Reklama

Szwajcarska ruletka

Podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o prawie upadłościowym i naprawczym, wchodzi w życie w grudniu. Da ona szansę by zadłużeni kredytami mieszkaniowymi mogli stanąć na nogi.

Kto by przypuszczał, że tak egzotyczne z pozoru wydarzenie, jak szwajcarskie referendum 30 listopada o poziomie rezerw złota zatrzęsie polskim rynkiem finansowym? Ale hasło "frank po 4 złote" dla 700 tysięcy polskich kredytobiorców oznacza alarm pierwszego stopnia.

Reklama

Podczas tegorocznego Forum Bankowego 12 marca prezes NBP Marek Belka wygłosił przemówienie, które okrasił kilkoma mocnymi stwierdzeniami: porównał hipoteczne kredyty mieszkaniowe w obcej walucie do "tykającej bomby społecznej" i ocenił, że banki tylko udają, że te kredyty są spłacane. Przy okazji wytknął bankowcom, że zachowują się nieetycznie, a to jego zdaniem może stanowić zagrożenie dla sektora bankowego i całego społeczeństwa.

Po słowach szefa banku centralnego zapanowała głucha cisza, którą niedługo potem zastąpił zgiełk "afery taśmowej" przykrywając alert, jaki zawarł w swoich słowach Marek Belka.

Kilka miesięcy później Przemysław Kuk z NBP sytuację osób, które wzięły hipoteczny kredyt mieszkaniowy, denominowany we franku szwajcarskim (ale też w euro lub dolarze USA), zwanych potocznie "frankowiczami" komentuje tak: "Nie wydaje się, aby wysokość rat kredytów we franku szwajcarskim stanowiła dla większości kredytobiorców jakiś szczególny problem.

Warto zauważyć, że od momentu udzielenia ostatnich kredytów średnie wynagrodzenia w gospodarce istotnie wzrosły, bardziej niż raty. Problem może pojawić się, gdy trzeba zamienić mieszkanie na większe, sprzedać, etc. Wtedy, jeżeli nie można czekać z taka decyzją, konieczne jest zaakceptowanie straty kursowej na kapitale. Choć sytuacja taka może być dużym problemem w indywidualnych przypadkach, z punktu widzenia systemowego nie stanowi to raczej istotnego ryzyka".

Jego zdaniem Komisja Nadzoru Finansowego wydając kolejne rekomendacje, przyczyniła się do wyeliminowania kredytów w obcej walucie, które zastąpiono stabilnymi kredytami złotowymi. Na potwierdzenie odsyła do danych z "Raportu NBP o Stabilności Finansowej" z lipca 2013 r.

Owszem, może dałoby się przyjąć za dobrą monetę nakreśloną w tabelkach idyllę klientów banków, spłacających raty z uśmiechem na twarzy, gdyby nie wypowiedź Małgorzaty Cieloch, rzeczniczki Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów: "Urząd dziś także stoi na stanowisku, że informacja o znacznym i niemożliwym do prognozowania ryzyku walutowym, którego skutkiem może być gwałtowny wzrost rat miesięcznych i całkowitej sumy kredytu, powinna być jasno przedstawiona konsumentom w trakcie oferowania kredytu w innej walucie. Wiemy, iż w latach 2005-2008 tak nie było, a instytucje finansowe często zachęcały klientów do brania kredytów walutowych bez informowania ich o znacznym ryzyku".

W raporcie NBP za 2014 r., w części dotyczącej sytuacji na rynku nieruchomości, trudno doszukać się jakichkolwiek informacji o sytuacji kredytów mieszkaniowych w obcych walutach.

Pojawia się jedynie krótka wzmianka o pogarszającej się sytuacji sprzedaży mieszkań na rynku wtórnym (co może pokrywać się z problemami wielu "frankowiczów", próbujących sprzedać zadłużone mieszkania).

Skok na walutę

Od 2004 do 2011 r. udzielono w Polsce prawie 700 tys. kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich. Ich wartość to ok. 145 mld zł. Dla porównania, według danych NBP, wartość wszystkich kredytów hipotecznych to obecnie ponad 330 mld zł.

Kusząco niskie stopy procentowe, przy bardzo niskim kursie franka względem złotego, osiągnęły kulminację w lecie 2008 r. - wtedy za franka płacono zaledwie 2 zł. Na początku 2009 r. już ponad 3 zł, a dwa lata później, w najbardziej krytycznych momentach, ponad 4 zł. Do 2011 r., kiedy tzw. Rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego zatrzymała banki w udzielaniu kredytów w obcych walutach, zmuszając je do zaostrzenia procedur, klienci masowo wpadali w pułapkę, skuszeni rzekomą stabilnością w obsłudze tego typu kredytu i niższymi kosztami w porównaniu do kredytu złotowego. "Nabierali się", bo chcieli zaoszczędzić, nie zwracając uwagi, że podpisują pakt z diabłem. Obecnie szwajcarska waluta utrzymuje się na poziomie 3,5 zł, mimo to zadłużenie tysięcy "frankowiczów" nie maleje, a nawet rośnie.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, trzeba wziąć pod uwagę nie tylko wysokość rat, która obecnie jest w miarę stabilna, choć dużo wyższa niż w okresie między 2006 a 2008 r. Gdy przeliczy się kwotę całego kredytu z franków na złote, okazuje się, że jego rzeczywista wartość, mimo kilku lat spłaty, jest nadal wyższa niż na początku, a często na skutek zmian cen na rynku nieruchomości przewyższa wartość mieszkania, wkładu własnego i zabezpieczeń.

Widać to na przykładzie Tomasza Sadlika z Krakowa, który zaciągnął kredyt we frankach w banku Raiffeisen Polbank. Gdy pojawiły się problemy ze spłatą kolejnych rat, instytucja postawiła z miejsca sprawę na ostrzu noża. "Nie było żadnych negocjacji. Poprosiłem o restrukturyzację. Odmowa. O wakacje kredytowe. Odmowa. Przestałem w końcu płacić, bo raty doszły do 5600 zł z początkowych 3100 zł, więc bank zażądał dodatkowego zabezpieczenia hipoteką drugiego lokalu, na co ja się nie zgodziłem. Bank wypowiedział mi umowę i zażądał całej kwoty z odsetkami za 27 lat, to jest równowartością 277 tys. franków. Obecnie jest to ponad 320 tysięcy, mimo że była żona spłaca co miesiąc raty po 2000 zł" - tłumaczy Sadlik.

Podobną sytuację opisuje mecenas Monika Śmigielska, z kancelarii Kozłowski Śmigielska i Wspólnicy. "Drastycznym przykładem jest sprawa jednego z kredytobiorców, który starając się zachować bardzo uczciwie wobec banku, zasygnalizował ewentualne problemy ze spłatą rat kredytowych w przyszłości, choć w dalszym ciągu terminowo regulował swoje zobowiązania.

Bank wykorzystał tę sytuację, zmuszając klienta do zawarcia bardzo niekorzystnych aneksów, zwiększających marżę prawie dwukrotnie i skracających dwukrotnie okres spłaty, pod rygorem postawienia kredytu zawartego na 20 lat w stan natychmiastowej wymagalności".

Takich historii w całym kraju są tysiące. Trudno pozbyć się wrażenia, że skala problemu kredytów mieszkaniowych we frankach to nie tylko wynik chciwości, czy też inaczej patrząc, zapobiegliwości klientów, którzy chcieli zaoszczędzić po kilkaset złotych na comiesięcznych ratach. To przede wszystkim wynik działania banków, które wbrew dobru klientów, dbają wyłącznie o swój bardzo wąsko pojęty interes.

Szukając winnego

Szokuje fakt, że z ryzyka, jakie niosą za sobą kredyty hipoteczne w obcej walucie, instytucje nadzorujące zdawały sobie sprawę już od 2006 r., a może i wcześniej. Maciej Krzysztoszek z biura prasowego KNF w odpowiedzi na pytanie, czy instytucja nie za późno wprowadziła obostrzenia wobec banków, cytuje fragment Rekomendacji S, z którego wynika, że już w 2006 r. KNF rekomendowała bankom oferowanie produktów kredytowych w złotych.

Z kolejnego jej fragmentu wynika, że "bank może złożyć klientowi ofertę kredytu, pożyczki lub innego produktu w walucie obcej lub indeksowanego do waluty obcej dopiero po uzyskaniu od klienta banku pisemnego oświadczenia, potwierdzającego, że dokonał on wyboru oferty w walucie obcej lub indeksowanej do waluty obcej, mając pełną świadomość ryzyka związanego z kredytami, pożyczkami i innymi produktami zaciąganymi w walucie obcej lub indeksowanymi do waluty obcej".

Stanowisko KNF chętnie komentuje Tomasz Sadlik, który we wrześniu tego roku zorganizował pikietę pod siedzibą instytucji w Warszawie, chcąc zwrócić uwagę na bezskuteczność działań Komisji wobec banków. Sadlik uważa, że stanowcze zapisy Rekomendacji S zaczęły obowiązywać zbyt późno, bo dopiero w 2014 r.

- Komisja wydawała zalecenia, których banki nie spełniały. Dostrzegała "zagrożenia i nieprawidłowości" i nic z tym nie robiła - mówi Sadlik.

Komisja w raporcie z 2007 r. zawarła ostrzeżenie, że wzrost kursu franka do złotego może przekroczyć 50 proc. i że istnieje znaczne ryzyko wzrostu stóp procentowych. Raport ten trafił do banków w 2008 r., ale klientów o możliwym ryzyku nikt nie poinformował. KNF odpowiada, że dokument był udostępniony publicznie, a wszyscy zainteresowani mogli go pobrać ze strony internetowej instytucji. - Jak mogłem trafić na coś, o czym nie wiedziałem, że istnieje? - pyta Sadlik.

Z windykatorem będzie im lepiej

- W mojej ocenie problem kredytów hipotecznych we frankach jest zarówno przez Związek Banków Polskich, jak i Komisję Nadzoru Finansowego oficjalnie bagatelizowany. Fakt, iż kredytobiorcy spłacają aktualnie zobowiązania kredytowe nie oznacza, iż będzie tak nadal. Za chwilę znaczna część z nich może już nie mieć takich możliwości. Takie sytuacje są nam sygnalizowane. Wielokrotnie zwracałam uwagę, że kredyty walutowe to bomba z opóźnionym zapłonem. Pomijam już fakt, jak zachowanie ww. instytucji, jak i samych banków wpływa na poziom zaufania wobec systemu bankowego i instytucji finansowych w Polsce. - alarmuje mecenas Śmigielska i dodaje, że najbardziej zaangażowany w akcję kredytową we frankach Getin Noble Bank całkiem niedawno sprzedał pakiet wierzytelności wart 710 mln zł, w większości z tytułu złych kredytów walutowych, funduszowi inwestycyjnemu Kruka za 260 mln zł. Rzecznik banku Wojciech Sury, zapytany, czy nie można było najpierw spróbować renegocjować umowy z klientami, stawia sprawę jasno: "Decyzja o sprzedaży portfela wierzytelności jest ostatnim etapem działań banku w zakresie odzyskania powierzonych Klientowi środków. Następuje ona po nieskutecznych negocjacjach i restrukturyzacji zadłużenia, najczęściej na etapie windykacji komorniczej lub po jej bezskutecznym zakończeniu. Wbrew prezentowanej opinii, sytuacja ta może być korzystna dla Klientów. Firmy windykacyjne ze względu na inne regulacje prawne niż te, które obowiązują banki, są zazwyczaj bardziej elastyczne w zakresie negocjacji z wierzycielami".

Specyficzne podejście do klientów w Getin Noble Bank obrazuje także historia pani Aleksandry (imię zmienione - przyp. autorki) z Warszawy. W 2011 r. kobieta skorzystała z oferty przeniesienia do nich kredytu mieszkaniowego. Bank zaoferował jej niższą ratę i dodatkowe środki na spłatę innych, mniejszych pożyczek. Produkt "Rata o pół w dół" miał zapewnić pani Aleksandrze spokój finansowy. Jak mówi, dopiero gdy otrzymała list z harmonogramem spłaty rat, okazało się, że po okresie promocji, rata wzrośnie dwukrotnie, z 1900 do ponad 4 tys. zł. Do tego, by dostać kredyt, musiała skorzystać z zakupu produktu krytykowanego między innymi przez KNF i Federację Konsumentów - tzw. polisolokaty.

"Mój kredyt jest gorszy od kredytów walutowych i powoduje ciągły proces utraty majątku. Rata zabiera mi 150 proc. dochodów, co jest niezgodne z Rekomendacją S wydaną przez KNF" - tłumaczy kobieta.

Dotychczas próbowała szukać pomocy u posłów, w instytucjach nadzorujących banki, u rzecznika praw konsumentów i Rzecznika Praw Obywatelskich. Bez skutku. Złożyła także do sądu zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez bank. Kolejne instancje oddalają jej powództwo.

Szukając ratunku

W opinii prof. Dariusza Gątarka, analityka UniCredit Bank w Monachium, problem kredytów walutowych powinien zostać rozwiązany w sposób systemowy. Nie należy go zostawiać do indywidualnych rozstrzygnięć między bankami a klientami, bo stworzy to szkodliwą sytuację asymetrii, w której banki będą wykorzystywać swoją oczywistą przewagę. "Należałoby powierzyć ekspertom obliczenie akceptowalnego poziomu strat, dajmy na to 20 proc. powyżej kosztu kredytu, jaki ponieśli kredytobiorcy złotówkowi. Parytet tych strat winien zostać rozdzielony miedzy bankami a skarbem państwa, dajmy na to 50 na 50 proc., a na koniec rozwiązanie powinny autoryzować ZBP, KNF, banki i Ministerstwo Finansów" - kreśli możliwy scenariusz prof. Gątarek.

Inne rozwiązanie widzi Tomasz Sadlik, który uważa, że to banki powinny same wyjść z propozycją renegocjacji umów z klientami, którzy wpadli w pułapkę ryzyka walutowego. Na przykładzie Sadlika widać, że jeśli banki nie staną się bardziej elastyczne w podejściu do "frankowiczów", ci będą zakładać kolejne stowarzyszenia i składać do sądów grupowe pozwy - tylko w tym roku wpłynęło ich już ponad pięć, w Warszawie, Krakowie i Łodzi.

Zaogniającą się sytuację może zmienić podpisana przez prezydenta nowelizacja ustawy o prawie upadłościowym i naprawczym, która ma wejść w życie w grudniu. Martwe prawo dotyczące upadłości konsumenckiej, z którego na 2375 złożonych w ostatnich pięciu latach wniosków, skorzystało jedynie 87 osób, ma zostać ożywione. Dzięki niemu zadłużeni kredytami mieszkaniowymi dostaną szansę, by zacząć od nowa. "Konsument będzie mógł ogłosić upadłość, jeżeli nie popadł w stan niewypłacalności ze swojej winy lub w wyniku rażącego niedbalstwa. A i tu ustawodawca pozostawił "furtkę" sędziemu, który będzie mógł z uwagi na względy słuszności postanowić o ogłoszeniu upadłości wobec takiej osoby. Skrócony także został do 36 miesięcy termin, przez który upadły jest zobowiązany dokonywać spłat zobowiązań włączonych na listę wierzytelności. Do tej pory było to 5 lat. Sąd może także umorzyć zobowiązania bez ustalania planu spłat. W przypadku sprzedaży mieszkania, w którym dłużnik zamieszkuje, zwiększono także do 12-24 miesięcy okres, na jaki wydziela się upadłemu ze sprzedaży tego mieszkania kwotę na czynsz. To także pomoże konsumentowi szybciej "stanąć na nogi"" - tłumaczy Izabela Dąbrowska-Antoniak z Federacji Konsumentów.

"Frankowicze" żartują, że kiedy tylko nowe prawo wejdzie w życie, banki na pewno zrobią wszystko, by zatrzymać ich u siebie. Szkoda tylko, że żadna z instytucji sprawujących nadzór, nie była w stanie ich do tego zachęcić wcześniej, zanim kartą przetargową stało się słowo "ostateczność".

Sandra Borowiecka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »