cenami energii, który pozostanie z nami na lata. Bo uchwalanie na wyścigi tymczasowych rekompensat na jeden rok, jak wiemy z historii, było kiepskim pomysłem, obliczonym bardziej na efekt polityczny niż ekonomiczny. Zatem trzeba to rozwiązać systemowo i nie majstrować co roku.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nikt z decydentów nie wpadnie na pomysł, aby mówić tak lekceważąco o rosnących cenach prądu jak o rosnącej inflacji: że przecież statystycznie płace rosną szybko, więc o co tyle hałasu... Jednak nawet jeśli zostanie wprowadzony przemyślany i dobrze działający system ochrony tzw. odbiorców wrażliwych, czyli zagrożonych ubóstwem energetycznym, to i tak wszyscy  - obok domowych rachunków za prąd - zapłacimy drożej za wszystkie usługi i towary, w których kosztach prąd stanowi czasem niebagatelną pozycję. Podsumowując, cieszmy się jeszcze z ostatnich miesięcy taniego prądu w 2021 roku. Bo widząc szalejącą inflację, już wiemy, ile zamieszania może zrobić drożejąca energia w całej gospodarce i naszych domowych budżetach. Oczywiście można jeszcze - jak sugeruje Unia Europejska - obniżyć VAT i akcyzę na energię elektryczną, ale w Polsce byłby to cios dla budżetu obciążonego gigantycznymi transferami socjalnymi.

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »